Archwium dla

Październik, 2010

...

Nigella i świnki w kocykach

Komentarzy - 4

Pewnie już wspominałam, że jestem wielką fanką Nigelli Lawson.

Wielu twierdzi, że jej głównie chodzi o lansowanie siebie, a nie o gotowanie.

Niewiele mnie przejmują takie głosy, a właściwie wcale. I bardzo chętnie zaglądam do książek z jej przepisami, gotuję według nich albo  choć inspiruję się gotując po swojemu. U niej znajduję wiele pomysłów, które natychmiast mi się podobają, nie muszę się do nich przekonywać, tak jak to bywa z innymi autorami książek kucharskich. Wielokrotnie zauważyłam, że mamy z Nigellą podobne spojrzenie na gotowanie. I wcale nie przeszkadza mi jej oblizywanie palców podczas gotowania w programach telewizyjnych. Wielokrotnie słyszałam ostrą krytykę tego. Bądźmy jednak uczciwi, czy kiedy gotujemy czy pieczemy sami w kuchni nie zdarza nam się oblizanie łyżki czy palców? Pewnie,  że tak! Więc o co chodzi? Ona z pewnością przesadza trochę, ale właśnie taki jej wizerunek jest dla wielu ludzi bardzo wiarygodny i o to przecież  w tym chodzi.

Myślę, że wiele jest prawdy w tej powszechnie znanej opinii o Nigelli:  „kobiety chcą być nią, mężczyźni  z nią”:-).

Kiedy zimą zeszłego roku  dostałam od Kuzyna z Anglii książkę Nigelli „Christmas” z jej osobistą  dedykacją dla mnie, byłam w siódmym niebie!

Gapiłam się długo na ten wpis,  nie mogąc uwierzyć,  że to prawda!

Z dużą niecierpliwością czekałam  teraz na kolejną  pozycję  Nigelli, czyli „Kitchen”.

Niedawno właśnie się ukazała i chciałam przy pomocy znajomych albo rodziny sprowadzić ją sobie z Londynu.

Nie zdążyłam, …  dostałam ją  właśnie w prezencie urodzinowym!

Nie miałam jeszcze czasu, żeby dokładnie obejrzeć  całą książkę,  to trochę potrwa zanim się z nią zaznajomię. Będę Was o tym na bieżąco informować, oczywiście.

Jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności   i  (mimo dotkliwego ostatnio braku czasu) zajrzałam do niej.  Szybko przeglądając  książkę natknęłam się na przepis, który już kiedyś spotkałam u Nigelli. Wprawdzie w trochę  zmienionej wersji, ale idea jest ta sama.  Nigella nazwała to „Świnki w kocykach”.

Do tej pory nigdy tego nie przygotowałam, ale teraz już wiem, że powtórka będzie szybko!

Jeśli macie dzieci, to na pewno im się to spodoba, bo dzieci zwykle lubią parówki.

„Świnki w kocykach”, to po prostu zawinięte w ciasto  parówki albo frankfurterki. I oczywiście upieczone.  Te świnki popularne są bardzo w Stanach Zjednoczonych, Australii,  Wielkiej Brytanii, Niemczech i innych krajach europejskich. Czasem parówki czy inne kiełbaski zawinięte są  nie w ciasto ale w boczek, a czasem jeszcze do tego w chleb.

Mnie  bardzo spodobały się te upieczone w cieście.

To  dobry pomysł na przekąskę albo na dodatek do barszczu czy innej zupy.

Do tego, to łatwy przepis niewymagający skomplikowanych produktów.

I potrwa tyle,  ile upieczenie cienkiej warstwy ciasta francuskiego, czyli bardzo krótko!

Świnki w kocykach

na 24 sztuki

8 parówek Berlinek z Morlin

opakowanie ciasta francuskiego 275g

jajko

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Rozwinęłam ciasto francuskie na desce.

Parówki przekroiłam na 3 równe części. Ciasto pokroiłam wzdłuż na paski o szerokości takiej,  jaką miały długość kawałki parówek. Sprawdziłam ile potrzeba ciasta , żeby owinąc parówkę iżeby brzegi zaszły nieco na siebie a potem pokroiłam paski na takie kawałki. Roztrzepałam jajko z odrobina soli. Pędzlem posmarowałam ciasto. Na każdym kawałku położyłam kawałek parówki i zwinęłam, położyłam na  blaszce wyłożonej papierem do pieczenia tak, żeby łączenie ciasta było ma spodzie.

(Jeśli parówki czy kiełbaski są dokładnie takiej długości  co szerokość ciasta, to można najpierw zawinąć  całą parówkę w kawałek ciasta, a potem ciąć na mniejsze kawałki.)

Jeszcze posmarowałam zawijasy roztrzepanym jajkiem z wierzchu i wstawiłam do piekarnika. Piekłam, aż świnki się ładnie zarumieniły.

Zrobiłam też sos musztardowy  polecany  przez Nigellę do tej przekąski.

Zrobiłam go jednak po swojemu, po prostu rozmieszałam musztardę francuską ( z całymi ziarnami gorczycy), czeską musztardę kremską, kwaśną śmietanę i majonez- mniej więcej w równych częściach.

Świnki najlepsze są  niedługo po wyjęciu z piekarnika, kiedy są jeszcze ciepłe,  ale już nie są gorące.

Jeśli upieczecie je wcześniej, to przed podaniem wstawcie  je na chwilę do nagrzanego  piekarnika, będą jak świeżo upieczone.

Smacznego

B

Znów muffinki!

Brak komentarzy

Chyba dawno nie było muffinek. Oj, stęskniłam się za nimi, bardzo! A jak wiadomo, mam do nich ogromną słabość…

Nie ma więc na co czekać,  do roboty!

Tylko jakie zrobić?

Jest kilka takich przepisów, według  których mogłabym ciągle piec.

Poza muffinkami z owocami bardzo lubię takie z orzechami włoskimi i syropem klonowym. Albo te snickersowe, mniam!

Postanowiłam jednak wymyśleć coś innego tym razem.  Spontaniczne przepisy „z głowy” są wielokrotnie bardzo trafione. Takie, które przychodzą na myśl od razu, niemal  w całości. To tak, jakby intuicja dyktowała, jak ma być.

Wprawdzie znów będą w nich orzechy ( mam właśnie na nie  wielką ochotę :-) ),  ale poza tym będzie jeszcze golden syrup i czekolada, czyli same pyszności .

Jest więc spora szansa, że będą dobre!

Muffinki są wdzięcznym wypiekiem, ubrane w kolorowe fartuszki są znacznie weselsze niż po prostu ciasto.  Choćby  były z tych samych składników i  smakowały dokładnie tak samo jak ono, z pewnością wydadzą się od niego dużo  lepsze.

Czy zatem względy estetyczne tak bardzo decydują o smaku? U mnie z pewnością tak jest.  Jedni mniej zwracają uwagę  na formę, inni bardziej.

Dla mnie bardzo ważny jest sposób podania potrawy, nie mniej  niż jej treść. Najpierw je się „oczami” przecież.

Niech więc wszystkie zmysły mają ucztę, jeśli to tylko możliwe.

Muffinki z golden syrup, czekoladą i orzechami włoskimi

na 12 sztuk

200g mąki

125 g śmietany kwaśnej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

około 80g oleju

2 jajka

100g golden syrup ( do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością albo innych dobrze zaopatrzonych)

50 g orzechów włoskich grubo posiekanych

około 100g czekolady (dałam  pół na pół mlecznej i gorzkiej) posiekanej na małą kosteczkę

dodatkowo na polewę

4 kosteczki gorzkiej czekolady i około 2 łyżki śmietanki kremówki

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni

W misce ubiłam mikserem jajka, śmietanę, mąkę z proszkiem i sodą, olej, golden syrup.

Dodałam posiekaną czekoladę. Fajnie będzie wyglądać biała i ciemna czekolada. Ja akurat nie miałam białej w domu. Dodałam orzechy i wymieszałam całość.

Masę przełożyłam do papilotek  ułożonych w formie na muffinki.

Piekłam około 20 minut, aż pięknie wyrosły i zarumieniły się.

Gdy przestygły,  wierzch  babeczek posmarowałam czekoladą ( rozpuszczoną ze śmietanką w kuchence mikrofalowej).

Smacznego

Basia

Zupa z ciecierzycą, szpinakiem i salami

Brak komentarzy

Wprawdzie dzisiejszy dzień był  ciepły i słoneczny, ale skoro już postanowiłam ugotować tę zupę, to ją ugotowałam.

Ta  hiszpańska zupa  (inspirowana pomysłem Jamiego Olivera) należy do  dań, które z przyjemnością jada się jesienną czy zimową porą. Jest gęsta, treściwa, rozgrzewająca.

Znów nienajpiękniejsza ( za sprawą gotowanych liści szpinaku),  ale naprawdę smaczna.

Zachęciła mnie ciecierzycą, którą bardzo lubię. W oryginalnej wersji  jest w niej chorizo. Ja nie miałam go, więc dałam salami. Często w przepisach sugeruje się użycie właśnie salami  w zamian za chorizo.

Ja przyznam, że nie jestem amatorką tego rodzaju wędliny, zdecydowanie wolę salami. Dlatego cieszy mnie,  że mogę zastąpić nim tę hiszpańską kiełbasę i cieszyć się smakiem naprawdę dobrej zupy.

Jak przyjdą chłodne dni, to koniecznie spróbujcie jej, polecam!

Hiszpańska zupa z ciecierzycą, szpinakiem i salami

na 4 porcje

100g salami ( dałam salami Pepperoni z Morlin)

puszka ciecierzycy

około 1 litra bulionu z kurczaka ( może być z kostki)

około 300 g liści mrożonego szpinaku

2 łyżki oliwy do smażenia

oliwa z pierwszego tłoczenia

cebula posiekana drobno

rozgnieciony ząbek czosnku

½ puszki krojonych  pomidorów bez skórki

2 jajka ugotowane na twardo i posiekane

sól

szczypta cukru

świeżo zmielony pieprz

listki świeżego oregano

Na rozgrzanej oliwie podsmażyłam plasterki salami. To z Morlin ma małe plasterki, ale jeśli używałabym innego salami o większym przekroju, pokroiłabym plasterki jeszcze na paski.

Gdy tłuszcz z salami się wysmażył dodałam cebulę i czosnek i dusiłam razem pod przykryciem, nie pozwalając cebuli się rumienić.

Dodałam po chwili szpinak, pomidory, odcedzoną ciecierzycę i bulion. Gotowałam razem przez około 20-30 minut.

Część zupy (około 1/3) zmiksowałam w blenderze i dodałam z powrotem do garnka, doprawiłam zupę, dodałam oliwę z pierwszego tłoczenia.

Do każdej porcji dałam posiekane jajko na twardo i listki świeżego oregano.

Ciasto z bananami i czekoladą

Komentarzy - 2

Kiedy przychodzą chłodne dni lubię zjeść kawałek konkretnego ciasta, takiego sycącego.

Zimna jesień, która nas ogarnęła już chyba bezpowrotnie,  idzie w parze właśnie z takimi wypiekami.

Przeglądam książki z recepturami ciast i planuję, co upiekę…

Z pewnością  będzie ciasto czekoladowe ( takie lubi mój Mąż),  będzie piernik przekładany powidłami i różą, jakieś ciasto z bakaliami w stylu angielskim… I  ciasto bananowe też!

Bardzo niedawno odkryłam dla siebie ciasto bananowe. Choć  wiedziałam o jego istnieniu,  zupełnie nie ciągnęło mnie w jego stronę, aż do momentu , kiedy (trochę z konieczności) upiekłam je po raz pierwszy.  To było wtedy, gdy rozmroziła się zawartość zamrażarki i szkoda mi było całego woreczka słodkich i dojrzałych bananów.

Pisałam o tym w kwietniu przy okazji banana bread.

Ciasto bananowe ma z pewnością kilka zalet. Jest smaczne, to pierwsza i podstawowa zaleta. Jest  odżywcze i sycące, może więc  wraz z kubkiem kawy z mlekiem stanowić całkiem niezłe śniadanie. To dla tych, którzy lubią zacząć dzień na słodko. Jest wilgotne i może długo leżeć w lodówce, zawinięte w folię spożywczą, nie tracąc walorów smakowych. To już chyba wystarczające powody, żeby je upiec.

Tym razem upiekłam ciasto bananowe z czekoladą.

Ciasto bananowo-czekoladowe

45 g masła miękkiego

120g cukru demerara

2 jajka

75g jogurtu naturalnego, ja dałam grecki, bo taki miałam.

Ale może też być jogurt o smaku bananowym albo czekoladowym z pewnością. Wtedy proponuje dać odrobinę mniej cukru.

250-270g bananów bardzo dojrzałych, obranych i dobrze rozgniecionych.

225g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki soli

200g czekolady grubo utartej, albo bardzo drobno pokrojonej.  Ja dałam gorzką czekoladę, ale mleczna też będzie fajna, ważne żeby miała sporo kakao, na pewno nie mniej niż 30%.

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

W misce dobrze ubiłam masło z cukrem, stopniowo dodawałam jajka, dalej jogurt aż wreszcie dodałam stopniowo rozgniecione wcześniej banany.

Dodałam następnie mąkę z proszkiem i solą, dalej miksowałam. W końcu dodałam, ciągle miksując, czekoladę. Masę przełożyłam do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piekłam około 50 minut, aż ciasto dobrze wyrosło, było zwarte i delikatnie rumiane,  a patyczek wbity w ciasto wyszedł z niego suchy.

Podobno najlepiej rozkroić ciasto na następny dzień, ja jednak miałam na nie ogromną ochotę, więc nie wytrzymałam i spróbowałam, gdy było jeszcze ciepłe.

Łasuchom polecam posmarowanie kawałka ciasta masłem orzechowym albo nutellą, ale oczywiście dopiero jak przestygnie całkiem :-)

Basia

Ryż z warzywami i domowe pesto

Komentarzy - 2

r

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tu o tym daniu, bo jest szaro-bure i mało spektakularne.

Ale kiedy usłyszałam od mojego Męża, że było (cyt.) „przepyszne”,  postanowiłam jednak napisać. ( …Choć to fakt, że był bardzo głodny :-) )

Jest przecież tyle „brzydkich” i niezbyt elegancko wyglądających potraw, które przecież bardzo lubimy, zjadamy ze smakiem i zupełnie nie myślimy o tym, że są nieładne i niefotogeniczne.  Choćby zupa cebulowa! W zależności od wersji ma mniej lub więcej dodatków, sama w sobie jednak jest bura po prostu.

Moja  niepiękna potrawa, to był ryż z duszonymi warzywami: bakłażanem, cukinią i cebulą z dodatkiem bazyliowego pesto i serem feta.

I znów mięsożercy pewnie zlekceważą takie jedzenie, albo ( jak moja Córka) dorzucą sobie do niego podsmażony boczuś albo parówkę :-)

Można  i tak!

Ryż z duszonym bakłażanem, cukinią , bazyliowym pesto i serem feta

dla 3 osób

około 350 gramowa cukinia

około 350 gramowy bakłażan

nieduża cebula  posiekana

2 łyżki pesto

ząbek czosnku

oliwa do smażenia

ocet winny

szczypta cukru

szczypta chili

sól

około 100g pokruszonej fety

filiżanka suchego ryżu, ugotowanego jak zwykle u mnie na sposób egipski (czyli- jak już tu o tym kiedyś pisałam- po wyprażeniu w rondlu suchego ryżu na gorącej oliwie dodałam dwie filiżanki wody, posoliłam, zagotowałam a potem zmniejszyłam ogień i na najmniejszym gotowałam, aż woda całkowicie została wchłonięta, a ryż był ugotowany i sypki ).

Na rogrzanej oliwie zeszkliłam cebule, dodałam rozgnieciony czosnek i chwilę smazyłam razem, dodałam bakłażana pokrojonego w kosteczkę i dodałam do cebuli, następnie dodąłam pokrojoną cukinię. Dusiłam razem, aż warzywa były dość miękkie, przyprawiłam octem winnym, chili, solą, cukrem. Na koniec dodałam do sosu pesto i wymieszałam całość.

Ja dałam świeże pesto własnej domowej produkcji. Wprawdzie nie jest to najlepsza pora na robienie  pesto bazyliowego,  ale poprzedniego dnia  kupiłam doniczkę ze świeżą bazylią i… nie podlałam jej. Trochę zwiędła, nie czekałam jednak, żeby zwiędła bardziej, bo wtedy mogłabym ją już tylko wyrzucić. Szybciutko wrzuciłam liście do blendera, dodałam oliwę, czosnek, odrobinę soli, szczyptę cukru, utraty parmezan, orzeszki piniowe i trochę octu winnego. Zmiksowałam wszystko i już! Klasyczne pesto alla genovese ( ten zielony sos pochodzi z Genui w Ligurii) powinno mieć w składzie poza parmezanem jeszcze ser pecorino, ale tym razem go nie miałam. Zresztą robiąc pesto (podobnie jak wiele innych :-) )nigdy  nie jestem dogmatyczna. Robię „na smak”, a nie trzymam się ściśle przepisu. Tym razem pesto wyszło boskie! Takie, że mogę je jeść łyżką wprost ze słoika. Pesto kupione w sklepie jest zwykle strasznie słone i esencjonalne aż tak, że jedzenie go bezpośrednio jest raczej nie do wytrzymania.

Ale wracając do ryżu, kiedy sos był gotowy i  ryż też, połączyłam całość na patelni i posypałam pokruszoną fetą. I choć wyglądało blado, smakowało całkiem konkretnie!

Smacznego,

Basia

Czarny makaron

Komentarzy - 5

Bardzo lubię czarny makaron z atramentem z kałamarnic.

Podoba mi się ten jego elegancki kolor, lekko połyskujący.

Pewnie przez tę barwę nie  jest dla mnie zwykłym makaronem, ale raczej takim na szczególną okazję.

Choć pewnie wydaje się, że makaron jest zbyt powszednim daniem, żeby podejmować nim gości, jednak pamiętam,  że kiedyś podałam go na mojej urodzinowej kolacji dla Przyjaciół

Wtedy był z frutti di mare i sosem pomidorowym. To było bardzo udane danie.

Natomiast dzisiejsza moja propozycja, to czarny makaron z łososiem, sosem pomidorowym, kaparami i z odrobiną parmezanu.

Wiem, że jest wiele osób, które z dystansem podchodzą do tego czarnego makaronu.

Jednak z pełnym przekonaniem namawiam Was do tego, żeby odważyć się i  go spróbować. Naprawdę warto!

Czarny makaron z łososiem, sosem pomidorowym i kaparami

dla ok.3 osób

200g makaronu z atramentem z kałamarnicy

3 kawałki świeżego  filetu z łososia ( około 300g)

puszka pomidorów bez skórki  (dałam takie krojone)

chili, curry, pieprz,

mała cebula posiekana

ocet balsamiczny

ocet winny

sól

oliwa do smażenia

szczypta cukru

2 łyżki kaparów ( ja dałam takie duże w zalewie z octu winnego)

parmezan utarty

Makaron ugotowałam w osolonej wodzie.

Na jednej patelni  usmażyłam na oliwie kawałki łososia, przyprawiłam odrobiną octu winnego, szczyptą sporą curry i solą.

Na drugiej patelni na oliwie zeszkliłam cebulę, dodałam puszkę pomidorów, przyprawiłam chili, pieprzem, dusiłam razem przez chwilę, dodałam nieco wody, bo sos podczas duszenia zgęstniał zbytnio, dodałam kapary.

Kawałki  gotowego łososia podzieliłam na mniejsze, wyjęłam ości, które się pojawiły. Przełożyłam do sosu pomidorowego łososia wraz z sosem, który powstał w trakcie jego smażenia.

Wymieszałam delikatnie, żeby nie rozgnieść zbytnio łososia.

Gotowy i odcedzony  makaron dodałam do sosu i jeszcze raz wymieszałam delikatnie.

Porcję na talerzu posypałam utartym parmezanem i listkami świeżego  tymianku.

Smacznego,

Basia

Niekawowe ciasto do kawy

Komentarzy - 2

Chciałam upiec jakieś fajne ciasto.

Pomyślałam, że skoro jest jesień, to trzeba  teraz piec ciasta z owocami.  A ja przecież nie upiekłam jeszcze w tym sezonie ciasta ze śliwkami!

Tylko, że nie na to mam ochotę…

Kupiłam wielkie piękne mango. I prawie tak pachnące,  jak te egipskie, o których pisałam tu już kiedyś. Prawie…

Miało być więc ciasto z mango, ale kiedy je obrałam, okazało się, że owoc piękny z wierzchu w środku był miękki  i niesmaczny.

Czyli nici z pysznego ciasta z mango. Trudno.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Upiekłam  więc  ciasto z przepisu  Lindy Collister z „Cakes & bakes from my mother’s kitchen”.

Zrobiłam już kilka rzeczy z tej książki i bardzo byłam do tej pory zadowolona. Podoba mi się klimat tych wypieków,  tradycyjnych angielskich ciast, babeczek i  muffinek. Zrobione, tak jak lubię,  z najwyższej jakości produktów: masła, czekolady, brązowego cukru,  jajek  czy śmietany są po prostu szlachetne w smaku.

Linda Collister jest autorką wielu książek dotyczących pieczenia w tym również pieczenia  chleba. Ja niestety mam na razie tylko jedną jej książkę.

Myślę jednak , że podczas kolejnej mojej wizyty w Londynie wyszukam na półkach ulubionego  Foyles  przy Charring Cross Road  113-119 jakieś nowe źródło inspiracji  kulinarnych pióra tej pani.

A tymczasem  upiekłam  ciasto, które w nazwie sugeruje, że jest kawowe. W  rzeczywistości nim nie jest , ale  do kubka kawy świetnie pasuje.  Stąd jego nazwa według Autorki.

Piekąc to ciasto do końca nie przewidziałam efektu. I choć piekłam je zupełnie bez obaw, nie mając wątpliwości  że dobrze wyjdzie,  nie sądziłam , że będzie aż tak pyszne!

Połączenie cukru muscovado z orzechami i cynamonem zapieczonych jak skorupka na wierzchu ciasta a po spodem miękkie wilgotne ciasto z tym samym orzechowo aromatycznym nadzieniem , co na górze… powiem krótko: poezja!

Soured cream coffee cake

ciasto

115 g miękkiego masła

170 g cukru demerara ( w oryginalnym przepisie jest jasny cukier muscovado, ale takiego nie miałam, więc dałam demerarę po prostu)

250 g mąki

2 łyżeczki sody oczyszczonej

2 jajka

250ml śmietany kwaśnej ( ja dałam 12%)

nadzienie i wierzch

3 łyżki ciemnego cukru muscovado

łyżka cynamonu mielonego

90 g orzechów włoskich posiekanych grubo

Rozgrzałam piekarnik do temperatury około 180 stopni.

Masło utarłam z cukrem na gładką masę a następnie dodałam mąkę i sodę,  przez chwile jeszcze ucierałam te masę.  Osobno szybko ubiłam jajka ze śmietaną i dodałam tę śmietanową masę do  masła z cukrem i mąką. Wszystko dobre zmiksowałam.

Osobno wymieszałam muscovado , cynamon i orzechy.

Formę ( keksówkę) wyłozyłam papierem do pieczenia, wlałam około połowy ciasta, wysypałam  około połowy nadzienia, wlałam pozostałą część ciasta a wierzch posypałam pozostałą częścią cynamonu , muscovado i orzechów.

Wstawiłam ciasto do piekarnika. Piekłam około godziny, spróbowałam wbić patyczek do ciasta. Gdy był już suchy, wyjęłam ciasto z piekarnika.

Wprawdzie Autorka poleca jeść to ciasto jak jest jeszcze ciepłe, ja jednak uważam, że wystudzone, a nawet następnego dnia jest znacznie lepsze. Pyszne!

Ale to w sumie kwestia gustu:-)

Basia

Cukinia w wazonie i druga zupa z dyni

Brak komentarzy

Zimne noce i możliwe przymrozki napawają mnie niepokojem, że zawiązane ale wciąż niedojrzałe owoce patisona, a przede wszystkim dwu czy trzech gatunków cukinii padną ich ofiarą.

Bardzo by mi było ich żal…

Kiedyś wspominałam tu o wielofunkcyjności cukinii, zapomniałam wtedy dodać, że poza walorami kulinarnymi ma jeszcze inne , zdecydowanie dekoracyjne.

Cukinia ma piękne kwiaty!

I choć  można je  jeść, a smażone kwiaty cukinii uważane są za przysmak, nigdy jeszcze nie wykorzystałam ich w ten sposób.

Z części  kwiatów nie powstają owoce, więc pewnie mogłabym je zerwać i usmażyć…

Musze spróbować!

Tymczasem  jednak włożyłam je do wazonu!

A do jedzenia przygotowałam drugą tej jesieni zupę z dyni.

To jest moja ulubiona zupa z dyni. Powiem więcej, to najlepsza zupa z dyni jaką jadłam!

Dynia jest bardzo interesującym warzywem, ale jednak  jest trochę nudna, jeśli nie „dosmaczy” się jej jakimś konkretnym akcentem.

Tu kremowa konsystencja zupy wraz z dodatkiem masła orzechowego, chili i białego wina tworzą  naprawdę aksamitny przysmak.

Według mnie najlepszym dodatkiem do tej zupy są po prostu drobne grzanki usmażone na odrobinie oliwy, te grzanki zrobiłam z czerstwej bagietki.

Pikantna zupa z dyni

na około 4 porcje

około kilograma dyni

łyżka masła i około 2 łyżek oliwy do duszenia dyni

2 łyżki masła orzechowego

2 kostki rosołowe drobiowe (albo rosół z kurczaka, wtedy odpowiednio mniej wody)

około 50-75 ml białego wina

ewentualnie odrobina octu winnego, w zależności od kwaśności wina

sól

szczypta cukru

spora szczypta chili

grzanki z pokrojonej w kostkę bułki, bagietki lub chleba tostowego

oliwa do podsmażenia grzanek

Dynie obrałam ze skóry, wybrałam gniazdo z pestkami i pokroiłam dynię na niewielkie kawałki.

Na rozgrzanej patelni stopiłam masło i oliwę, położyłam pokrojoną dynię, dodałam ½ szklanki wody  i dusiłam aż dynia była dość miękka. Dodałam 2 szklanki wody i kostki rosołowe oraz chili i masło orzechowe, dodałam  wino i odrobinę octu winnego, sól, cukier i gotowałam przez moment,  a następnie przełożyłam do blendera i zmiksowałam dokładnie na jednolitą, kremową masę.

Można dodać ewentualnie więcej wody, ale zupa ma być kremowa i dość gęsta.

W czasie, gdy zupa się gotowała przygotowałam na drugiej patelni grzanki, ale można je też przygotować w piekarniku, jeśli wolicie.

Smacznego

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress