Archwium dla ·

coś małego

· Kategoria...

Babeczki z kremowymi czapeczkami

Komentarzy - 3

Już jakiś czas nie zabierałam się za pieczenie muffinek i wyraźnie stęskniłam się za nimi.

Dziś miałam trochę więcej czasu, więc postanowiłam coś upiec.

Pomyślałam jednak, że zrobię coś innego troszkę, wprawdzie też babeczki, ale trochę inne.

Podoba mi się ta moda, która ostatnio  nas ogarnęła, moda na cupcakes, anglosaskie babeczki z czapeczkami z przeróżnych kremów. Uwielbiam muffinki  i uważam, że są urocze, a ten kolorowy, pyszny dodatek w postaci odrobiny maślanego czy twarożkowego kremu tylko dodaje im urody i odświętnego charakteru.

Od dawna myślałam, żeby coś takiego przygotować, jednak dopiero wczoraj, gdy zostałam poczęstowana taką babeczką domowego wypieku, sama zmobilizowałam się do tego.

Przygotowałam trochę mniej  ciasta niż zwykle na 12 sztuk, skoro babeczki mają mieć czapeczki, nie mogą same być zbyt wysokie.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.Do miski robota wrzuciłam mąkę z proszkiem, jajko, śmietanę, mleko, cukier, naturalną esencję waniliową, roztopione masło i wszystko wyrobiłam.

Do papilotek włożyłam porcje ciasta i upiekłam.

Gdy były gotowe, wyjęłam z piekarnika i całkiem wystudziłam.

Ubiłam mikserem kremowy serek, dodałam podczas ubijania syrop malinowy i cukier puder.

Masę z serka włożyłam do szprycy do dekoracji.

Wystudzonym babeczkom odcinałam delikatnie górną część, robiłam niewielkie zagłębienie i wkładałam  w nie około łyżeczki galaretki porzeczkowej. Następnie każdą babeczkę przykrywałam wcześniej odciętą z niej częścią.

Na koniec każdą babeczkę udekorowałam porcją kremu i na szczycie odrobiną galaretki porzeczkowej. Delikatnie posypałam kolorowym cukrowym maczkiem.

Fajnie wyszły.

Coś mi się wydaje, że rozpoczął się nowy rozdział w mojej muffinkowej aktywności :-)

Babeczki z galaretką porzeczkową i kremową czapeczką

na 12 sztuk

200 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100 g masła roztopionego

100 g cukru

100 g śmietany  kwaśnej 18%

50 ml mleka

naturalna esencja waniliowa

mały słoiczek galaretki porzeczkowej (użyłam galaretki własnej roboty z czarnych i czerwonych porzeczek)

ok. 200 g serka kremowego, ja użyłam serka Turek kremowy, pakowanego po 125 g w prostokątne płaskie pudełeczka. Sam serek powinien być dość sztywny, żeby dodanie syropu nie rozrzedziło go zbytnio, uniemożliwiając dekorowanie nim babeczek. Turek w okrągłych opakowaniach ( np po 150 g)  jest raczej zbyt rzadki.

odrobina syropu malinowego (lub innego)

około 2 łyżeczki cukru pudru.

Smacznego,

Basia

Szpinakowe babeczki z bałkańskim serem

Komentarzy - 10

Wpadła mi wczoraj w rękę książeczka  „Babeczki”,  będąca dodatkiem do Gazety Wyborczej.

Obejrzałam ją i  nie zachwyciłam się specjalnie, głównie przepisami  na muffinki na słodko.

Wiem, że kiedy ktoś upiecze setki, a może już nawet tysiące przeróżnych babeczek, to trudno go zaskoczyć jakimś pomysłem. Ale dla nowicjusza z pewnością znajdzie się tu kilka pomysłów.

Ja zwróciłam uwagę na przepisy babeczek wytrawnych, czyli na słono. Spodobał mi się przepis na takie ze szpinakiem i serem feta.

Zabrałam się do ich  pieczenia, ale mimo podtytułu  książeczki „ tylko sprawdzone przepisy”, przefiltrowałam  jednak recepturę przez swoje doświadczenie :-)

Muffinki wyszły naprawdę świetne, bardzo je polecam szczególnie  tym, którzy nie przepadają za słodką wersją takich wypieków, bo  fanów muffinek w każdym wydaniu chyba nie trzeba będzie do   wypróbowania tego przepisu specjalnie namawiać.

Ciekawy pomysł i niezwykle prosty  w wykonaniu, co zawsze uznaję za ogromną zaletę.

W oryginalnym przepisie  wykorzystano ser feta, ja miałam w domu akurat bułgarski ser, podobny do fety. Do części muffinek dałam też drobno posiekany i podsmażony wcześniej boczek. Ciekawie wyszło. Spróbujcie, warto!

Muffinki ze szpinakiem i serem bałkańskim

(i niektóre jeszcze z boczkiem :-) )

12 sztuk

270 g mąki

250 g szpinaku mrożonego, w liciach

2 kopiate łyżeczki proszku do pieczenia

80 ml oleju

świeżo zmielony pieprz

2 jajka

260 g sera bałkańskiego

2 cienkie plasterki boczku

250g jogurtu naturalnego

Rozgrzałam piekarnik do około 180-190 stopni.

Rozmrożony szpinak poddusiłam na patelni, odcisnęłam nadmiar płynu( niewiele go zostało po podduszeniu na patelni) i pokroiłam grubo. Odstawiłam, żeby ostygł. Podsmażyłam również pokrojony w małą kosteczkę boczek, przestudziłam potem. W misce zmiksowałam mąkę, proszek do pieczenia, jajka, jogurt, olej, dodałam pokruszony ser, szpinak i wymieszałam całość. Do około połowy ciasta dodałam podsmażony wcześniej boczek.

Formę do muffinów wyłożyłam papilotkami, do każdej włożyłam porcję ciasta i wstawiłam do piekarnika na około 20 minut. Gdy były ładnie przyrumienione i gdy patyczek wbity w nie wychodził suchy,  wyjęłam je z piekarnika, przestudziłam nieco, a potem  wyjęłam z formy.

Smacznego,

Basia

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

Komentarzy - 5

Nie miałam wcale tego pisać, bo moja Córka stwierdziła, że to nudne! Ciągle te muffinki i muffinki. No więc trudno, jak nie,  to nie…

Ale tak się złożyło, że miałam okazję  poczęstować  czekoladową muffinką  Martę (wierną czytelniczkę tego bloga :-) ),  a ona właśnie poprosiła o przepis na nie, więc jednak napiszę!

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam w Almie wiśnie suszone, sprzedawane na wagę (nawiasem mówiąc nieprzyzwoicie drogie).

Zaraz wyobraziłam sobie ich smak i aromat… no i musiałam kupić choć trochę.

W drodze powrotnej do domu , jak to zwykle bywa z różnymi  właśnie kupionymi przysmakami, sięgałam do woreczka z wiśniami i podjadałam. Na szczęście trochę oszczędziłam!

Zaczęłam zastanawiać się,  do czego mogę ich użyć? Ale biorąc pod uwagę, że właśnie kończyły się już w domu poprzednie wypieki,  a jak już wspominałam nie lubię, gdy nie ma niczego słodkiego w domu, zdecydowałam się na upieczenie bardzo czekoladowych muffinek z wiśniami. Połączenie czekolady i wiśni, to przecież sprawdzone i udane połączenie. Tym razem również.

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

12 sztuk

250 g mąki

2 łyżeczki  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

czekolada gorzka pokrojona w małą kostkę

4 kopiate łyżki dobrego kakao

175 g cukru

250 ml mleka

80 g oleju roślinnego

1 jajko

garść suszonych wiśni

Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni.

W misce wymieszałam  mąkę, sodę i proszek, kakao, cukier, dodałam mleko, jajko i olej. Szybko  wymieszałam, nie przejmując się pozostałymi w cieście grudkami, dodałam pokrojoną czekoladę i wiśnie i szybko wymieszałam. Do papilotek ułożonych w muffinkowej blaszce nakładałam sporą porcję ciasta, całość tego co przygotowałam zmieściłam w  12 papierowych miseczkach.

Piekłam około 20 minut, sprawdziłam patyczkiem. Gdy patyczek był  czekoladowy tylko tam, gdzie natrafił na rozpuszczona czekoladę,  a śladów niedopieczonego  ciasta nie było na nim, wyjęłam muffinki z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Noworoczne gwiazdki

Brak komentarzy


Szczęśliwego Nowego Roku!

Mam nadzieję, że spędziliście Sylwestra miło i smacznie.

Niech cały ten, właśnie  rozpoczęty, rok będzie dla Was udany

Kulinarne również:-)

Życzę Wam, zatem,  dobrych i sprawdzonych przepisów.

A skoro o przepisach mowa, to przyznam, że zwykle niezbyt chętnie  korzystam z przepisów zamieszczanych w czasopismach, zauważyłam  parokrotnie, że są nierzetelne i  niewypróbowane. Zdecydowanie wolę przepisy ze sprawdzonych książek kucharskich.

Tym razem jednak, za namową Córki,  zdecydowałam się spróbować recepturę zamieszczoną w ostatnim Twoim Stylu. Zachęcił nas sos karmelowy, który miał się znaleźć w opisywanych tam muffinkach, bo do karmelu  (i do muffinek!) obie mamy wielką słabość :-)

Dziś rano mój Mąż zapragnął jakiegoś noworocznego wypieku,  stąd wziął się pomysł na dzisiejsze pieczenie.

Korzystając z dzisiejszego święta oraz z równie świątecznej silikonowej foremki, którą ostatnio dostałam, upiekłam noworoczne śmietankowo-karmelowe muffinki-gwiazdki.

Przyznam, że do tej pory z dystansem podchodziłam do silikonowych foremek do pieczenia. Jakoś nie mogłam uwierzyć w to, że takie „plastikowe” foremki nie topią się w rozgrzanym piekarniku…

Dziś spróbowałam w nich upiec i okazało się, że to działa!

Silikonowych foremek nie trzeba nawet natłuszczać, po prostu wlewa się do nich ciasto i tyle.

Przepis z Twojego Stylu najpierw wzbudził we mnie wątpliwość,  bo gdy zaczęłam ubijać cukier z jajkami, to okazało się, że ich  proporcje uniemożliwiają raczej ubicie na „puszystą masę”, jak wskazywał przepis, ale po dodaniu śmietanki i mleka całość poszła  już do przodu! Poza tym nie bardzo było wiadomo, ile muffinek wyjdzie z przepisu. Ja upiekłam tym razem gwiazdki z innej formy, ale sądząc po ilości mąki w przepisie myślę,  że takie ilości, jakie podaję poniżej, wystarczają na 12 standardowych  muffinek.

Do tego wypieku użyłam sosu karmelowego zrobionego ze skarmelizowanego cukru,  do którego dodałam śmietankę kremówkę i trochę masła ( do cukru z wodą, rozgrzanego i zrumienionego na brązowo- po prostu karmelu- dodać śmietankę i  mieszać, aż zrobi się gładka masa,  dodać trochę masła i jeszcze wymieszać).

Noworoczne gwiazdki śmietankowo-karmelowe

250 g mąki

70 g masła

130 g cukru

2 jajka

łyżeczka proszku do pieczenia

ok. 40 ml śmietanki  36%

ok. 80 ml mleka

ok. 80 ml  domowego sosu karmelowego

2 garści ( plus te do dekoracji) różnych orzechów, ja dałam włoskie i laskowe

Masło zmiksować  z cukrem, dodać po kolei  jajka, wlać śmietankę i mleko, miksować  i dodać sos karmelowy.

Dodać mąkę z proszkiem i dalej miksować, dodać  orzechy i jeszcze wymieszać dokładnie.

Przełożyć masę do foremek (papilotek np.) , na wierzchu na każdej babeczce położyć kilka orzechów i piec przez około 20 minut w temperaturze 180-200 stopni, aż będą złocisto- rumiane.

Gotowe muffinki  wyjąć i wystudzić.

Są naprawdę niezwykle smaczne, gorąco polecam, nawet jeśli nie macie takich okolicznościowych foremek :-)

Basia

Lukrowania pierników dzień drugi i kutia

Komentarzy - 2

Lukrowanie pierników skończone.

Jest ich naprawdę dużo, jak widzicie! A dzięki rozłożeniu pracy na dwa dni nie było momentu zwątpienia:-)

Z tego powodu mamy mało pierników z czekoladą…

W tym roku pojawiła się u nas nowa metoda zdobienia lukrem, dzięki mojej koleżance Dorocie.

Dostałam w prezencie prześliczne pierniczki jej produkcji i właśnie u niej podpatrzyłyśmy z Córką  nowy, bardzo interesujący  sposób.

Cieniutka linia lukru (u Doroty białego, u nas również kolorowego) to nowy pomysł dekorowania. Bardzo ciekawy efekt!

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy, myślałam, że to bardzo trudne. W rezultacie okazało się, że wcale nie.  Nowa metoda urozmaiciła naszą dotychczasową i w tym roku pierniki są naprawdę przeróżne.

Myślę, że również dzięki temu nie nudziła nam się praca z piernikami, a jest ich pewnie ze dwieście.

Do jutra pierniki poleżą na wierzchu, jutro wrócą do pudełka i będą czekać na ich czas.

A ja zabieram się za przygotowania do Świąt.

Tradycyjnie  Wigilia odbędzie się u nas w domu, będzie pewnie 15 osób.

Potrawy wigilijne przygotowuję nie tylko ja, również moja Mama, Teściowa i  Siostra.

Podajemy potrawy wywodzące się z rodzinnych  domów Rodziców.

Jak zwykle ja robię barszcz ( kisi się już od paru dni kwas buraczany), kutię, kompot z suszonych śliwek, sałatkę śledziową. W tym roku chcemy z Córką zrobić jeszcze  kulebiak z rybą.

Poza tym będą uszka w barszczu produkcji mojej Mamy i również  jej produkcji paluszki z makiem.

Siostra robi sałatkę z kiszonej kapusty z fasolką perłową, Teściowa przygotuje pierogi z kapustą i grzybami, smażonego karpia, kapustę z grzybami.

Potraw musi być minimum 12, choć  zwykle jest ich jednak więcej, jeśli policzyć opłatek (co podobno  się robi) i  ciasta na deser:-)

Bakalie na kutię już pokroiłam. Kutia, to potrawa podawana w domu mojego Taty i według tamtej receptury  ją przygotowuję.

Przyznam, że nie jestem fanką większości  potraw wigilijnych, przygotowuję je i jem, bo taka jest tradycja, jednak kutię  bardzo lubię!  Daję do niej mnóstwo bakalii, prażone orzechy włoskie, laskowe i migdały, morele suszone i śliwki, smażoną skórkę pomarańczową, rodzynki , a ostatnio również smażoną pigwę, która dzięki swemu kwaskowemu smakowi przełamuje monotonię słodyczy pozostałych bakalii.

Jeszcze tylko ugotowana pszenica, taka pozbawiona wierzchniej łuski, mielony mak i dużo miodu. Tyle miodu, żeby rzucona przez gospodarza porcja kutii przykleiła się do powały, jak mówi tradycja :-)

Basia

Lukrowanie pierników

Komentarzy - 2

Przyszedł czas na lukrowanie pierników.

Okazuje się, że upiekłam ich całe mnóstwo!  Zdecydowałyśmy więc z Córką, że rozłożymy pracę na dwa dni. Z doświadczenia wiemy, że po dłuższym czasie siedzenia  nad piernikami lukrowanie i zdobienie ich przestaje być już taką przyjemnością, jak na początku…

Najpierw przygotowałyśmy nasz „warsztat  pracy”:

barwniki, talerzyki na których rozrabiamy kolorowe lukry, wykałaczki  (najlepsze przybory do precyzyjnego nakładania lukru), groszki, maczki i inne cukiereczki do zdobienia.

Potem Córka zrobiła lukier, od dawna to ona właśnie uciera go w glinianej makutrze.

Pamiętam,  że jako dorastająca dziewczynka,  była bardzo dumna, kiedy mówiłam, że u nas w domu to ona właśnie jest specjalistką od ucierania lukru.

Najładniejszy lukier, to jest lukier z białek ucieranych z cukrem. My z Córką najbardziej lubimy, kiedy lukier jest cytrynowy, z dodatkiem  esencji cytrynowej i sporej j ilości soku  cytrynowego.

Niestety taki lukier po kilku dniach traci połysk i  jednolity kolor,  robi się jakby „oszroniony”. Dlatego pozostajemy przy tradycyjnej recepturze, takiej według której robi moja Mama. jej lukier jest zawsze pięknie błyszczący, nawet po wielu dniach.

Przepis na kwaskowy, cytrynowy lukier zostawiamy do baby wielkanocnej!

Nasz dzisiejszy lukier zrobiony był w proporcji  1 białko: 100g cukru pudru. Dałyśmy tylko odrobinę cytryny i  naturalnej esencji cytrynowej.

Dobry lukier jest bardzo ważny, ale nie mniej ważne są barwniki spożywcze.

Bez nich nie ma kolorowego lukru, przecież!  Teraz można już chyba kupić je w dobrych delikatesach, ja jednak z przyzwyczajenia ciągle przywożę je z Londynu. Poza tym tam jest znacznie lepszy wybór kolorów.

Również bez  kolorowych cukiereczków, perełek, groszków,  maczków itp. nie byłoby tej zabawy.

Wyszukuję ich  więc przez cały rok, tu i tam, gdziekolwiek jadę i gromadzę ich zapasy.  Ogromną radość sprawiają nowe wzory, kształty i kolory.

I tak zabieramy się w końcu za lukrowanie.

Cały stół  mamy zastawiony  piernikami, talerzykami z lukrem  i tymi wszystkimi potrzebnymi  do pracy rzeczami, o których wspomniałam.

Dzisiaj zdobiłam głównie anioły ( jakoś dużo ich w tym roku powycinałam) i parę choinek, Córka – renifery i dużo małych serduszek i gwiazdek.

Bo ja zasadniczo jestem od dużych form, a Córka od małych :-)

Na jutro zostają serca, choinki, buty, księżyce, gwiazdy i mnóstwo przeróżnych maleńkich pierniczków.

Część z pierników pokrywamy też czekoladą i siekanymi, prażonymi orzechami.

…Zwykle to jest wtedy, gdy już nie mamy siły na dalsze lukrowanie…

Ale jutro jeszcze ciąg dalszy lukrowania.

Zatem do jutra!

Basia

Pierniki bożonarodzeniowe c.d.

Brak komentarzy

Pierniki upieczone!

Strasznie mało mam ostatnio czasu, niestety. Chętnie pisałabym częściej, ale zupełnie nie mam kiedy.

Całe szczęście, że chociaż w weekend to jest możliwe:-)

Udało mi się dziś wreszcie upiec pierniki. Koniecznie chciałam zrobić to na początku grudnia, bo one muszą mieć przecież czas, żeby zmięknąć! Dwa lub trzy tygodnie są zdecydowanie niezbędne, żeby na święta pierniki były przyjemnie miękkie.

Odpoczywające od paru tygodni ciasto  na pierniki podgrzałam, żeby ułatwić jego wyrabianie. Wstawiłam miskę na parę minut do kuchenki mikrofalowej na pełną moc, po chwili ciasto było ciepłe, ale nie gorące.

Roztopiłam masło i wlałam do ciasta, wyrobiłam ręką,  dodałam sodę oczyszczoną i jajka i dalej wyrabiałam. Trwało to chwilę, nie ukrywam, że ręka zaczęła mnie boleć od tego wyrabiania.

Dodałam trochę wody, bo ciasto wydawało się dość twarde.  Biorąc pod uwagę, że było przy tym jeszcze ciepłe, trzeba było koniecznie je rozluźnić nieco. Nie pamiętam dokładnie ile dałam wody, ale pewnie około filiżanki w sumie.

Wyrobione ciasto było gładkie, lśniące i pachnące!

Wprawdzie nie było bardzo słodkie( był w nich tylko miód, który dodałam do mąki nastawiając ciasto), ale nie dosładzałam go więcej, przecież pierniki będą lukrowane słodkim lukrem, albo smarowane czekoladową polewą, również słodką.

Gotowe ciasto rozwałkowałam na stolnicy na  grubość około 0,7- 0,8 cm, odrobinę podsypując mąką.

Wykrawałam  małe pierniczki foremkami , a duże po prostu nożem, jak zwykle.

W nagrzanym piekarniku do około 180 stopni piekłam pierniki na papierze do pieczenia rozłożonym na blasze.

Pierwsze niestety troszkę zbyt mocno przyrumieniłam, ale tak zwykle bywa u mnie  z pierwszą partią.

Pierniki muszą być  tylko troszkę  przyrumienione i jeszcze odrobinę miękkie, kiedy się je wyjmuje z piekarnika.

Wyjęłam je i ułożyłam na płaskich tacach i deskach kuchennych.  Bardzo ważne, żeby pierniki wystygły na całkiem płaskiej powierzchni, żeby nie powyginały się.

Do jutra będą stygły, a jutro włożę je do pudełka metalowego i zostawię, żeby miękły  sobie spokojnie. A tuz przed Wigilią będziemy je lukrować i zdobić!

Ale będzie wtedy zabawa :-)

Basia

Pierniczki bożonarodzeniowe

przygotowane przed paroma tygodniami i dojrzewające do dziś ciasto na pierniki, o którym pisałam tu 20 listopada ( 1 kg mąki żytniej razowej drobnozmielonej , około kilograma miodu, 2 opakowania przyprawy do pierników Kamis).

375 g masła roztopionego

2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

3 jajka

około filiżanki wody

Ciasto na pierniki bożonarodzeniowe i zakręcona kanapka

Komentarzy - 4

Ciasto na pierniki zrobione!

To znaczy pierwszy etap, oczywiście.

Zwyczaj pieczenia pierników wprowadziła do naszego domu moja  starsza o 3 lata, jedyna  Siostra, kiedy byłyśmy kilkunastoletnimi dziewczynami. Wypatrzyła  je w jakimś zagranicznym czasopiśmie i  od tego się zaczęło. I potem już każdego roku piekłyśmy pierniki na  Boże Narodzenie. Jak tylko była okazja,  przywoziłyśmy z zagranicy kolorowe barwniki spożywcze do barwienia lukru, kolorowe cukiereczki , maleńkie „groszki” i „maczek” do zdobienia pierniczków.

Kiedyś, nie pamiętam dokładnie kiedy, ale na pewno kilkanaście już lat temu, przeczytałam o dawnym, tradycyjnym  sposobie przygotowania  ciasta na pierniki  na wiele tygodni, czasem miesięcy albo nawet lat(!),  przed pieczeniem.

Ciasto odstawione w chłodne miejsce dojrzewało,  żeby pierniki z niego upieczone były najsmaczniejsze.

Czytałam też o  zupełnie współczesnych,  choć oczywiście wywodzących się z tradycji,  sposobach przygotowania ciasta na wypieki  we włoskiej kuchni, tam tez ciasto leżakowało wiele miesięcy zanim zostało upieczone.

Bardzo spodobał mi się pomysł rozpoczęcia przygotowań do pieczenia świątecznych pierników na długo przed świętami, bo zawsze przygotowania świąteczne mnie ogromnie cieszyły i jakby wydłużały radość ze świąt.  A teraz ta radość mogła zacząć się jeszcze wcześniej.

Wprawdzie według starych receptur dojrzewające ciasto na tradycyjne  polskie pierniki składało się z mąki, przypraw, miodu, jajek i tłuszczu, ja miałam obawy przed tym, czy zostawione na  kilka tygodni jajka i tłuszcz się nie zepsują.  Dlatego wtedy, wiele lat temu zaczęłam przygotowywać ciasto w oparciu o ten włoski zwyczaj, tam jajka i tłuszcz dawało się później.

I tak, od tamtego czasu co roku przygotowuję pierniki na wiele tygodni przed świętami.

Czasem wcześniej, czasem później, im mniej czasu jest  do świąt, tym wyższa temperatura dojrzewania. Jeśli zrobię ciasto na miesiąc przed pieczeniem, to trzymam je w chłodnej spiżarce, jeśli na 2 tygodnie, to już czeka w kuchni, gdzie jest ciepło.

A piekę pierniki zaraz na początku grudnia, żeby zdążyły jeszcze zmięknąć do Bożego Narodzenia.

Na kilka dni przed Wigilią lukrujemy i zdobimy je.

Z pewnością Wam o tym opowiem.

(A to kilka zeszłorocznych pierników, które własnie znalazłam! Były dobrze schowane w metalowym pudełku i zapomniane… trzymają się jednak  całkiem nieźle! Są mięciutkie, tylko lukier trochę wypłowiał :-) Pewnie powiesimy jej na choince).

A zrobione właśnie  ciasto na pierniczki  odpoczywa sobie, dałam kilogram mąki żytniej ( pierniki robi się z mąki żytniej właśnie, między innymi dlatego, że taka mąka zatrzymuje wilgoć), 2 opakowania przyprawy do pierników , około 1000g dobrze   ciepłego miodu. Wymieszałam wszystko dokładnie, przykryłam ściereczką żeby oddychało i zostawiłam. Tym razem już  w kuchni, bo do pieczenia pozostały 2 albo  najwyżej 3 tygodnie.

Ale żeby nie obyło się dziś bez jedzenia, proponuję „zakręconą kanapkę” z kurczakiem, warzywami i dressingiem curry . Naprawdę pycha!

Wrap z kurczakiem,  warzywami i dressingiem curry

 

na 3 porcje

3 tortille pszenne

olej

około 250-300 g filetu z kurczaka

rozgnieciony ząbek czosnku

sól

kawałek sałaty lodowej posiekanej ( około ¼ średniej główki)

kilka pokrojonych w plasterki czarnych oliwek

siekana świeża  bazylia, ale może być kolendra, natka pietruszki czy co tam lubicie:-)

2 nieduże  pomidory pokrojone w kostkę  lub  niewielkie plasterki

nieduży ogórek pokrojony w plasterki

cebula dymka albo szalotka albo drobno posiekana cebula po prostu

około 3 łyżek majonezu ( nigdy nie używam kieleckiego!!)

spora szczypta curry, ja dałam pewnie około płaskiej łyżeczki plus szczypta do przyprawieni kurczaka

odrobina octu winnego

około 30-40 g sera cheddar utartego

Na  rozgrzanej patelni usmażyłam pokrojonego w małą kostkę kurczaka, przyprawiłam go curry, solą, czosnkiem. Podlałam nieco wodą, dusiłam, aż zmiękł. Ostudziłam trochę.

Zrobiłam sos mieszając majonez, curry , odrobinę octu winnego.

W misce wymieszałam pokrojone warzywa, oliwki, kurczaka i zioła.

Na patelni posmarowanej tylko delikatnie olejem ( przy pomocy pędzelka) podgrzałam  tortille aż zarumieniły się nieco z jednej,  a potem z drugiej strony.

Wymieszałam warzywa z sosem. Na każdej podpieczonej tortilli położyłam 1/3  nadzienia, zrolowałam, przekroiłam na ukos, położyłam oba kawałki na talerzu i posypałam serem cheddar.

Smacznego,

Basia

Nigella i świnki w kocykach

Komentarzy - 4

Pewnie już wspominałam, że jestem wielką fanką Nigelli Lawson.

Wielu twierdzi, że jej głównie chodzi o lansowanie siebie, a nie o gotowanie.

Niewiele mnie przejmują takie głosy, a właściwie wcale. I bardzo chętnie zaglądam do książek z jej przepisami, gotuję według nich albo  choć inspiruję się gotując po swojemu. U niej znajduję wiele pomysłów, które natychmiast mi się podobają, nie muszę się do nich przekonywać, tak jak to bywa z innymi autorami książek kucharskich. Wielokrotnie zauważyłam, że mamy z Nigellą podobne spojrzenie na gotowanie. I wcale nie przeszkadza mi jej oblizywanie palców podczas gotowania w programach telewizyjnych. Wielokrotnie słyszałam ostrą krytykę tego. Bądźmy jednak uczciwi, czy kiedy gotujemy czy pieczemy sami w kuchni nie zdarza nam się oblizanie łyżki czy palców? Pewnie,  że tak! Więc o co chodzi? Ona z pewnością przesadza trochę, ale właśnie taki jej wizerunek jest dla wielu ludzi bardzo wiarygodny i o to przecież  w tym chodzi.

Myślę, że wiele jest prawdy w tej powszechnie znanej opinii o Nigelli:  „kobiety chcą być nią, mężczyźni  z nią”:-).

Kiedy zimą zeszłego roku  dostałam od Kuzyna z Anglii książkę Nigelli „Christmas” z jej osobistą  dedykacją dla mnie, byłam w siódmym niebie!

Gapiłam się długo na ten wpis,  nie mogąc uwierzyć,  że to prawda!

Z dużą niecierpliwością czekałam  teraz na kolejną  pozycję  Nigelli, czyli „Kitchen”.

Niedawno właśnie się ukazała i chciałam przy pomocy znajomych albo rodziny sprowadzić ją sobie z Londynu.

Nie zdążyłam, …  dostałam ją  właśnie w prezencie urodzinowym!

Nie miałam jeszcze czasu, żeby dokładnie obejrzeć  całą książkę,  to trochę potrwa zanim się z nią zaznajomię. Będę Was o tym na bieżąco informować, oczywiście.

Jednak nie mogłam sobie odmówić przyjemności   i  (mimo dotkliwego ostatnio braku czasu) zajrzałam do niej.  Szybko przeglądając  książkę natknęłam się na przepis, który już kiedyś spotkałam u Nigelli. Wprawdzie w trochę  zmienionej wersji, ale idea jest ta sama.  Nigella nazwała to „Świnki w kocykach”.

Do tej pory nigdy tego nie przygotowałam, ale teraz już wiem, że powtórka będzie szybko!

Jeśli macie dzieci, to na pewno im się to spodoba, bo dzieci zwykle lubią parówki.

„Świnki w kocykach”, to po prostu zawinięte w ciasto  parówki albo frankfurterki. I oczywiście upieczone.  Te świnki popularne są bardzo w Stanach Zjednoczonych, Australii,  Wielkiej Brytanii, Niemczech i innych krajach europejskich. Czasem parówki czy inne kiełbaski zawinięte są  nie w ciasto ale w boczek, a czasem jeszcze do tego w chleb.

Mnie  bardzo spodobały się te upieczone w cieście.

To  dobry pomysł na przekąskę albo na dodatek do barszczu czy innej zupy.

Do tego, to łatwy przepis niewymagający skomplikowanych produktów.

I potrwa tyle,  ile upieczenie cienkiej warstwy ciasta francuskiego, czyli bardzo krótko!

Świnki w kocykach

na 24 sztuki

8 parówek Berlinek z Morlin

opakowanie ciasta francuskiego 275g

jajko

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Rozwinęłam ciasto francuskie na desce.

Parówki przekroiłam na 3 równe części. Ciasto pokroiłam wzdłuż na paski o szerokości takiej,  jaką miały długość kawałki parówek. Sprawdziłam ile potrzeba ciasta , żeby owinąc parówkę iżeby brzegi zaszły nieco na siebie a potem pokroiłam paski na takie kawałki. Roztrzepałam jajko z odrobina soli. Pędzlem posmarowałam ciasto. Na każdym kawałku położyłam kawałek parówki i zwinęłam, położyłam na  blaszce wyłożonej papierem do pieczenia tak, żeby łączenie ciasta było ma spodzie.

(Jeśli parówki czy kiełbaski są dokładnie takiej długości  co szerokość ciasta, to można najpierw zawinąć  całą parówkę w kawałek ciasta, a potem ciąć na mniejsze kawałki.)

Jeszcze posmarowałam zawijasy roztrzepanym jajkiem z wierzchu i wstawiłam do piekarnika. Piekłam, aż świnki się ładnie zarumieniły.

Zrobiłam też sos musztardowy  polecany  przez Nigellę do tej przekąski.

Zrobiłam go jednak po swojemu, po prostu rozmieszałam musztardę francuską ( z całymi ziarnami gorczycy), czeską musztardę kremską, kwaśną śmietanę i majonez- mniej więcej w równych częściach.

Świnki najlepsze są  niedługo po wyjęciu z piekarnika, kiedy są jeszcze ciepłe,  ale już nie są gorące.

Jeśli upieczecie je wcześniej, to przed podaniem wstawcie  je na chwilę do nagrzanego  piekarnika, będą jak świeżo upieczone.

Smacznego

B

Znów muffinki!

Brak komentarzy

Chyba dawno nie było muffinek. Oj, stęskniłam się za nimi, bardzo! A jak wiadomo, mam do nich ogromną słabość…

Nie ma więc na co czekać,  do roboty!

Tylko jakie zrobić?

Jest kilka takich przepisów, według  których mogłabym ciągle piec.

Poza muffinkami z owocami bardzo lubię takie z orzechami włoskimi i syropem klonowym. Albo te snickersowe, mniam!

Postanowiłam jednak wymyśleć coś innego tym razem.  Spontaniczne przepisy „z głowy” są wielokrotnie bardzo trafione. Takie, które przychodzą na myśl od razu, niemal  w całości. To tak, jakby intuicja dyktowała, jak ma być.

Wprawdzie znów będą w nich orzechy ( mam właśnie na nie  wielką ochotę :-) ),  ale poza tym będzie jeszcze golden syrup i czekolada, czyli same pyszności .

Jest więc spora szansa, że będą dobre!

Muffinki są wdzięcznym wypiekiem, ubrane w kolorowe fartuszki są znacznie weselsze niż po prostu ciasto.  Choćby  były z tych samych składników i  smakowały dokładnie tak samo jak ono, z pewnością wydadzą się od niego dużo  lepsze.

Czy zatem względy estetyczne tak bardzo decydują o smaku? U mnie z pewnością tak jest.  Jedni mniej zwracają uwagę  na formę, inni bardziej.

Dla mnie bardzo ważny jest sposób podania potrawy, nie mniej  niż jej treść. Najpierw je się „oczami” przecież.

Niech więc wszystkie zmysły mają ucztę, jeśli to tylko możliwe.

Muffinki z golden syrup, czekoladą i orzechami włoskimi

na 12 sztuk

200g mąki

125 g śmietany kwaśnej

2 płaskie łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

około 80g oleju

2 jajka

100g golden syrup ( do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością albo innych dobrze zaopatrzonych)

50 g orzechów włoskich grubo posiekanych

około 100g czekolady (dałam  pół na pół mlecznej i gorzkiej) posiekanej na małą kosteczkę

dodatkowo na polewę

4 kosteczki gorzkiej czekolady i około 2 łyżki śmietanki kremówki

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni

W misce ubiłam mikserem jajka, śmietanę, mąkę z proszkiem i sodą, olej, golden syrup.

Dodałam posiekaną czekoladę. Fajnie będzie wyglądać biała i ciemna czekolada. Ja akurat nie miałam białej w domu. Dodałam orzechy i wymieszałam całość.

Masę przełożyłam do papilotek  ułożonych w formie na muffinki.

Piekłam około 20 minut, aż pięknie wyrosły i zarumieniły się.

Gdy przestygły,  wierzch  babeczek posmarowałam czekoladą ( rozpuszczoną ze śmietanką w kuchence mikrofalowej).

Smacznego

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress