Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Rurki z ricottą

komentarze 2

Czemu to włoskie jedzenie jest takie dobre??

Bo jest proste i zrobione z  najlepszych składników.

Często gotuję makarony, z upodobaniem  używam wtedy dodatków włoskiego pochodzenia: parmezan, pesto, suszone pomidory, ricotta… I choć  wcale nie uważam, że zagraniczne znaczy lepsze niż polskie, często  najzwyczajniej nie sposób znaleźć polski substytut. Nie mówmy  oczywiście o genialnym parmezanie, ale na przykład  taka wspomniana wyżej ricotta. Cudownie śmietankowy twarożek!…Ale przecież to jednak ciągle tylko twarożek. Czy jest jego jakiś polski odpowiednik? Może macie pomysł? Ja nie znalazłam jeszcze takiego twarożku śmietankowego, który mogłabym dać do makaronu czy naleśników i który pod wpływem temperatury nie zamieniłby się w biały,  rzadki płyn.

Kiedyś spróbowałam do naleśników ze szpinakiem zamiast ricotty dać serek Turek i w efekcie szpinak pływał w białej wodzie!

Próbowałam też innych serków i historia się powtórzyła. Wygląda na to, że nasze twarożki składają się głównie z wody. Niemal wyłącznie.

Więc już nie eksperymentuję i  zawsze kupuję ricottę, …żeby się nie denerwować.

Tym razem oczywiście też kupiłam ją, bo zaplanowałam  makaron cannelloni z ricottą i szpinakiem podpatrzony trochę u Jamiego Olivera.

Cannelloni to najrzadziej przeze mnie gotowany makaron. Pewnie dlatego, że jest znacznie bardziej pracochłonny w przygotowaniu niż wstążki czy rurki.

Ten makaron nie był wcale jakoś przesadnie pracochłonny. Śmiało możecie się zabierać za niego. Warto!

Cannelloni z ricottą, szpinakiem i sosem pomidorowym

2 łyżeczki masła

oliwa

2 rozgniecione ząbki czosnku

około 300g szpinaku mrożonego

posiekane listki i łodyżki  świeżej bazylii

1 i ½ puszki ( w sumie 600g) pomidorów bez skórki ( dałam krojone)

sól

świeżo zmielony pieprz

szczypta cukru

250 g opakowanie sera ricotta

2 garście startego parmezanu

14 rurek cannelloni

350g śmietany kwaśnej

1 ½ garści startego parmezanu

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Na patelni rozgrzałam oliwę, dodałam łyżeczkę masła i rozgnieciony ząbek czosnku.

Chwile podsmażyłam i dodałam szpinak.  Szpinak najpierw się rozmroził, potem nieco poddusił na patelni . Odstawiła, żeby wystygł.

Na innej patelni rozgrzałam oliwę  z resztą masła, dodałam drugi ząbek czosnku, podsmażyłam, dodałam pomidory z puszki około ¾ puszki wody. Dodałam cukier, pieprz, nieco soli, posiekaną bazylię i dusiłam całość przez chwilę, aż sos troszkę odparował, ciągle jednak nie był gęsty.

Ostudzony szpinak pokroiłam drobniej, wymieszałam z ricottą i garścią parmezanu, doprawiłam solą i pieprzem. Masę przełożyłam do szprycy  do dekoracji tortów. Wybrałam końcówkę z najszerszym otworem. Każdą rurkę nadziałam masą szpinakowo-serową.

Do naczynia do zapiekania przelałam sos, na nim ułożyłam nafaszerowane rurki.

Śmietanę wymieszałam z 2 łyżkami parmezanu, dodałam nieco wody, sól i pieprz, wylałam tę mieszankę na rurki i posypałam pozostałym parmezanem.

Wstawiłam  danie do piekarnika na około 25-30 minut i wyjęłam, gdy sos z wierzchu na rurkach zaczął bulgotać i ładnie się  przyrumienił.

Smacznego,

Basia

Znów muffinki!

Brak komentarzy

Chyba dawno nie było muffinek. Oj, stęskniłam się za nimi, bardzo! A jak wiadomo, mam do nich ogromną słabość…

Nie ma więc na co czekać,  do roboty!

Tylko jakie zrobić?

Jest kilka takich przepisów, według  których mogłabym ciągle piec.

Poza muffinkami z owocami bardzo lubię takie z orzechami włoskimi i syropem klonowym. Albo te snickersowe, mniam!

Postanowiłam jednak wymyśleć coś innego tym razem.  Spontaniczne przepisy „z głowy” są wielokrotnie bardzo trafione. Takie, które przychodzą na myśl od razu, niemal  w całości. To tak, jakby intuicja dyktowała, jak ma być.

Wprawdzie znów będą w nich orzechy ( mam właśnie na nie  wielką ochotę 🙂 ),  ale poza tym będzie jeszcze golden syrup i czekolada, czyli same pyszności .

Jest więc spora szansa, że będą dobre!

Muffinki są wdzięcznym wypiekiem, ubrane w kolorowe fartuszki są znacznie weselsze niż po prostu ciasto.  Choćby  były z tych samych składników i  smakowały dokładnie tak samo jak ono, z pewnością wydadzą się od niego dużo  lepsze.

Czy zatem względy estetyczne tak bardzo decydują o smaku? U mnie z pewnością tak jest.  Jedni mniej zwracają uwagę  na formę, inni bardziej.

Dla mnie bardzo ważny jest sposób podania potrawy, nie mniej  niż jej treść. Najpierw je się „oczami” przecież.

Niech więc wszystkie zmysły mają ucztę, jeśli to tylko możliwe.

Muffinki z golden syrup, czekoladą i orzechami włoskimi

na 12 sztuk

200g mąki

125 g śmietany kwaśnej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

około 80g oleju

2 jajka

100g golden syrup ( do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością albo innych dobrze zaopatrzonych)

50 g orzechów włoskich grubo posiekanych

około 100g czekolady (dałam  pół na pół mlecznej i gorzkiej) posiekanej na małą kosteczkę

dodatkowo na polewę

4 kosteczki gorzkiej czekolady i około 2 łyżki śmietanki kremówki

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni

W misce ubiłam mikserem jajka, śmietanę, mąkę z proszkiem i sodą, olej, golden syrup.

Dodałam posiekaną czekoladę. Fajnie będzie wyglądać biała i ciemna czekolada. Ja akurat nie miałam białej w domu. Dodałam orzechy i wymieszałam całość.

Masę przełożyłam do papilotek  ułożonych w formie na muffinki.

Piekłam około 20 minut, aż pięknie wyrosły i zarumieniły się.

Gdy przestygły,  wierzch  babeczek posmarowałam czekoladą ( rozpuszczoną ze śmietanką w kuchence mikrofalowej).

Smacznego

Basia

Ciasto z bananami i czekoladą

komentarze 2

Kiedy przychodzą chłodne dni lubię zjeść kawałek konkretnego ciasta, takiego sycącego.

Zimna jesień, która nas ogarnęła już chyba bezpowrotnie,  idzie w parze właśnie z takimi wypiekami.

Przeglądam książki z recepturami ciast i planuję, co upiekę…

Z pewnością  będzie ciasto czekoladowe ( takie lubi mój Mąż),  będzie piernik przekładany powidłami i różą, jakieś ciasto z bakaliami w stylu angielskim… I  ciasto bananowe też!

Bardzo niedawno odkryłam dla siebie ciasto bananowe. Choć  wiedziałam o jego istnieniu,  zupełnie nie ciągnęło mnie w jego stronę, aż do momentu , kiedy (trochę z konieczności) upiekłam je po raz pierwszy.  To było wtedy, gdy rozmroziła się zawartość zamrażarki i szkoda mi było całego woreczka słodkich i dojrzałych bananów.

Pisałam o tym w kwietniu przy okazji banana bread.

Ciasto bananowe ma z pewnością kilka zalet. Jest smaczne, to pierwsza i podstawowa zaleta. Jest  odżywcze i sycące, może więc  wraz z kubkiem kawy z mlekiem stanowić całkiem niezłe śniadanie. To dla tych, którzy lubią zacząć dzień na słodko. Jest wilgotne i może długo leżeć w lodówce, zawinięte w folię spożywczą, nie tracąc walorów smakowych. To już chyba wystarczające powody, żeby je upiec.

Tym razem upiekłam ciasto bananowe z czekoladą.

Ciasto bananowo-czekoladowe

45 g masła miękkiego

120g cukru demerara

2 jajka

75g jogurtu naturalnego, ja dałam grecki, bo taki miałam.

Ale może też być jogurt o smaku bananowym albo czekoladowym z pewnością. Wtedy proponuje dać odrobinę mniej cukru.

250-270g bananów bardzo dojrzałych, obranych i dobrze rozgniecionych.

225g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki soli

200g czekolady grubo utartej, albo bardzo drobno pokrojonej.  Ja dałam gorzką czekoladę, ale mleczna też będzie fajna, ważne żeby miała sporo kakao, na pewno nie mniej niż 30%.

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

W misce dobrze ubiłam masło z cukrem, stopniowo dodawałam jajka, dalej jogurt aż wreszcie dodałam stopniowo rozgniecione wcześniej banany.

Dodałam następnie mąkę z proszkiem i solą, dalej miksowałam. W końcu dodałam, ciągle miksując, czekoladę. Masę przełożyłam do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piekłam około 50 minut, aż ciasto dobrze wyrosło, było zwarte i delikatnie rumiane,  a patyczek wbity w ciasto wyszedł z niego suchy.

Podobno najlepiej rozkroić ciasto na następny dzień, ja jednak miałam na nie ogromną ochotę, więc nie wytrzymałam i spróbowałam, gdy było jeszcze ciepłe.

Łasuchom polecam posmarowanie kawałka ciasta masłem orzechowym albo nutellą, ale oczywiście dopiero jak przestygnie całkiem 🙂

Basia

Ryż z warzywami i domowe pesto

komentarze 2

r

Zastanawiałam się, czy w ogóle pisać tu o tym daniu, bo jest szaro-bure i mało spektakularne.

Ale kiedy usłyszałam od mojego Męża, że było (cyt.) „przepyszne”,  postanowiłam jednak napisać. ( …Choć to fakt, że był bardzo głodny 🙂 )

Jest przecież tyle „brzydkich” i niezbyt elegancko wyglądających potraw, które przecież bardzo lubimy, zjadamy ze smakiem i zupełnie nie myślimy o tym, że są nieładne i niefotogeniczne.  Choćby zupa cebulowa! W zależności od wersji ma mniej lub więcej dodatków, sama w sobie jednak jest bura po prostu.

Moja  niepiękna potrawa, to był ryż z duszonymi warzywami: bakłażanem, cukinią i cebulą z dodatkiem bazyliowego pesto i serem feta.

I znów mięsożercy pewnie zlekceważą takie jedzenie, albo ( jak moja Córka) dorzucą sobie do niego podsmażony boczuś albo parówkę 🙂

Można  i tak!

Ryż z duszonym bakłażanem, cukinią , bazyliowym pesto i serem feta

dla 3 osób

około 350 gramowa cukinia

około 350 gramowy bakłażan

nieduża cebula  posiekana

2 łyżki pesto

ząbek czosnku

oliwa do smażenia

ocet winny

szczypta cukru

szczypta chili

sól

około 100g pokruszonej fety

filiżanka suchego ryżu, ugotowanego jak zwykle u mnie na sposób egipski (czyli- jak już tu o tym kiedyś pisałam- po wyprażeniu w rondlu suchego ryżu na gorącej oliwie dodałam dwie filiżanki wody, posoliłam, zagotowałam a potem zmniejszyłam ogień i na najmniejszym gotowałam, aż woda całkowicie została wchłonięta, a ryż był ugotowany i sypki ).

Na rogrzanej oliwie zeszkliłam cebule, dodałam rozgnieciony czosnek i chwilę smazyłam razem, dodałam bakłażana pokrojonego w kosteczkę i dodałam do cebuli, następnie dodąłam pokrojoną cukinię. Dusiłam razem, aż warzywa były dość miękkie, przyprawiłam octem winnym, chili, solą, cukrem. Na koniec dodałam do sosu pesto i wymieszałam całość.

Ja dałam świeże pesto własnej domowej produkcji. Wprawdzie nie jest to najlepsza pora na robienie  pesto bazyliowego,  ale poprzedniego dnia  kupiłam doniczkę ze świeżą bazylią i… nie podlałam jej. Trochę zwiędła, nie czekałam jednak, żeby zwiędła bardziej, bo wtedy mogłabym ją już tylko wyrzucić. Szybciutko wrzuciłam liście do blendera, dodałam oliwę, czosnek, odrobinę soli, szczyptę cukru, utraty parmezan, orzeszki piniowe i trochę octu winnego. Zmiksowałam wszystko i już! Klasyczne pesto alla genovese ( ten zielony sos pochodzi z Genui w Ligurii) powinno mieć w składzie poza parmezanem jeszcze ser pecorino, ale tym razem go nie miałam. Zresztą robiąc pesto (podobnie jak wiele innych 🙂 )nigdy  nie jestem dogmatyczna. Robię „na smak”, a nie trzymam się ściśle przepisu. Tym razem pesto wyszło boskie! Takie, że mogę je jeść łyżką wprost ze słoika. Pesto kupione w sklepie jest zwykle strasznie słone i esencjonalne aż tak, że jedzenie go bezpośrednio jest raczej nie do wytrzymania.

Ale wracając do ryżu, kiedy sos był gotowy i  ryż też, połączyłam całość na patelni i posypałam pokruszoną fetą. I choć wyglądało blado, smakowało całkiem konkretnie!

Smacznego,

Basia

Niekawowe ciasto do kawy

komentarze 2

Chciałam upiec jakieś fajne ciasto.

Pomyślałam, że skoro jest jesień, to trzeba  teraz piec ciasta z owocami.  A ja przecież nie upiekłam jeszcze w tym sezonie ciasta ze śliwkami!

Tylko, że nie na to mam ochotę…

Kupiłam wielkie piękne mango. I prawie tak pachnące,  jak te egipskie, o których pisałam tu już kiedyś. Prawie…

Miało być więc ciasto z mango, ale kiedy je obrałam, okazało się, że owoc piękny z wierzchu w środku był miękki  i niesmaczny.

Czyli nici z pysznego ciasta z mango. Trudno.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Upiekłam  więc  ciasto z przepisu  Lindy Collister z „Cakes & bakes from my mother’s kitchen”.

Zrobiłam już kilka rzeczy z tej książki i bardzo byłam do tej pory zadowolona. Podoba mi się klimat tych wypieków,  tradycyjnych angielskich ciast, babeczek i  muffinek. Zrobione, tak jak lubię,  z najwyższej jakości produktów: masła, czekolady, brązowego cukru,  jajek  czy śmietany są po prostu szlachetne w smaku.

Linda Collister jest autorką wielu książek dotyczących pieczenia w tym również pieczenia  chleba. Ja niestety mam na razie tylko jedną jej książkę.

Myślę jednak , że podczas kolejnej mojej wizyty w Londynie wyszukam na półkach ulubionego  Foyles  przy Charring Cross Road  113-119 jakieś nowe źródło inspiracji  kulinarnych pióra tej pani.

A tymczasem  upiekłam  ciasto, które w nazwie sugeruje, że jest kawowe. W  rzeczywistości nim nie jest , ale  do kubka kawy świetnie pasuje.  Stąd jego nazwa według Autorki.

Piekąc to ciasto do końca nie przewidziałam efektu. I choć piekłam je zupełnie bez obaw, nie mając wątpliwości  że dobrze wyjdzie,  nie sądziłam , że będzie aż tak pyszne!

Połączenie cukru muscovado z orzechami i cynamonem zapieczonych jak skorupka na wierzchu ciasta a po spodem miękkie wilgotne ciasto z tym samym orzechowo aromatycznym nadzieniem , co na górze… powiem krótko: poezja!

Soured cream coffee cake

ciasto

115 g miękkiego masła

170 g cukru demerara ( w oryginalnym przepisie jest jasny cukier muscovado, ale takiego nie miałam, więc dałam demerarę po prostu)

250 g mąki

2 łyżeczki sody oczyszczonej

2 jajka

250ml śmietany kwaśnej ( ja dałam 12%)

nadzienie i wierzch

3 łyżki ciemnego cukru muscovado

łyżka cynamonu mielonego

90 g orzechów włoskich posiekanych grubo

Rozgrzałam piekarnik do temperatury około 180 stopni.

Masło utarłam z cukrem na gładką masę a następnie dodałam mąkę i sodę,  przez chwile jeszcze ucierałam te masę.  Osobno szybko ubiłam jajka ze śmietaną i dodałam tę śmietanową masę do  masła z cukrem i mąką. Wszystko dobre zmiksowałam.

Osobno wymieszałam muscovado , cynamon i orzechy.

Formę ( keksówkę) wyłozyłam papierem do pieczenia, wlałam około połowy ciasta, wysypałam  około połowy nadzienia, wlałam pozostałą część ciasta a wierzch posypałam pozostałą częścią cynamonu , muscovado i orzechów.

Wstawiłam ciasto do piekarnika. Piekłam około godziny, spróbowałam wbić patyczek do ciasta. Gdy był już suchy, wyjęłam ciasto z piekarnika.

Wprawdzie Autorka poleca jeść to ciasto jak jest jeszcze ciepłe, ja jednak uważam, że wystudzone, a nawet następnego dnia jest znacznie lepsze. Pyszne!

Ale to w sumie kwestia gustu:-)

Basia

Cukinia w wazonie i druga zupa z dyni

Brak komentarzy

Zimne noce i możliwe przymrozki napawają mnie niepokojem, że zawiązane ale wciąż niedojrzałe owoce patisona, a przede wszystkim dwu czy trzech gatunków cukinii padną ich ofiarą.

Bardzo by mi było ich żal…

Kiedyś wspominałam tu o wielofunkcyjności cukinii, zapomniałam wtedy dodać, że poza walorami kulinarnymi ma jeszcze inne , zdecydowanie dekoracyjne.

Cukinia ma piękne kwiaty!

I choć  można je  jeść, a smażone kwiaty cukinii uważane są za przysmak, nigdy jeszcze nie wykorzystałam ich w ten sposób.

Z części  kwiatów nie powstają owoce, więc pewnie mogłabym je zerwać i usmażyć…

Musze spróbować!

Tymczasem  jednak włożyłam je do wazonu!

A do jedzenia przygotowałam drugą tej jesieni zupę z dyni.

To jest moja ulubiona zupa z dyni. Powiem więcej, to najlepsza zupa z dyni jaką jadłam!

Dynia jest bardzo interesującym warzywem, ale jednak  jest trochę nudna, jeśli nie „dosmaczy” się jej jakimś konkretnym akcentem.

Tu kremowa konsystencja zupy wraz z dodatkiem masła orzechowego, chili i białego wina tworzą  naprawdę aksamitny przysmak.

Według mnie najlepszym dodatkiem do tej zupy są po prostu drobne grzanki usmażone na odrobinie oliwy, te grzanki zrobiłam z czerstwej bagietki.

Pikantna zupa z dyni

na około 4 porcje

około kilograma dyni

łyżka masła i około 2 łyżek oliwy do duszenia dyni

2 łyżki masła orzechowego

2 kostki rosołowe drobiowe (albo rosół z kurczaka, wtedy odpowiednio mniej wody)

około 50-75 ml białego wina

ewentualnie odrobina octu winnego, w zależności od kwaśności wina

sól

szczypta cukru

spora szczypta chili

grzanki z pokrojonej w kostkę bułki, bagietki lub chleba tostowego

oliwa do podsmażenia grzanek

Dynie obrałam ze skóry, wybrałam gniazdo z pestkami i pokroiłam dynię na niewielkie kawałki.

Na rozgrzanej patelni stopiłam masło i oliwę, położyłam pokrojoną dynię, dodałam ½ szklanki wody  i dusiłam aż dynia była dość miękka. Dodałam 2 szklanki wody i kostki rosołowe oraz chili i masło orzechowe, dodałam  wino i odrobinę octu winnego, sól, cukier i gotowałam przez moment,  a następnie przełożyłam do blendera i zmiksowałam dokładnie na jednolitą, kremową masę.

Można dodać ewentualnie więcej wody, ale zupa ma być kremowa i dość gęsta.

W czasie, gdy zupa się gotowała przygotowałam na drugiej patelni grzanki, ale można je też przygotować w piekarniku, jeśli wolicie.

Smacznego

Basia

Tortilla Española czyli omlet na tarasie

Brak komentarzy

Ciepły weekend pozwolił na zjedzenie śniadania na tarasie!

Wprawdzie poranki są już chłodne, ale pora weekendowego śniadania wypadła jednak później niż w dzień powszedni  i dzięki temu mogliśmy usiąść do niego na zewnątrz.

Szkoda, że prognozy przewidują od dziś ochłodzenie i deszcz…

Może się nie sprawdzą? Oby!

A wracając do śniadania, zrobiłam bardzo popularny w Hiszpanii omlet z cebulą i smażonymi ziemniakami zwany po prostu tortilla española.

Nauczyłam się go robić,  kiedy przed laty spędziliśmy z Mężem wakacje w Hiszpanii, goszczeni przez kolegę Hiszpana. Kiedy wstawaliśmy  rano (… no może nie tak bardzo wcześnie:-) ), zewsząd docierał zapach smażonych omletów.  Mieszkaliśmy w bloku i wyglądało tak, jakby w każdym mieszkaniu smażono właśnie tortillę.  To bardzo prosty i niezwykle smaczny omlet. Można go zjeść na ciepło na śniadanie albo czasem na kolację, ale można też na zimno. W barach zimna, pokrojona na nieduże kawałki tortilla stała na kontuarze  w charakterze tapas, czyli małej przekąski do wina czy piwa.

Robi się ten omlet niezwykle prosto, choć niezbyt ekspresowo.

Najpierw na rozgrzanym na patelni oleju ( ziemniaki muszą raczej  pływać w tłuszczu)  smaży się ziemniaki pokrojone na cienkie, nieduże plasterki, aż będą w środku miękkie a z wierzchu przyrumienione.

Takie niby małe frytki. Trzeba uważać, żeby ich nie  przypalić. Pod koniec smażenia  należy dodać pokrojoną drobno cebulę i smażyć tylko tyle, żeby się zeszkliła. Jeśli nie jest się pewnym, kiedy dodać cebulę, żeby w jednym czasie cebula się zeszkliła i ziemniaki były już gotowe, można  smażyć obie rzeczy osobno. Po prostu!

Kiedy ziemniaki i cebula są gotowe trzeba wlać rozbite jajka, ja wlewam jajka do blendera i tam je ubijam, dodaję też trochę soli i pieprzu.

Masę należy wylać na gorące ziemniaki i cebulę i smażyć podważając tak, żeby masa jajeczna spływała na spód i ścinała się. W końcu, gdy już nie ma z wierzchu płynnej masy przewrócić na drugą stronę. Ja kładę na omlecie talerz, trzymając go ciągle na omlecie jednym pewnym ruchem odwracam tak, że omlet jest na talerzu a potem zsuwam omlet znów na patelnię, żeby dosmażył się z drugiej strony. To już dosłownie trwa minutę (albo dwie)  i omlet jest gotowy.

Najlepiej smakuje ze świeżymi  pomidorami z cebulą.

Tortilla Española

5 jajek

2 spore ziemniaki  pokrojone w nieduże cienkie plasterki

cebula posiekana drobno

olej do smażenia ( co najmniej kilka łyżek)

sól, pieprz

A na kolejne weekendowe śniadanie mieliśmy drugi już domowy chleb  upieczony przez Córkę,  na własnoręcznie przez nią wykonanym zakwasie. Wyszedł fantastycznie. Wyrósł tak,  jak trzeba. Można z niego było kroić cienkie kromki, które nie rozpadały się  mimo, że był całkiem świeży. A do tego ten chleb z każdym dniem po upieczeniu jest lepszy!

Napiszę o chlebie więcej,  jak nabierzemy więcej doświadczenia w jego pieczeniu. Może po trzecim albo czwartym wypieku.

Basia

Cynamonowa szarlotka

komentarze 3

Niezaprzeczalną zaletą jesieni są jabłka.

Dużo przeróżnych i dobrych jabłek, do jedzenia i pieczenia.

A jeśli jest takie piękne słońce i  ciepło, jak w ciągu ostatnich kilku dni, to nawet nie żałuję minionego lata.

Często się zdarza przez letnie miesiące, że nie jem jabłek niemal wcale. Mam kilka ulubionych odmian, które  zwykle do lata już nie wytrzymują.  W lecie stare jabłka są już niesmaczne i można jeść wyłącznie Granny Smith, te duże zielone. Moimi faworytami są jednak  różne odmiany Koksy.

Kiedy przychodzi jesień i pojawiają się wreszcie  te moje ulubione, mam wrażenie że mogłabym przejść na dietę jabłkową. Nie wiem wprawdzie,  ile bym wytrzymała na tej diecie,  ale wtedy wydaje mi się że długo. Tak jestem spragniona jabłek! W każdej postaci.

Na przykład w szarlotce,  w tarcie albo w innym cieście.

Dlatego właśnie upiekłam cynamonową szarlotkę z kruszonką.

Nie jest to piękne ciasto, które chciałabym podać jako deser  na proszonym obiedzie, kruszy się trochę i rozpada przy wyciąganiu ciepłego jeszcze z formy. Ale takie właśnie jest najlepsze! Pyszniutkie!

Cynamonowa szarlotka z kruszonką

kruchy spód:

240 g mąki

120 g masła zimnego masła

łyżka kwaśnej śmietany

½ łyżeczki soli

3 łyżeczki cukru

2-4 łyżki lodowatej wody

nadzienie jabłkowe:

około 1 kg jabłek obranych i pokrojonych w plasterki

140 g cukru

2łyżki mąki

2 łyżeczka mielonego cynamonu

30 g roztopionego masła

kruszonka:

170 g mąki

110 g białego cukru

60 g cukru demerara

½ łyżeczki soli

90 g zimnego masła pokrojonego drobno albo utartego na tarce

łyżeczka mielonego cynamonu

bułka tarta i masło do formy lub papier do pieczenia.

Ze wszystkich składników ciasta na spód Córka  zagniotła szybko ciasto, dolewając  po łyżce wody. Może się okazać, że wody trzeba mniej lub więcej, stąd takie stopniowe dolewanie.

Ciasto uformowane w kulę i zawinięte w folię czekało w lodówce na swą kolej ( około 15 minut, choć może powinno dłużej 😉  )

Rozgrzałam piekarnik do około200 stopni.

Jabłka obrane, pozbawione gniazd nasiennych  i pokrojone  wymieszałam z innymi składnikami nadzienia i odstawiłam.

Wszystkie składniki kruszonki wrzuciłam do blendera i wymieszałam, powstała taka  wilgotna i sypka masa.

Dno naczynia do pieczenia wysmarowałam masłem i wysypałam bułką tartą.

Ciasto na spód pokroiłam na cienkie plastry i wykleiłam równo dno formy, wywijając brzegi dość wysoko.

Do środka przełożyłam jabłka i wyrównałam wierzch, odsunęłam jabłka od brzegu, żeby się nie przypalały (ale i tak trochę się przypaliło podczas długiego dość pieczenia, co widać na zdjęciu).

Wierzch posypałam równomiernie kruszonką. Wstawiłam formę do piekarnika. Piekłam  najpierw przez około pół godziny i sprawdziłam,  zaczęło się niebezpiecznie rumienić, więc przykryłam folią aluminiową i zmniejszyłam temperaturę w piecu do około 160 stopni. Piekłam ciasto nieco ponad godzinę, a jakieś 10 minut przed końcem  pieczenia zdjęłam z wierzchu folię.

Doskonale smakowało na tarasie w cudnym jesiennym słońcu:-)

Basia

Pierwsza jesienna zupa z dyni

Brak komentarzy

Nasze plony ogrodowe wzbogaciły się wreszcie o dynię.

Dojrzewała sobie spokojnie przez kilka tygodni.

W tym czasie zbieraliśmy cukinie i patisony, dając  czas dyni. Przecież dynia ma być duża!

W rezultacie okazało się, że wcale nie jest duża, ale skoro od dłuższego czasu już nie rośnie, to znaczy że nie będzie większa. Wobec tego została ścięta. Druga dalej dojrzewa sobie w spokoju, to znaczy w ogrodzie.

Ale skoro wreszcie jest dynia, to trzeba coś z niej ugotować , najlepiej zupę.  Pierwszą tej jesieni zupę z dyni!

Dzisiejsza zupa jest jasnożółta, bo taka była dynia. Wprawdzie najbardziej podobają mi się te pomarańczowe, ale nasze dynie są  jasne. Cóż, nigdy nie wiadomo co naprawdę wyrośnie z kupionych nasion …

Ale  nie ma co wybrzydzać, żółta nie jest zła przecież.

Nie sądziłam, że rozkrojenie takiej niewielkiej ( około półtorakilogramowej) dyni będzie aż takim wyzwaniem.

Przebicie się przez jej skórę wymagało czasu i siły.

Udało się ją jednak  rozkroić, potem (również z trudem) pozbawić skóry twardej jak skorupa, wreszcie pokroić.

Kremowa zupa z dyni z sherry i serem gruyere

na około  3 porcje

½ kg obranej i pokrojonej w kosteczkę dyni

1 spory ziemniak pokrojony w kosteczkę

1 nieduża cebula posiekana

2-3 łyżki oleju

mały ząbek czosnku

100ml sherry

kilka kropli octu winnego

50ml śmietanki słodkiej

szczypta mała chili

około 4 filiżanki wody

sól

szczypta cukru

30-50 g sera gruyere

3 pomidorki koktajlowe

świeży tymianek(opcja)

(pomidorek koktajlowy przepołowiony i nieco utartego sera gruyere do każdej porcji)

Na rozgrzanym oleju zeszkliłam cebulę, dodałam czosnek, dynię i ziemniaka i wszystko razem poddusiłam.

Dolałam filiżankę wody,  sherry i  dalej dusiłam aż ziemniaki i dynia były miękkie.

Dodałam resztę wody, zagotowałam,  a następnie przelałam całość do blendera i zmiksowałam.

Doprawiłam solą, szczyptą cukru, odrobiną octu winnego  i słodką śmietanką.

Przelałam do talerzy i do każdej porcji dodałam sera gruyere, połówki pomidorka koktajlowego i kilka listków świeżego tymianku.

Smacznego,

Basia

Gruszka w kuchni i w sosie waniliowym

Brak komentarzy

Będąc dzieckiem zawsze bardzo lubiłam gruszki, znacznie bardziej niż jabłka.

Twarde i słodkie, takie były najlepsze.

Bardzo też lubiłam kompoty z gruszek, jakie moja Mama robiła na zimę. Gruszki w nich były  słodkie i jędrne, takie chrupiące wręcz.

Kiedy planowaliśmy z Mężem  budowę  naszego domu na działce,  będącej kiedyś własnością moich Dziadków,  cieszyłam się, że będę miała w ogrodzie,  tuż obok domu, dwie dorodne grusze Klapsy.

Zleciliśmy więc architektom  zaprojektowanie  domu tak, żeby obie  te grusze znalazły się w pobliżu.

Gdy został dom wytyczony przez geodetów okazało się, że jedna z grusz rośnie dokładnie … w kuchni!

Możecie sobie wyobrazić moje niezadowolenie, delikatnie ujmując.

Cóż, nie było rady, musiałam to przełknąć.

Na szczęście druga grusza rosła tuż przy domu,  rodziła pyszne gruszki  a latem dodatkowo dawała cień.

Pamiętam taką Wielkanoc, kiedy  na czas śniadania wielkanocnego mieliśmy stół ustawiony w ogrodzie właśnie pod gruszą. Był upalny kwiecień,  piękna Wielkanoc!

Niestety grusza starzała się, przestała rodzić owoce, wichura ją złamała  i w  końcu musieliśmy ją ściąć, cóż posadzili ją przecież moi Dziadkowie bardzo dawno temu.

Jeszcze nie posadziliśmy nowej gruszy, ale z pewnością to zrobimy.

Tymczasem gruszki kupuję na straganie.

Nadal najbardziej lubię jeść te twarde i słodkie, ale ciągle lubię też te ugotowane w syropie.

Właśnie z takich lekko ugotowanych w syropie gruszek  zrobiłam ten  deser.

Gruszki w sosie waniliowym

porcja dla 5 osób

5 gruszek dość twardych, ale jednocześnie dających się tak ślisko i lekko obierać  (najlepiej Klapsa)

syrop:

100g cukru

pół cytryny  ze skórą ( pokrojonej na cząstki)

tyle wody, żeby przykryła tylko gruszki

Gruszki przecięłam na pół, obrałam i wyjęłam gniazda nasienne.

Zagotowałam wodę z cukrem, włożyłam do niej cząstki cytryny i gruszki.

Gotowałam przez kilka minut. Moje gruszki były jednak dość  miękkie, więc  nie gotowałam ich zbyt długo, żeby się nie rozpadły. Mają być na tyle miękkie, żeby je kroić łyżeczką,  ale  jednocześnie nie  mogą być rozgotowane.

Gotowe wyjęłam z syropu i zostawiłam na sitku, żeby wystygły i całkowicie odciekły.

Sos

330 ml mleka

100g cukru demerara

4 żółtka

naturalna esencja waniliowa i pasta z wanilii ( stąd widoczne na zdjęciu drobniutkie ciemne kropeczki w sosie)

100ml śmietanki kremówki

łyżka kopiata mąki ziemniaczanej

garść orzechów laskowych posiekanych grubo i uprażonych na suchej patelni

Mleko zagotowałam. W misce ubiłam żółtka z cukrem,  wlałam do nich gorące mleko i miksowałam. Dodałam wanilię. Miskę wstawiłam do naczynia z gotującą się wodą i dalej miksowałam, w śmietance kremówce rozpuściłam mąkę i wlałam do miksowanej masy mleczno-jajecznej, miksowałam dalej, aż całość osiągnęła tak wysoką temperaturę, że masa zgęstniała i nie było czuć mąki. Trwało to dość długo, bowiem ciągle  miskę trzymałam w garnku z wodą . Być może mogłam to zrobić po prostu stawiając masę jajeczną w garnku bezpośrednio na kuchni. Jednak nie chciałam, żeby budyń się przypalił, więc cierpliwie dotrwałam do momentu, kiedy masa zgęstniała i niemal wrzała.

Wstawiłam ją wtedy do zlewu z lodowatą wodą i ostudziłam, ciągle mieszając.

Na talerzykach ułożyłam wystudzone połówki gruszek, polałam sosem waniliowym i posypałam orzechami.

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress