Archwium dla

Styczeń, 2011

...

Domowe burgery

Brak komentarzy

No i miałam dziś comfort food w najczystszej formie!

Było wiadomo, że  choć dziś sobota, to cały dzień nie będzie mnie w domu, wrócę późno i do tego zmęczona. W związku z tym wcześniej ustaliłyśmy z Córką, co będzie na kolację.

Chciałam zjeść coś prostego, pysznego i odżywczego zarazem. Coś,  co można wyczarować w parę chwil  zaledwie, a potem z największą  przyjemnością zjeść!  Szybko i jednogłośnie zdecydowałyśmy, że to będą burgery, oczywiście domowe i bogate!

Nie robiłam ich już dawno,  więc tym większą miałyśmy na nie ochotę.

Szczęśliwie w zamrażarce miałam porcję dobrego mielonego mięsa,  a w domu były też inne potrzebne produkty. Córka kupiła w ulubionej piekarni  odpowiednie  bułki i w ten sposób  wszystko, co potrzebne do naszych burgerów,  już było przygotowane.

Gdy wróciłam do domu, czekały już pokrojone pomidorki koktajlowe i czerwona cebula, umyta roszponka. Włączyłam piekarnik na około 220 stopni, żeby podgrzać w nim bułki. Zanim się rozgrzał przyprawiłam mięso na burgery dodając do niego posiekaną czerwoną  cebulę, worcestershire sauce, sos sojowy, rozgnieciony czosnek, świeżo zmielony pieprz , curry i odrobinę oliwy. Uformowałam burgery i smażyłam je na patelni bez tłuszczu. W piekarniku już leżały i opiekały się bułki.

Rozgrzaną i chrupiącą bułkę ( według mnie  najlepiej bułkę  najpierw przekroić, znów złożyć razem obie  części i dopiero włożyć do dobrze rozgrzanego  piekarnika) posmarowałam  sosem musztardowym, położyłam  następnie listki roszponki, wysmażone chrupiące plasterki boczku, gorącego burgera, pokruszony  ser bałkański, plasterki pomidorków koktajlowych, krążki czerwonej cebuli i listki świeżej  bazylii.

Przykryłam drugą połówką bułki, również posmarowaną sosem musztardowym i gotowe!

Jeśli do tej pory nie przyszło jeszcze Wam do głowy, żeby zrobić takie  domowe burgery, to ogromnie polecam. Frajda nie z tej ziemi! I zobaczycie, że każdy fast food  przy tym wymięka :-)

Przepyszne domowe burgery

4 porcje

burgery:

około 450 g mięsa mielonego ( jak zwykle moje mięso, to mieszanka chudego wołowego i wieprzowego)

sos worcestershire około 2 łyżek

sos sojowy około 2 łyżek

2 rozgniecione ząbki  czosnku

spora szczypta curry

posiekana drobno  malutka cebula czerwona

odrobina oliwy

4 bułki ( nasze, to były tradycyjne,  przecięte bułki z Piekarni Mojego Taty  w Krakowie)

sos musztardowy: majonez pomieszany z musztardą francuską i musztardą kremską)

kilka pomidorków koktajlowych pokrojonych w plasterki

cienkie krążki czerwonej cebuli

4 cienkie plasterki boczku, każdy przekrojony na pół i wysmażone na chrupiąco, potem odsączone z tłuszczu na ręczniku papierowym

listki roszponki( może być też rukola albo po prostu sałata)

świeża bazylia ( opcja)

100g pokruszonego prawdziwego sera bałkańskiego ( może być feta, kozi, albo jakiś inny ser, może nawet pleśniowy, jeśli lubicie)

Polecam,

Basia

Jedzenie na pocieszenie i laksa

Brak komentarzy

Gdy robiłam kilka dni temu porządek na półkach z książkami kucharskimi, wpadła mi w rękę mała książeczka, która leżała gdzieś z tyłu, przypadkowo przyciśnięta innymi, dużymi. Pewnie też dlatego zapomniałam o niej ostatnio, bo jak wiadomo: czego oczy nie widzą, tego sercu nie żal.
Ale skoro wpadła mi w rękę, to się nią zainteresowałam.

„101 comfort food classics”, wydawnictwo znanego brytyjskiego magazynu Olive, należącego do BBC, który co miesiąc prezentuje różne kulinarne nowinki, sezonowe przepisy, porady dotyczące serwowania win, rekomenduje restauracje, ale też przekazuje relacje z podróży skupionych właśnie na poznawaniu nowych, często bardzo egzotycznych smaków. Poza miesięcznie ukazującym się magazynem, Olive publikuje też okazjonalnie właśnie takie niedużego formatu książeczki z przepisami, jak wspomniane przeze mnie wyżej „101 comfort food classics”. Olive wydało też wiele innych pozycji np.: „101 stylish suppers”, „101 soups and sides”, „101 cupcakes and small bakes” itd. Ja tymczasem mam tylko tę jedną. Ale fajnie, że ją mam!

Czasem potrzebujemy czegoś, co poprawi nam humor, odstresuje, doda energii, albo pocieszy. Czegoś co zadziała po prostu jak przytulenie. I tu z pomocą przychodzi właśnie coś, co po angielsku nazywa się comfort food , a po polsku chyba jeszcze nie ma swojego odpowiednika. Takie „jedzenie na pocieszenie”. Coś pysznego, co lubimy i co poprawia nam samopoczucie, coś takiego, co można przygotować szybko, jeśli mamy tylko kwadrans po pracy, albo innym razem, gdy właśnie chcemy zająć się gotowaniem przez całe weekendowe popołudnie.
W książeczce są przepisy na kanapki, zupy, zapiekanki, desery, omlety etc. Takie całkiem proste, nieskomplikowane dania z dobrych produktów. Pewnie wypróbuję wiele z nich, bo brzmią całkiem nieźle.

Tymczasem ugotowałam zupę według znalezionego tam przepisu. Propozycja dla amatorów ostrych dań, zdecydowanie!
Laksa z krewetkami, ale jeśli krewetki nie kręcą Was, to spokojnie można użyć kurczaka pokrojonego w kosteczkę,, tylko wcześniej trzeba go podsmażyć czy poddusić, bo gotowanie laksy, to naprawdę tylko chwila. Laksa, to zupa z makaronem pochodzenia dalekowschodniego, popularna w Singapurze i Malezji. Są różne rodzaje laksy, z mlekiem kokosowym, curry, z krewetkami , rybą albo homarem.
Wszystkie jednak z pewnością są bardzo ostre, moja dzisiejsza również!

Laksa z krewetkami
dla 3-4 osób

50 g makaronu ryżowego
ok. 200g krewetek rozmrożonych
500 ml bulionu z kurczaka, może być z kostki
150g kiełków fasoli mung
mleko kokosowe ok. 500ml z puszki albo z proszku, ja wolę z proszku.
3 łyżki red curry paste , ta ilość powoduje , że zupa jest BARDZO OSTRA, więc jeśli macie obawy, zmniejszcie ilość pasty!
kolendra świeża, albo natka pietruszki, jak u mnie
kawałek świeżego ogórka, nieobranego, pozbawionego pestek, pokrojonego w cienkie słupki

Makaron przygotować wedłyg przepisu, czyli zalać wrzącą woda i odstawić.
W garnku podsmażyć pastę curry z odrobiną mleka kokosowego, po chwili dolać resztę mleka, bulion, wrzucić krewetki i gotować przez parę minut, dodać kiełki i jeszcze przez chwilkę gotować. Do miseczek włożyć porcję makaronu, wlać zupę położyć na wierzchu słupki ogórka i kolendrę albo natkę.

Pyszne, ale piekielnie ostre!
Smacznego,

Basia

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

Komentarzy - 5

Nie miałam wcale tego pisać, bo moja Córka stwierdziła, że to nudne! Ciągle te muffinki i muffinki. No więc trudno, jak nie,  to nie…

Ale tak się złożyło, że miałam okazję  poczęstować  czekoladową muffinką  Martę (wierną czytelniczkę tego bloga :-) ),  a ona właśnie poprosiła o przepis na nie, więc jednak napiszę!

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam w Almie wiśnie suszone, sprzedawane na wagę (nawiasem mówiąc nieprzyzwoicie drogie).

Zaraz wyobraziłam sobie ich smak i aromat… no i musiałam kupić choć trochę.

W drodze powrotnej do domu , jak to zwykle bywa z różnymi  właśnie kupionymi przysmakami, sięgałam do woreczka z wiśniami i podjadałam. Na szczęście trochę oszczędziłam!

Zaczęłam zastanawiać się,  do czego mogę ich użyć? Ale biorąc pod uwagę, że właśnie kończyły się już w domu poprzednie wypieki,  a jak już wspominałam nie lubię, gdy nie ma niczego słodkiego w domu, zdecydowałam się na upieczenie bardzo czekoladowych muffinek z wiśniami. Połączenie czekolady i wiśni, to przecież sprawdzone i udane połączenie. Tym razem również.

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

12 sztuk

250 g mąki

2 łyżeczki  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

czekolada gorzka pokrojona w małą kostkę

4 kopiate łyżki dobrego kakao

175 g cukru

250 ml mleka

80 g oleju roślinnego

1 jajko

garść suszonych wiśni

Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni.

W misce wymieszałam  mąkę, sodę i proszek, kakao, cukier, dodałam mleko, jajko i olej. Szybko  wymieszałam, nie przejmując się pozostałymi w cieście grudkami, dodałam pokrojoną czekoladę i wiśnie i szybko wymieszałam. Do papilotek ułożonych w muffinkowej blaszce nakładałam sporą porcję ciasta, całość tego co przygotowałam zmieściłam w  12 papierowych miseczkach.

Piekłam około 20 minut, sprawdziłam patyczkiem. Gdy patyczek był  czekoladowy tylko tam, gdzie natrafił na rozpuszczona czekoladę,  a śladów niedopieczonego  ciasta nie było na nim, wyjęłam muffinki z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Kurczak w herbacie :-)

Komentarzy - 4

Wyjęłam z zamrażarki  kilka kawałków kurczaka i zastanawiałam się, co z nich zrobić na kolację?

I już niewiele brakowało, żebym zdecydowała się na  kurczaka tandoori , kiedy wpadł mi pewien pomysł do głowy.

Kurczak marynowany w herbacie!

Kiedyś, parę lat temu, pewien mój Kolega (również  prawie kolega po fachu, bo iranista) opowiadał mi o swoim pobycie w Afganistanie. Stamtąd  właśnie przywiózł przepis na kurczaka marynowanego w herbacie.  Przypominam sobie, że zachwycał się tym daniem. Minęło kilka dobrych lat od tej rozmowy, nie pamiętam dokładnie przepisu. Wiem jedynie, że mięso zalewa się mocnym,  herbacianym naparem i w nim pozostawia na jakiś czas…. Resztę musiałam zaimprowizować:-)

Zaczęłam od zaparzenia czarnej  herbaty,  4 kopiate łyżeczki  wsypałam do dużego zaparzacza ( Mąż kupił sobie taki do parzenia zielonej herbaty), wstawiłam go do miski szklanej  i zalałam wrzątkiem. Napar był naprawdę bardzo mocny i ciemny. Myślę, że można użyć każdej herbaty, ja użyłam herbaty przywiezionej przez mojego Męża ze Sri Lanki, ale nie pamiętam dokładnie, jaka to herbata. Następnym razem spróbuję to zrobić z Earl Grey, moją ulubioną!

Do miski z naparem włożyłam kawałki kurczaka ( uda i podudzia), płyn przykrywał mięso całkiem.

Zostawiłam kurczaka w tej marynacie na kilka godzin, pewnie można zostawić tak na noc.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Naczynie żaroodporne posmarowałam oliwą, włożyłam do niego posiekaną cebulę, następnie kawałki ciemnego od esencji kurczaka, wlałam mniej więcej połowę płynu, w którym moczył się kurczak, kawałki skropiłam sosem sojowym, octem balsamicznym, posypałam curry, pieprzem  i posmarowałam rozgniecionym czosnkiem. Wstawiłam do piekarnika. Po około 20 minutach zmniejszyłam temperaturę  pieczenia do około 160 stopni . Po kolejnych 20-30 minutach odwróciłam kawałki kurczaka, bo zaczęły się trochę przypiekać, skropiłam jeszcze raz octem balsamicznym i sosem sojowym i dalej piekłam. W sumie pieczenie trwało około 2 godzin. Celowo piekłam tak długo,  choć  kurczak z pewnością już wcześniej był gotowy, bo uwielbiam mięciutkie mięso kurczaka, które wręcz ześlizguje się z kości. I tak właśnie było  tym razem. Po upieczeniu mięso kurczaka było  ciemne  (głównie z wierzchu, głębiej  było jaśniejsze) i  bardzo soczyste i kruche. W smaku nie było czuć  konkretnie herbaty, ale wyraźnie smak był bogatszy.   Kurczak w tym wydaniu jest dość  delikatny, więc jeśli lubicie pikantne dania, to proponuje dać więcej curry albo dodać chili na przykład.

Kurczak marynowany w herbacie ( może trochę po Afgańsku)

6 sporych kawałków kurczaka

4 kopiate łyżeczki  czarnej herbaty i tyle wody, żeby mocny  napar przykrył kurczaka

parę łyżek sosu sojowego ( 3-4)

parę łyżek octu balsamicznego ( j.w.)

curry

pieprz

3 rozgniecione  ząbki czosnku

oliwa ( całkiem niekoniecznie, według mnie można w ogóle nie smarować naczynia oliwą, bo z kurczaka wytopi się pewnie wystarczająco dużo tłuszczu. Ja następnym razem z pewnością nie dam żadnego tłuszczu).

Smacznego,

Basia`

P.S. Moi Drodzy, dziś mija rok odkąd zaczęłam pisać tego bloga.

Dziękuję  serdecznie wszystkim, którzy zaglądają tu i liczę na Waszą dalszą obecność.  Dziękuję też ogromnie za wszystkie komentarze i proszę o więcej!


Pozdrawiam Wszystkich,


Basia

Buchty

Komentarzy - 5

Ciasto drożdżowe  nigdy nie było moją mocną stroną.  Nigdy  też specjalnie nie lubiłam go jeść i  to pewnie dlatego  tylko parę razy  upiekłam  coś drożdżowego.  Moja Mama  w przeciwieństwie do mnie bardzo lubi i  często piecze ciasta drożdżowe.  Pamiętam z dzieciństwa,  pieczone przez nią buchty, takie bułki  nadziewane powidłami, które piecze się w jednej formie, blisko obok siebie poukładane. Przed pieczeniem polewa się je roztopionym tłuszczem, dzięki temu po upieczeniu bułki z łatwością oddziela się jedną od drugiej, mimo, że właściwie wydają się być „zrośnięte”. Akurat te drożdżowe bułki bardzo lubiłam!

Ostatnio właśnie sobie o nich przypomniałam i  „chodziły za mną” przez jakiś czas… Aż dziś postanowiłam je upiec.

Wyciągnęłam przepis , który podyktowała mi  kiedyś Mama  i zabrałam się  za pieczenie.

Buchty drożdżowe

około 15 sztuk w tortownicy o średnicy 26 cm

500 g mąki

2 jajka

200 g roztopionego masła, choć w Mamy przepisie była margaryna. Ja nie używam margaryny w ogóle.

Jakieś 20-30 g z tego masła trzeba zostawić do polania bułek z wierzchu

skórka otarta z jednej cytryny

wanilia ( dałam  naturalny ekstrakt z wanilii)

40 g drożdży

szklanka mleka ( dałam 220 g)

150 g cukru + łyżka do wyrośnięcia drożdży

spora szczypta soli ( pamiętam, że  moje pierwsze ciasto drożdżowe, dawno temu, upiekłam bez soli…Odtąd, choć nie piekłam,  bardzo dobrze pamiętam, że sól MUSI BYĆ!)

około pół małego słoika powideł, ja dodałam jeszcze do powideł śliwkowych trochę konfitury z róży

Drożdże rozkruszone wymieszałam z ciepłym mlekiem,  dodałam  łyżkę cukru i zostawiłam do wyrośnięcia.  Szybko wyrosły i dosłownie zaczęły „wychodzić’ z kubka!

Wtedy do miski wsypałam mąkę, cukier, sól, jajka, wlałam  mleko z drożdżami, dodałam wanilię, roztopione masło, dodałam skórkę z cytryny  i wyrobiłam dobrze. Zostawiłam w ciepłym miejscu na około godzinę, żeby wyrosło.

Formę wyłożyłam papierem do pieczenia na dnie, boki posmarowałam masłem.

Z ciasta formowałam  kulki, robiłam w nich dołek, w który wkładałam porcje powideł, zaklejałam i tą zaklejoną stroną  w dół układałam bułki w tortownicy.

Według mnie ciasto było trochę za rzadkie, trudno było formować bułki, a potem trochę się rozpływały w tortownicy. Myślę, że następnym razem dam nieco mniej mleka.

Gdy ułożyłam wszystkie, polałam masłem , głównie w te miejsca, gdzie bułki się ze sobą łącżą.

Piekłam około 30 minut. Z wierzchu bułki były dobrze przyrumienione, lekko brązowe raczej a nie złote. Wbiłam patyczek, żeby sprawdzić, czy są  gotowe.  Cudnie pachniało w całym domu! Córka powiedziała, że to zapach dobrej piekarni;-)

Nie mogliśmy się doczekać, aż wystygną całkiem i zabraliśmy się za próbowanie…

I w ten sposób w ciągu kwadransa  zniknęła połowa bułek!

Pyszne, polecam!

Basia

Spaghetti z krewetkami

Brak komentarzy

Krewetki i inne owoce morza nie należą do powszechnie lubianych. I choć grono ich amatorów ciągle rośnie,  nadal  jest bardzo wielu ich zagorzałych przeciwników. Choć pewnie duża część z nich nigdy  nie jadła  krewetek, swą niechęć opierają raczej na  strachu przed nowym i do tego takim dziwnym jedzeniem, tak sądzę. Nie pamiętam kiedy ja je polubiłam, ale było to naprawdę dawno temu.

Pamiętam, jak kiedyś przed laty, w jednej z krakowskich restauracji zamówiliśmy z Mężem  krewetki panierowane. I dostaliśmy takie właśnie: piękne i duże, usmażone na złoto. Niestety… panierowane były w całości, razem z chitynowymi pancerzami!

Przez długi czas ciężko było kupić duże krewetki, dostępne były głownie te małe, koktajlowe.

Smak ich jest nieporównywalny. Dlatego bardzo przyjemnie, że można z łatwością już dostać te duże, za przyzwoite całkiem pieniądze. Kupiłam właśnie ostatnio takie ( w Auchan), 16 złotych kosztowała 500 gramowa  paczka pojedynczo mrożonych, obranych,  dużych krewetek.

A skoro już są  krewetki, to polecam  dzisiejszy makaron.

Spaghetti z krewetkami i suszonymi pomidorami

porcja dla 3-4 osób  w zależności od stopnia głodu :-)

250 g makaronu

220-250g rozmrożonych krewetek

oliwa czosnkowa

sól

2 cebulki dymki posiekane

ok. 100ml białego wina

ok. 150 g suszonych pomidorów pokrojonych na paski na przykład

szczypta cukru

szczypta chili

parmezan do posypania (według uznania)

natka pietruszki  (j.w.)

Ugotować makaron zgodnie z przepisem.

Na dużej rozgrzanej patelni smażyć dymkę na oliwie czosnkowej, aż się zeszkli. Dodać pomidory suszone, chili , rozmrożone krewetki  i wino i razem dusić. Doprawić solą i cukrem.

Ugotowany i odcedzony makaron (trochę wody odlanej  z makaronu warto zostawić i dodać do sosu, gdyby ten  zbyt odparował podczas gotowania) przełożyć na patelnię z sosem z krewetkami i wymieszać, dodać siekaną natkę, jeśli lubicie, albo jakieś inne zioła

Porcje na talerzu posypać parmezanem, według uznania również.

Smacznego,

Basia

Muffinki zamiast szarlotki

Brak komentarzy

Dziś mam coś dla miłośników szarlotki z cynamonem i dla fanów muffinek równocześnie.

Przepyszne muffinki z jabłkami i cynamonem…palce lizać!

Zwróciłam  dziś uwagę na jabłka, które kupiłam już dobrych kilka dni temu.

To były Szare Renety. Kupiłam je z myślą o czymś, czego w rezultacie nie ugotowałam, więc renety zostały .  Trzeba je było koniecznie wykorzystać, bo zaczęły już się marszczyć.

Biorąc pod uwagę moją muffinkową miłość , zaczęłam przeglądać przepisy właśnie na muffinki.

Prawdę powiedziawszy, nie mogę się zwykle oprzeć wypróbowaniu nowych receptur na te wypieki, a z jabłkami babeczek jeszcze nie piekłam.  Dlatego bez zbędnej zwłoki zabrałam się właśnie za nie, podpatrując przepis u Nigelli w „Kitchen”.

Muffinki upiekły się wyśmienicie, wyrosły bardziej, niż te,  które do tej pory piekłam.

Dzięki sporej ilości jabłek są lekkie i owocowe, dzięki cynamonowi  prawdziwie szarlotkowe, a za sprawą posypki na wierzchu z orzechami, cukrem i cynamonem delikatnie chrupiące.

Udany pomysł!

Muffinki z jabłkami i cynamonem

na 12 sztuk

250 g mąki

100g oleju roślinnego

2 jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

2 łyżeczki cynamonu ( 1 + 1)

2 duże Szare Renety

125 cukru demerara plus 4 łyżeczki na posypkę

100g miodu

60g jogurtu naturalnego

80g migdałów i orzechów laskowych  grubo posiekanych (jedne i drugie nieobrane)

Rozgrzałam piekarnik do około 190 stopni.

Obrałam jabłka i pokroiłam w małą kostkę (około 1cm X 1 cm), odstawiłam na chwilę.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia i  1 łyżeczkę cynamonu.

W drugiej misce wymieszałam widelcem cukier, jajka, jogurt, olej, miód.

Do miski z mąką wlałam wymieszaną masę, dodałam jabłka i  połowę orzechów i migdałów i szybko wymieszałam całość.

W osobnej misce wymieszałam  posypkę, czyli pozostałe orzechy i migdały,  pozostały cukier i łyżeczkę cynamonu.

Do formy na muffinki  włożyłam papilotki , do każdej nałożyłam porcję ciasta, było go naprawdę dużo. Papilotki były całkiem pełne. Z wierzchu posypałam przygotowana posypka i wstawiłam do piekarnika. Piekłam około 20 minut, kiedy były rumiane, a patyczek w nie wbity wychodził suchy, wyjęłam muffinki z piekarnika. Gdy nieco ostygły ostrożnie wyjęłam je z formy. Pyszne są zarówno ciepłe jak i przestudzone.

Smacznego,

Basia

Postanowienia noworoczne i łosoś po azjatycku

Brak komentarzy

Z nadejściem nowego roku zwykle pojawiają się też noworoczne postanowienia.

Ciągle słyszymy, że ten chce schudnąć 5 kilogramów, tamten 10. Jedni postanawiają zadbać o tężyznę fizyczną,  inni zrobią porządek w papierach, albo będą czytać więcej książek.

Moja Córka też zapytała mnie, jakie jest moje postanowienie na rozpoczęty właśnie rok?

I trochę się zdziwiła, kiedy powiedziałam, że moim postanowieniem noworocznym, jest robić  sobie więcej przyjemności!

Tak, nie zamierzam sobie specjalnie niczego odmawiać, bo to nie uczyni mnie szczęśliwszą, a więcej przyjemności ,  z pewnością tak!

Tak więc zaczynam rok z silnym postanowieniem częstszego dogadzania sobie,  przecież szczęśliwa kobieta w domu, to szczęśliwi domownicy, czyż nie?

Dogadzanie sobie będę realizować w rożny sposób,  ale  będzie polegało też na gotowaniu pysznych i wartościowych dań. Takim jest ugotowany właśnie łosoś  po azjatycku podpatrzony u Jamiego Olivera w książce „ Jamie’s 30-minute meals”.

Mój łosoś musiał być jednak dostosowany do tego, co było w domu, więc nie jest wierną kopią tego, co zrobił Jamie. Myślę jednak, że ta modyfikacja zupełnie mu nie zaszkodziła.

Łosoś po azjatycku

około 500 g łososia pokrojonego na kawałki

mała cebula czerwona grubo posiekana

ok. 3 łyżek sosu sojowego

spora szczypta imbiru mielonego ( może oczywiście być świeży, ale ja go nie miałam, stąd  mielony)

płaska łyżka cukru demerara

świeżo zmielony pieprz

sok z 2 małych cytryn  ( mogą być limonki, nawet będzie lepiej!)

spora szczypta chili

1-2 łyżki sosu rybnego

oliwa  z oliwek

Cebulę, sos sojowy i wszystkie inne  przyprawy zmiksowałam w blendrze. Płaskie naczynie do zapiekania wysmarowałam oliwą, włożyłam kawałki łososia i polałam zmiksowanym sosem.

Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do około 220 stopni i zapiekłam około 15-20 minut, aż łosoś zarumienił się z wierzchu i był gotowy.

Łososia, który był niezwykle smaczny mimo prostoty jego przygotowania,  zjedliśmy z sałatą lodową i bagietką czosnkową, którą zapiekałam w piekarniku wraz z łososiem przez ostatnich 5-10 minut pieczenia.

Polecam!

Basia

Noworoczne gwiazdki

Brak komentarzy


Szczęśliwego Nowego Roku!

Mam nadzieję, że spędziliście Sylwestra miło i smacznie.

Niech cały ten, właśnie  rozpoczęty, rok będzie dla Was udany

Kulinarne również:-)

Życzę Wam, zatem,  dobrych i sprawdzonych przepisów.

A skoro o przepisach mowa, to przyznam, że zwykle niezbyt chętnie  korzystam z przepisów zamieszczanych w czasopismach, zauważyłam  parokrotnie, że są nierzetelne i  niewypróbowane. Zdecydowanie wolę przepisy ze sprawdzonych książek kucharskich.

Tym razem jednak, za namową Córki,  zdecydowałam się spróbować recepturę zamieszczoną w ostatnim Twoim Stylu. Zachęcił nas sos karmelowy, który miał się znaleźć w opisywanych tam muffinkach, bo do karmelu  (i do muffinek!) obie mamy wielką słabość :-)

Dziś rano mój Mąż zapragnął jakiegoś noworocznego wypieku,  stąd wziął się pomysł na dzisiejsze pieczenie.

Korzystając z dzisiejszego święta oraz z równie świątecznej silikonowej foremki, którą ostatnio dostałam, upiekłam noworoczne śmietankowo-karmelowe muffinki-gwiazdki.

Przyznam, że do tej pory z dystansem podchodziłam do silikonowych foremek do pieczenia. Jakoś nie mogłam uwierzyć w to, że takie „plastikowe” foremki nie topią się w rozgrzanym piekarniku…

Dziś spróbowałam w nich upiec i okazało się, że to działa!

Silikonowych foremek nie trzeba nawet natłuszczać, po prostu wlewa się do nich ciasto i tyle.

Przepis z Twojego Stylu najpierw wzbudził we mnie wątpliwość,  bo gdy zaczęłam ubijać cukier z jajkami, to okazało się, że ich  proporcje uniemożliwiają raczej ubicie na „puszystą masę”, jak wskazywał przepis, ale po dodaniu śmietanki i mleka całość poszła  już do przodu! Poza tym nie bardzo było wiadomo, ile muffinek wyjdzie z przepisu. Ja upiekłam tym razem gwiazdki z innej formy, ale sądząc po ilości mąki w przepisie myślę,  że takie ilości, jakie podaję poniżej, wystarczają na 12 standardowych  muffinek.

Do tego wypieku użyłam sosu karmelowego zrobionego ze skarmelizowanego cukru,  do którego dodałam śmietankę kremówkę i trochę masła ( do cukru z wodą, rozgrzanego i zrumienionego na brązowo- po prostu karmelu- dodać śmietankę i  mieszać, aż zrobi się gładka masa,  dodać trochę masła i jeszcze wymieszać).

Noworoczne gwiazdki śmietankowo-karmelowe

250 g mąki

70 g masła

130 g cukru

2 jajka

łyżeczka proszku do pieczenia

ok. 40 ml śmietanki  36%

ok. 80 ml mleka

ok. 80 ml  domowego sosu karmelowego

2 garści ( plus te do dekoracji) różnych orzechów, ja dałam włoskie i laskowe

Masło zmiksować  z cukrem, dodać po kolei  jajka, wlać śmietankę i mleko, miksować  i dodać sos karmelowy.

Dodać mąkę z proszkiem i dalej miksować, dodać  orzechy i jeszcze wymieszać dokładnie.

Przełożyć masę do foremek (papilotek np.) , na wierzchu na każdej babeczce położyć kilka orzechów i piec przez około 20 minut w temperaturze 180-200 stopni, aż będą złocisto- rumiane.

Gotowe muffinki  wyjąć i wystudzić.

Są naprawdę niezwykle smaczne, gorąco polecam, nawet jeśli nie macie takich okolicznościowych foremek :-)

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress