Archwium dla ·

ciasteczka i ciasta

· Kategoria...

Do góry nogami

Brak komentarzy

I znowu mam dla Was coś na słodko.

Tym razem przepis zaczerpnięty z przywiezionej ostatnio z Londynu książki „Cakes & Bakes” Lindy Collister, o której tu już wspominałam.

Oczywiście troszkę przeze mnie zmodyfikowany, jak to zwykle  u mnie bywa.

A zaczęło się od moreli, które najpierw kupiłam i dopiero potem zaczęłam zastanawiać się, właściwie po co?

Bardzo lubię morele, ale najbardziej takie przetworzone. Konfitury i powidła morelowe albo ciasta z morelami.  Tak, powidła morelowe mojej Mamy są genialne! Świeże morele są mało soczyste , ale ta ich niby wada przeradza się w zaletę, kiedy się z nich robi przetwory. Są mięsiste i dzięki temu powstają z nich doskonałe dżemy i powidła. W cieście też dzięki temu się dobrze sprawdzają, ale potrzebują według mnie sporo cukru dla wydobycia ich niepowtarzalnego smaku. Jeśli tylko go nie zabraknie, to sukces gwarantowany.

Tak też jest w przypadku ciasta, o którym dziś piszę.

To jest wypiek z gatunku „ do góry nogami”( upside down cake). Piecze się ciasto, które po wyjęciu z piekarnika odwraca się do góry nogami i to co było na górze jest na dole, a to co na dole, jest na górze. Najczęściej to są wypieki z owocami, które kładzie się na spód, potem wykłada ciasto odwrotnie . Po wyłożeniu na talerz owoce są na górze.

Ta metoda ma ogromną zaletę, owoce nie wysychają, choć są na wierzchu. No bo właściwie są pod spodem przykryte warstwą ciasta  i  dopiero na samym  końcu pojawiają się na wierzchu. Poza tym, że nie wysychają, to jeszcze sok z owoców wsiąka w ciasto dodając mu aromatu.

Dzisiejsze ciasto ma fantastyczny smak, również z powodu składników samego ciasta. Bo czyż z połączenia masła ,  cukru demerara, żółtek  i śmietany mogłoby  nie wyjść  coś pysznego?

Jeśli zabierzecie się za pieczenie tego ciasta ( naprawdę  polecam!), to pamiętajcie o mocnym posypaniu wierzchu morelowego cukrem pudrem i o tym, że najlepsze jest jeszcze ciepłe.

Ale jeśli nie zjecie całego od razu, to zapewniam  Was, że nawet zimne i  nawet następnego dnia wyjęte z lodówki jest ciągle przepyszne!

Ciasto z morelami  „do góry nogami”

125g miękkiego masła

185g mąki

185g cukru demerara

łyżeczka proszku do pieczenia

250g kwaśnej śmietany

3 żółtka  i osobno 3 białka

cukier puder do posypania wierzchu ( sporo!)

około ½ kg moreli wypestkowanych i przekrojonych na połówki

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni.

Tortownicę o średnicy 23cm wyłożyłam papierem do pieczenia i  lekko natłuściłam.

Położyłam połówki moreli przekrojoną stroną do dna tortownicy. Ułożyłam je bardzo ściśle, wręcz wciskając je między siebie.

W naczyniu ubiłam mikserem masło z cukrem demerara na gładką masę, dodałam śmietanę, następnie po kolei żółtka,  potem dodałam stopniowo wsypując mąkę i proszek do pieczenia. W osobnym naczyniu ubiłam pianę z białek na dość sztywno. Dodałam pianę do masy i wymieszałam delikatnie.

Ciasto wyłożyłam na morele, wyrównałam i wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Piekłam około 40 minut, aż wierzch był złocisty, sprawdziłam jeszcze wbitym  patyczkiem i patyczek wyszedł suchy.

Wierzch ciasta pękł delikatnie i pojawił się w paru miejscach sok wychodzący z głębi ciasta.

Wyjęłam ciasto i zostawiłam żeby troszkę przestygło, po 10 minutach odwróciłam je do góry nogami i  tak położyłam na talerzu. Delikatnie zdjęłam papier z wierzchu ciasta i bardzo mocno posypałam cukrem pudrem, który rozpuszczał się w mgnieniu oka na wilgotnych i ciepłych morelach, więc posypałam  cukrem jeszcze obficiej 🙂

Basia

Tarta z borówkami

komentarzy 6

Ponury ten dzisiejszy dzień. Ciągle pada, pada, i  pada…

Trzeba dodać mu trochę uroku.

Tym bardziej, że zanosi się podobno na cały taki mokry tydzień, przynajmniej w Krakowie.

Najłatwiej uprzyjemnić sobie dzień i poprawić nastrój czymś dobrym… do jedzenia, oczywiście!

Wczoraj kupiłam pierwsze w tym roku borówki (czyli  czarne jagody , dla niekrakusów 🙂 ), wyjątkowo słodkie jak na początek sezonu.

Najpierw pomyślałam o muffinkach z borówkami ( naprawdę uwielbiam je!), ale ostatnio piekłam muffinki, więc może jakaś odmiana?

Skoro nie muffinki , to w takim razie tarta, na kruchym , pieczonym spodzie.

Tarta z borówkami i kremem mascarpone:

na tortownicę o średnicy 26 cm

na kruchy spód:

220g mąki

125g zimnego masła utartego na grubej tarce

45g cukru

1 żółtko

2-3 łyżki lodowatej wody

szczypta soli

z wymienionych składników szybko zagniotłam ciasto, rozwałkowałam  je i  uformowałam spód  i brzeg tarty w tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Nakłułam widelcem ciasto , a potem  chłodziłam w lodówce przez około ½ godziny

Nagrzałam piekarnik do 200stopni.

Wstawiłam tortownicę i piekłam kruchy spód był złocisty. Wyjęłam z piekarnika i zostawiłam,żeby wystygł.

Nadzienie:

250g serka mascarpone

100g śmietanki kremówki

naturalny ekstrakt z wanilii

sok z cytryny ( około 1 łyżki)

cukier puder (około 3 łyżek)

słoiczek ulubionej konfitury albo dżemu

300g świeżych borówek

( ja dałam słoiczek konfitury domowej roboty z  jeżyn i czarnej porzeczki,  zrobiony  przez Ewę, o której tu już kiedyś pisałam i od której go dostałam 🙂  )

W misce ubiłam serek mascarpone, dodałam cukier i ekstrakt waniliowy. W osobnej misce ubiłam śmietankę, była dobrze ubita ale nie sztywna. Do serka powoli dodawałam ubitą śmietankę, a na koniec  powoli dodałam sok z cytryny.

Schłodzony spód posmarowałam warstwą konfitury, na niej położyłam kremową warstwę z mascarpone a  na wierzch wysypałam borówki. Znów wstawiłam do lodówki, żeby całość nieco stężała. Po około godzinie tarta była gotowa!

Basia

Podwieczorek na trawie

Brak komentarzy

Na podwieczorek (najlepiej na trawie!)  proponuję muffinki.

Tym razem z brzoskwiniami i lukrem cytrynowym.

Kiedy zauważyłam dziś w sklepie brzoskwinie, pomyślałam że dawno nie piekłam ciasta z tymi owocami.

W sumie to logiczne, ciągle jeszcze mamy wiosnę, więc skąd brzoskwinie?

Z jakiegoś ciepłego kraju, zapewne!

Może to jest nierozsądne, bo  przecież powinniśmy jeść to, co rośnie blisko nas i nie musi podróżować tysięcy kilometrów, pryskane  wcześniej środkami zabezpieczającymi je przed zepsuciem

Ale czasem potrzebna jest w życiu odrobina szaleństwa…  albo chociaż trochę egzotyczny owoc!

Brzoskwinie nie są już oczywiście zbytnio egzotyczne dla nas, ale jednak nie są owocami dojrzewającymi w Polsce z początkiem czerwca.

Zresztą te importowane nie są wcale wystarczająco smaczne i soczyste, żeby  się  nimi zajadać.

Ale do ciasta czy muffinek, można ich oczywiście użyć z powodzeniem!

Choćby tylko dla odmiany,  po serii truskawkowych deserów i wypieków!

Muffinki z  brzoskwiniami i cytrynowym lukrem

250 g mąki

szczypta soli

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

1 jajko

80 g masła roztopionego

50 ml świeżego soku z cytryny

skórka otarta z całej cytryny

150 ml mleka ( najlepiej tłustego)

100-120 g cukru ( zależy od tego , czy owoce są bardzo słodkie, czy nie)

około 300g świeżych brzoskwiń pokrojonych w małą kosteczkę

lukier:

4 łyżki cukru pudru

sok z około ¼ cytryny świeżo wyciśnięty

Nagrzałam piekarnik do około 180-200 stopni.

W misce wymieszałam energicznie wszystkie składniki ciasta na muffinki .

Gdy było dokładnie wymieszane,  dodałam pokrojone owoce i jeszcze raz wymieszałam.

Do formy na muffinki wyłożonej papilotkami nałożyłam masę. Masy było dużo,  z powodu dużej objętości owoców.  Można kłaść masę do pełnej wysokości papilotki, bo owoce nasiąkną i ciasto nie wyrośnie aż tak, żeby miało wypłynąć z papierków.

Całą ilość ciasta zmieścicie w 12 standardowych papilotkach.

Piekłam około 25 minut, aż były złote a patyczek, wsadzony w ciastko wychodził suchy.

Wyjęłam z piekarnika gotowe muffinki i zostawiłam, żeby wystygły.

Przygotowałam lukier. Do miseczki z cukrem pudrem wlewałam stopniowo sok z cytryny, świeżo wyciśnięty, szybko i dokładnie  mieszałam. Wlałam tylko tyle soku, żeby lukier był gęsty.

Polałam górę babeczek lukrem i posypałam kolorowymi  cukiereczkami-maczkiem.

Najlepsze były wtedy, gdy już  całkiem wystygły,  a  słodko-kwaśny lukier spenetrował nieco babeczki,   troszkę wsiąkając w ich cytrynowe ciasto.

Baasia

Bananowe muffinki z migdałami i czekoladą

komentarzy 9

Uwielbiam piec muffinki!

Mówiłam Wam to już?

Pewnie tak…, bo ja naprawdę to uwielbiam!

Ogromną  przyjemność sprawia mi  pieczenie  pysznych  muffinek  w ładnych papilotkach. I myślę, że te muffinkowe koszulki są naprawdę  ważne,  bo dodają im  urody .

Dlatego wykorzystuję każdą okazję, żeby kupić nowe (najchętniej  kolorowe!)  papierowe miseczki  na muffinki.

I najlepiej, żeby papilotki były różnej wielkości , przewidziane na wypieki na różne okazje. Czasem  przecież  potrzebne są całkiem małe,  na takie mini muffinki, czasem większe , a czasem jeszcze większe! Wobec tego zawsze muszę być przygotowana na każdą okoliczność i mieć w zanadrzu to, co może być niezbędne.

Dzisiaj, kiedy zabrałam się za pieczenie muffinek wybrałam te papilotki, które właśnie ostatnio przyjechały ze mną z Londynu. To była ich premiera!

One są trochę mniejsze niż zwykle, dlatego  z przepisu  na 12 sztuk muffinek bananowych upiekłam 18.

Ale to przecież ma jedną ogromną zaletę, można ich więcej zjeść !

Bananowe muffinki  z migdałami i czekoladą

250 g mąki

3 bardzo dojrzałe banany

2 jajka

100g oleju roślinnego

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

100 g cukru

50 g migdałów

2 łyżki chipsów czekoladowych albo  kawałek czekolady gorzkiej (30g )pokrojonej na małe kawałki

Potrzebna jest forma na muffinki  i 12 standardowych papilotek ( jeśli mniejsze, to więcej. Jeśli  większe -na przykład kolorowe, kupione ostatnio w  Ikei – to mniej )

Nagrzałam piekarnik do 180 stopni.

W misce zmiksowałam dokładnie banany i odstawiłam na chwilę.

W innej misce zmiksowałam jajka, cukier, olej, sól, mąkę, proszek do pieczenia. Do tego dodałam zmiksowane banany i jeszcze chwilę miksowałam.

Na suchej patelni wyprażyłam migdały  ( nie obrałam ich ze skóry), a kiedy trochę przestygły, posiekałam je grubo.

Do ciasta bananowego dodałam posiekane migdały i chipsy czekoladowe. Wymieszałam.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki,  napełniłam każdą do około 2/3 wysokości. Gdy napełniłam 12 sztuk okazało się, że ciasta jest więcej, w sumie wyszło 18 muffinek.

Piekłam je około 20 minut. Wyjęłam  muffinki z piekarnika, kiedy były złociste, a wbity patyczek, wychodził z nich suchy. Z formy wyjęłam, gdy nieco przestygły.

I musiałam od razu spróbować!

Smacznego!

Basia

Herbaciane ciasto do herbaty

komentarzy 6

Zaczęło padać, zrobiło się znów zimno… Kubek herbaty znów nieodzowny!

Ale co do tej herbaty?

Postanowiłam wypróbować kolejny przepis z „Cakes and bakes”,  tym razem  to było tradycyjne angielskie śniadaniowe ciasto do herbaty, które należy podawać pokrojone na grube kawałki. Powinno być  serwowane na ciepło a  jeszcze lepiej, jeśli  opieczone w tosterze.

Można je posmarować masłem albo dżemem.

Tak sugeruje autorka książki.

Brzmiało nieźle, więc zabrałam się do pieczenia.

Niecodzienne ciasto, przyznam. Nie ma w nim ani grama tłuszczu i ani jednego jajka!

Najpierw wsypałam do miski otręby ( ja dałam owsiane, bo tylko takie miałam. W przepisie było powiedziane jedynie, że mają być otręby), cukier muscovado , suszone owoce( miałam tylko rodzynki, morele i żurawiny) i zalałam wszystko dobrze ciepłym naparem z mocnej ( angielskiej 🙂 )herbaty.

Wymieszałam i zostawiłam na około ½ godziny, żeby wszystko nasiąkło dobrze herbatą.

Następnie wsypałam przesianą mąkę, proszek do pieczenia, grubo posiekane orzechy i przyprawę do grzańca. W przepisie była mowa o różnych przyprawach, więc pomyślałam, że ta do grzańca (rozpuszczalna całkowicie przyprawa, zawierająca ekstrakt z wanilii, limonki, cynamonu i goździków) będzie dobrym dodatkiem do tego ciasta.

Niedużą formę „keksówkę” wyłożyłam papierem do pieczenia,  włożyłam do niej ciasto i wyrównałam górę.

Do nagrzanego do  180 stopni piekarnika włożyłam formę i piekłam ciasto przez około 45 minut, aż  wyrosło i  zrobiło się rumiane,  a patyczek wbity w ciasto pozostawał suchy.

Wyjęłam ciasto i zostawiłam, żeby wystygło.

W przepisie jest powiedziane, że należy je zostawić zawinięte w papier do następnego dnia i dopiero wtedy rozkroić. Dopiero następnego dnia jest najsmaczniejsze, podobno.

Niestety mnie się to nie udało, połowę zjedliśmy od razu. Bardzo nam smakowało, to z pewnością bardzo typowe angielskie ciasto.

Ale drugą jego część grzecznie zostawiłam zawiniętą w papier i  jutro rano, jak należy  podczas śniadania, sprawdzę czy  faktycznie jest lepsze!

Basia

Śniadaniowe ciasto herbaciane

100g otrąb

120 g  cukru muscovado – z pewnością musi to być ten cukier. Demerara absolutnie go nie zastąpi!

130g różnych suszonych owoców

175ml mocnej  ciepłej zaparzonej herbaty

30 g orzechów

100g mąki

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

1 ½ łyżeczki przyprawy do grzanego wina instant Kotanyi

forma do keksu około 24 cm długości (może być krótsza, wtedy ciasto będzie wyższe niż moje)

Babeczki-muffinki w kolorowych papierkach

Brak komentarzy

Pobyt w Londynie oczywiście  nie mógł  być pozbawiony  wizyty w Foyles.

Pisząc o sushi, opowiadałam Wam o fantastycznej księgarni londyńskiej, gdzie mogłabym spędzić naprawdę dużo czasu! To właśnie jest Foyles.

Niestety, tym razem miałam absolutnie za mało czasu na wizytę tam.

Dlatego musiałam w ekspresowym tempie podjąć decyzję, co kupić?

Ale  jeśli ktoś z Was tam kiedyś był, to doskonale wie, że było to niezwykle trudne zadanie.

W rezultacie zdecydowałam się (między innymi 🙂 ) na uroczą książkę Lindy Collister „Cakes & bakes, from my mother’s kitchen”,  pełną przepisów na babeczki, muffinki, brownies, cookies, cakes and pies.

Dziś postanowiłam ją wypróbować.

W związku z tym, że moja Córka kupiła kilka dni temu w Ikei  prześliczne papilotki i żądała ich wykorzystania, wybór był dość prosty.

Polegał jedynie na wybraniu jednego z  dziesięciu chyba  przepisów na takie wypieki.

Tym razem padło na babeczki z orzechami włoskimi i syropem klonowym.

A właściwie,  w oryginalnym przepisie były pekany. Nie miałam ich, więc użyłam orzechów włoskich.

Poza tym były jeszcze drobne ,  kosmetyczne modyfikacje i babeczki gotowe!

Przepis jest przewidziany na standardowej wielkości papilotki do muffinów. Te z Ikei są  śliczne, ale też i większe niż zwykle. Dlatego zrobiłam ich 10 a nie 12, jak zwykle.

Są pyszne!

Babeczki z syropem klonowym i orzechami  włoskimi

na 12 standardowej wielkości muffinek

115 g miękkiego masła

50 g cukru demerara

150 ml syropu klonowego

2 jajka

115 g maki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

60 g orzechów włoskich posiekanych grubo

dekoracja

około  12 wyprażonych na suchej patelni połówek orzechów , mogą być całe albo posiekane

spora łyżka masła orzechowego

spora  łyżka  syropu klonowego

Rozgrzałam piekarnik do  180 stopni.

W misce ubiłam masło z cukrem, gdy masa była gładka,  dodałam syrop klonowy i dalej ubijałam. Dodałam po jednym jajku ciągle ubijając. Następie dodałam mąkę z proszkiem do pieczenia i dalej miksowałam . Na końcu dodałam jeszcze  orzechy i miksowałam przez chwilę.

Do formy do muffinów  włożyłam papilotki i do każdej włożyłam porcję ciasta.

Piekłam około 15-30 minut, aż babeczki miały złoty kolor, a patyczek wbity w nie był suchy.

Wyjęłam z piekarnika i zostawiłam, żeby wystygły.

W miseczce wymieszałam masło orzechowe z syropem.

Gdy babeczki wystygły, każdą  z wierzchu posmarowałam masłem z syropem i położyłam na wierzchu posiekane orzechy.

Polecam!

Basia

Muffinki z owocami (dla Brata :-))

komentarzy 9

Obiecałam, że napiszę o muffinkach  z owocami,  więc dotrzymuję słowa.

Mój Brat strasznie chciał przepis na muffinki z borówkami, takie jakie są w Starbucks.

Tylko jest mały problem… ja nie zaopatruję tej sieci! Niestety (chyba).

Powiem więcej, nigdy tam nie jadłam muffinek.

Ale oczywiście  piekłam wielokrotnie przeróżne muffinki , bo bardzo to lubię robić.

Być może któryś z tych moich przepisów zadowoli mojego Brata. Zobaczymy.

Będę próbować.

Dziś pierwsza receptura:

Muffinki z borówkami i malinami I

na 12 sztuk

220g mąki

80 g masła roztopionego

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

1 jajko

80g cukru

szczypta soli

100g jogurtu naturalnego

100ml mleka ( ja dałam 2%)

w sumie około 200g borówek i malin ( ja teraz  dałam oczywiście mrożone)

naturalny ekstrakt wanilii (lub otarta skórka z cytryny albo z pomarańczy, wybierzcie to, co wolicie)

ewentualnie cukier puder do posypania gotowych muffinek

Rozgrzałam piekarnik do temperatury 200stopni.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia i sodę, cukier, sól. Wbiłam jajko, wlałam mleko i jogurt, roztopione masło i ekstrakt wanilii.

Szybko wymieszałam łyżką całą tę masę. Nie należy się przejmować  ewentualnymi grudkami, zupełnie nie mają znaczenia!

Wrzuciłam do masy owoce i szybko  ale jednocześnie dość  delikatnie wymieszałam,  żeby nie rozgnieść zbytnio owoców.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki i do każdej nałożyłam porcję ciasta.

Włożyłam do piekarnika na około 20 minut.

Kiedy muffiny wyrosły i zarumieniły się,  wbiłam patyczek, żeby sprawdzić, czy są już upieczone.

Patyczek był suchy, więc wyjęłam je i wystudziłam.

Tak było tym razem,  natomiast poprzednio robiłam z następującego przepisu:

Muffinki z borówkami i malinami II

na 12 sztuk

250 g mąki

1 jajko

100ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy

100ml mleka

skórka otarta z pomarańczy

80g roztopionego masła ( albo oleju roślinnego, tak też robiłam)

80g cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

w sumie około 200g malin i borówek

Sposób przygotowania taki , jak w poprzednim przepisie.

Proszę, spróbujcie i dajcie znać, co myślicie o tych  muffinkach.

Basia

Banana bread

Brak komentarzy

Dziś miałam zrobić coś zupełnie  innego. Miały być muffinki z owocami na specjalne zamówienie mojego Brata.

Okazało się jednak, że drzwi do zamrażarki były niedomknięte. Przez dobrych kilka godzin, niestety!

Wiecie, co to znaczy?

Oczywiście rozmroziło się to i owo!

Sprawdziłam szybko sytuację i okazało się, że rozmroziło się kilka rzeczy na najwyższej półce.

Czyli wszystko zgodnie z prawem fizyki 🙂

Jeśli chodzi o to, co było na górnej półce i uległo (przynajmniej częściowemu) rozmrożeniu, to sprawa ma się następująco: lody waniliowe, banany  ( pisałam o tym kiedyś, że często zamrażam obrane, dojrzałe banany, a potem z nich robię na przykład  koktajl ) i żurawiny.

I co tu można uratować?

Banany były dość miękkie i z pewnością nie nadawały się do tego, żeby z powrotem zamrozić  je.

W związku z tym zaczęłam szybko myśleć, co można z nich zrobić?

Zrobiłam  wprawdzie koktajl, ale bananów było  w sumie około pól kilograma, więc znacznie więcej niż potrzeba na koktajl…

Szybko podjęłam decyzję: banana bread!

Pierwszy raz go piekłam.

Do tej pory wielokrotnie czytałam tu i tam przepisy na takie ciasto. Nigdy jednak nie zdecydowałam się go upiec.

Tym razem jednak nie było wyboru, były banany  do zużycia i tyle.

I bardzo dobrze!

Super fajne ciasto wyszło.

Bardzo jestem zadowolona, że ktoś nie domknął zamrażarki… Może nawet ja?

Jeśli nie mieliście do tej pory doświadczeń z takim wypiekiem, to spróbujcie. Warto, z pewnością.

Poza tym, że ciasto jest naprawdę  bardzo smaczne, to na pewno może poleżeć sobie co najmniej  kilka dni i nic mu to nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie. Czas działa na jego korzyść!

Bracie, wybacz!

Muffinki będą jutro, słowo!

A tymczasem upiecz banana bread, przecież wiem, że lubisz banany 😉

Banana bread

na formę do keksu dł.około 25cm

175 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

125 g roztopionego masła

150g cukru

2 jajka

około 300g bardzo dojrzałych bananów ( waga obranych bananów)

naturalny ekstrakt wanilii

około 80-90 g orzechów włoskich ( obranych i posiekanych grubo)

Rozgrzałam piekarnik do około 170 stopni.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia, sól , sodę i cukier.

W blenderze wymieszałam dobrze jajka, banany, masło, wanilię.

Zmiksowaną masę wlałam do mąki i dobrze wymieszałam. Dodałam orzechy i przełożyłam ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia i włożyłam do piekarnika na około godzinę.

Gdy ciasto było rumiane, a patyczek włożony w nie – suchy, wyjęłam je i zostawiłam do wystygnięcia.

Następnie wyjęłam z formy i … musiałam spróbować.

Bardzo fajnie, że banany się niespodziewanie rozmroziły!

Basia

Tarte Tatin

1 komentarz

Od wczoraj miałam  ochotę na jakieś małe  jabłkowe co nieco. Na słodko, oczywiście.

Z tą  myślą kupiłam kilka ładnych  jabłek.

„Chodziła” za mną tarta! Tylko jaka?

No i w końcu zdecydowałam się  na Tarte Tatin.

Nigdy wcześniej jej nie piekłam, więc postanowiłam skorzystać z przepisu, który znalazłam w The  Silver Spoon.

Nie będę Was zanudzać historią tej tarty, jedno tylko wspomnę, że była wynikiem eksperymentu.

Upieczono ją odwrotnie niż zwykle, to znaczy najpierw formę wyłożono jabłkami a potem na wierzch położono ciasto. Po prostu do góry nogami.

Efekt był podobno zdumiewający! Jabłka miały niesamowity smak i  ciemnozłoty kolor.

Podczas pieczenia zastanawiałam się, czy moja tarta też taka wyjdzie ? Tym bardziej, że w książce nie było zdjęcia upieczonej tarty (wspominałam Wam już kiedyś o tym jedynym felerze tej fantastycznej książki kucharskiej).

Tarta wyszła bardzo pyszna. Wprawdzie jabłka nie były bardzo ciemne, ale niezwykle aromatyczne.

Najlepiej smakuje jeszcze dobrze ciepła. W przepisie proponowali, żeby podać ją ze śmietanką.

Może z bitą śmietaną?  Pewnie to by było dobre…

Ja poprzestałam jednak  na kawałku tarty solo.

Polecam!

Tarte Tatin

średnica około 23-25 cm

( przepis  z „The Silver Spoon” zmodyfikowany przez mnie)

ciasto

225 mąki

100g zimnego masła  posiekanego + trochę do wysmarowania formy

80g cukru

ok.7 łyżek zimnej wody

szczypta soli

z  podanych składników zagnieść szybko ciasto i włożyć na godzinę do lodówki.

nadzienie

5 jabłek obranych , z wydrążonymi gniazdami nasiennymi , pokrojonych na plasterki

65 g cukru

około 25 g masła pokrojonego na kawałeczki

Rozgrzałam piekarnik do około 240 st.

Formę do pieczenia wysmarowałam masłem, ułożyłam  warstwę plasterków jabłek , posypałam połową cukru.

Następnie ułożyłam drugą warstwę i znów posypałam pozostałym cukrem. Położyłam na jabłkach kawałeczki masła. To pomysł mojej Córki, zgodny z zasadą, że jak chcesz, żeby coś było lepsze, to dodaj do tego masła 🙂

Schłodzone ciasto rozwałkowałam i położyłam na jabłkach, dokładnie przykrywając je. Lekko przycisnęłam warstwę ciasta, żeby wyrównać powierzchnię.

Wstawiłam do piekarnika na około 30 minut.

Następnie wyjęłam ciasto z piekarnika. Odwróciłam formę i przełożyłam ciasto „do góry nogami” na inną blaszkę.

Wstawiłam ( zgodnie z przepisem) pod rozgrzany grill. Miał się wprawdzie skarmelizować cukier w ten sposób, ale u mnie jabłka zaczęły się przypalać, więc wyjęłam tartę  z piekarnika.

Myślę, że można po prostu, po odwróceniu wstawić ją do piekarnika jeszcze na jakieś 5-10 minut. Ale wstawiania pod grill chyba raczej  nie polecam.

Dość newralgicznym momentem jest odwrócenie i przełożenie gorącej tarty. Ale w związku z tym, że na dnie są jabłka, ciasto wychodzi z formy z łatwością. Wystarczy na wierzchu formy położyć  inną  blaszkę do pieczenia albo żaroodporny talerz  i szybkim, zgrabnym ruchem całość odwrócić.

Powodzenia!

Basia

Wielkanoc!

Brak komentarzy

Wielkanoc!

Już właściwie półmetek Wielkanocy, ale ciągle przecież można przyjmować życzenia, dlatego życzę Wam Wesołego Alleluja!

Najmilszych, najcieplejszych i najradośniejszych Świąt.

Jestem pewna, że świetnie udały się Wasze mazurki, baby i pasztety. Prawda?

Nasze wypieki i inne świąteczne wyroby też wyszły całkiem nieźle.

Pasztet, ćwikła i wielkanocny sos polski, to naprawdę udane połączenie. Dobrze, ze zostało jeszcze trochę na jutro!

Ale w tym zestawie potrzeba przecież jeszcze chleba… Spokojnie, nie zapomniałam o nim! Upiekłam mój świąteczny chleb.

Ale o pieczeniu chleba opowiem innym razem.

Z paschy nie odciekło właściwie nic. Mokra była tylko ściereczka lniana, w którą  zapakowana  była pascha. Więc najprawdopodobniej ser był dobrze odciśnięty.

Nieskromnie powiem, że jak zwykle pascha zebrała mnóstwo pochwał.

Myślę, że zupełnie słusznie, bo była rzeczywiście warta grzechu :-).

Mazurek-niemazurek zniknął z patery z ciastami chyba w pierwszej kolejności. Takie „niby nic”, a cieszy podniebienie. I miło rozpływa się w ustach…

Dobrze, że Święta Wielkanocne nie kończą się dziś.

Mamy na szczęście jeszcze jeden dzień łasuchowania!

I tego właśnie Wam życzę na jutro.

A o konsekwencjach będziemy myśleć później…:-)

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress