Archwium dla ·

owoce

· Kategoria...

Kalafior zamiast cukinii

Brak komentarzy

Nie mogę się doczekać  naszej cukinii!

W zeszłym roku moja Koleżanka Ewa sprezentowała mi sadzonki  dyni.

To było dosyć późno  latem i dynie nie zdążyły dobrze dojrzeć. Były takie małe,  że nie zorientowałam się nawet,  że to są dynie. Byłam przekonana, że to są żółte cukinie.  Było ich całe mnóstwo z jednej sadzonki. Zebrałam  parę razy takie niewielkie owoce i ugotowałam z nich bardzo pyszne dania. Była zapiekanka z kurek i (jak mi się wydawało) z cukinii, było gratin z dodatkiem cukinii i coś tam jeszcze.

Wszystko było naprawdę bardzo smaczne.

Mając to w pamięci moja Córka postanowiła zrobić własne sadzonki  cukinii w tym roku.

Posiała, wykiełkowały, rozsadziła je i w końcu posadziła w ogrodzie.

Rosną jak na drożdżach!

Nie mogę się doczekać, kiedy dorosną na tyle, żeby je zebrać.

Sprawdziłam dziś, poniżej kwiatów są wyraźne owoce, ale niestety jeszcze muszę trochę  poczekać …

Tymczasem kupiłam kalafiora i śliwki, pierwsze śliwki, to  jeszcze nie są węgierki.

Zrobiłam bardzo ulubioną przez mojego Męża  sałatkę.

Pewnie to jest  dla niektórych dziwne połączenie, ale  uwierzcie mi, że bardzo interesujące!

Kalafior, śliwki, cebula, orzechy i majonez. No i trochę przypraw, oczywiście.

Zdecydowanie najlepsze do tego są  śliwki węgierki, ale jeśli nie ma tego,  co się lubi… trzeba użyć tego, co jest.

Dlatego  dzisiejsza sałatka z kalafiorem ma w sobie letnie śliwki.

Sałatka z kalafiorem i śliwkami

niewielki świeży kalafior

około 250 g wypestkowanych śliwek, najlepiej węgierek

2 spore łyżki  majonezu ( ja jestem wierna Dekoracyjnemu z Winiar)

cebula

około 80 g orzechów włoskich

około ½  łyżeczki czarnuszki ( do kupienia w sklepach zielarskich)

sól, cukier, pieprz

ewentualnie ocet winny

Kalafiora pokroiłam na małe różyczki, posiekałam drobno cebulę, śliwki pokroiłam w paseczki, orzechy posiekałam grubo.

Wszystko wymieszałam z majonezem, dodałam przyprawy, wymieszałam jeszcze raz i wstawiłam do lodówki.

Jeśli przygotujecie sałatkę znacznie wcześniej( kilka godzin) to po wyjęciu z lodówki trzeba ją koniecznie jeszcze raz doprawić. Szczególnie, jeśli użyliście takich letnich śliwek, jak ja. One są znacznie bardziej soczyste niż węgierki i  puszczają więcej soku, doprawienie wtedy będzie niezbędne.

Basia

Maliny i porzeczki

Brak komentarzy

Nie mogę się oprzeć malinom. Kiedy je widzę na straganie, muszę  kupić!

Część zjadam od razu, ale zawsze myślę, że coś powinnam z nich jednak zrobić.

Maliny najlepsze są świeże. Bezwzględnie.

Ale oczywiście zimą mogą być tylko zamrożone, więc zajmę się niedługo mrożeniem malin na zimę. Teraz jednak, kiedy jest dopiero początek ich pysznego sezonu, chcę korzystać z nich do woli! I nie widzę możliwości, żeby mi się przejadły

Więc zanudzam domowników deserami z malinami.

Tym razem deser w pucharkach z wyłącznie letnich owoców:  malin, czerwonych i czarnych porzeczek.

Poza owocami jest tam tylko śmietana, cukier i wanilia.

Może spróbujecie?

Deser malinowo- porzeczkowy

niezbyt duże porcje dla 3 osób

na krem:

85 g śmietanki kremówki (dałam taką 36%)

85 g  kwaśnej śmietany 18%

2 kopiate łyżki cukru pudru

naturalna esencja waniliowa

na sos:

około 200 g czarnych porzeczek

3 łyżki cukru ( ja dałam tyle, ale jeśli macie inne preferencje dotyczące słodkości, to może trzeba zmodyfikować te ilość)

1 łyżka śmietany  kwaśnej 18%

owoce:

pełna  dowolność , ja dałam tyle:

ok. 300g malin

ok. 50 g porzeczek czerwonych

garstka  czarnych porzeczek, takich największych i najsłodszych

W naczyniu ubiłam śmietankę kremówkę, dodałam cukier i esencje waniliową. Następnie dodałam kwaśną śmietanę.

Do  3 pucharków  włożyłam porcję kremu, na kremie położyłam owoce.

W malakserze utarłam czarne porzeczki z cukrem, przetarłam je przez sito, żeby pozbawić  je skór i pestek, następnie dodałam łyżkę śmietany i dobrze wymieszałam (można nie dawać śmietany, wersja sosu wyłącznie owocowa  jest równie pyszna).

Porzeczkowym  sosem polałam ułożone w pucharkach owoce.

Ozdobiłam listkami świeżej melisy i pojedynczymi  gronami porzeczek wraz z szypułkami.

Basia

Sezon na maliny rozpoczęty!

Brak komentarzy

Jest pięknie! Cudownie gorące lato, uwielbiam to!

I są też maliny, wreszcie jest dużo świeżych malin.

Dzięki temu (a właściwie, to trochę przez to) powstał dzisiejszy deser.

Dzięki malinom, bo już są.

A przez to, że jest upał i nie chciałam niczego piec, a jednocześnie wizyta Teściów wymagała przygotowania deseru, powstał deser niepieczony.

Prosta i pyszna tarta z malinami.

Maliny są jednymi z moich ulubionych owoców i  chyba tymi najbardziej ulubionymi.

Gdy kupuję maliny, w drodze do domu zwykle zjadam co najmniej połowę z nich.

Czasem nawet poradzę sobie z całym pudełkiem nim dotrę z miasta.

Dziś  na szczęście) robiłam zakupy na pobliskim placu, więc nie zdążyłam pochłonąć malin w drodze powrotnej i dzięki temu mogłam zrobić tę tartę.

Tarta ze świeżymi  malinami

około 350 g zmielonych herbatników ( ja znów użyłam owsianych Wiatraczków z Sanu, całe jedno opakowanie plus kilka sztuk pozostałych  z poprzedniego)

około 80-90 g masła roztopionego

500 ml śmietanki kremówki schłodzonej

około 150 ml dżemu malinowego, truskawkowego lub jeżynowego( albo innego z owoców jagodowych, ja dałam trochę jeżynowego i trochę truskawkowego, oba domowej produkcji)+ trochę do posmarowania malin

łyżka kopiata cukru pudru

1 opakowanie malin

Herbatniki zmiksowałam w robocie kuchennym (można je po prostu zemleć w maszynce).

Następnie zmiksowałam z roztopionym w kuchence mikrofalowej masłem.

Dno  tortownicy o średnicy 26 cm wyłożyłam papierem do pieczenia a następnie rozłożyłam równo masę  herbatnikową, docisnęłam  i wyrównałam.

W misce ubiłam śmietankę, dodałam przetarty  przez sitko dżem . Trzeba przetrzeć, żeby pozbawić go pestek.

Dodałam cukier, bo krem wydawał się mało słodki. Jeśli lubicie mniej słodkie albo dżem był wyjątkowo posłodzony, być może nie będzie potrzeby dosładzać.

Krem wyłożyłam na spód herbatnikowy.

Na kremie położyłam maliny.

Podgrzałam w kuchence dżem truskawkowy,  aż był dość płynny. Następnie pomalowałam nim maliny przy pomocy kuchennego pędzla.

Wstawiłam deser do lodówki na około 2 godziny, żeby stężał.

Po wyjęciu z lodówki ozdobiłam listkami świeżej melisy i pokroiłam.

Polecam ten deser, bardzo lekki  i pyszny.

No i z malinami!!

Sezon malinowy rozpoczęty 🙂

Basia

Pikantny łosoś i tarta z nektarynkami

Brak komentarzy

Wczoraj ugotowałam na obiad łososia, o którym chciałam Wam opowiedzieć.

Ale gdy zabrałam się za robienie zdjęcia okazało się, że w aparacie nie ma baterii.

Mąż ją wyjął, żeby naładować… a potem zabrał ze sobą i pojechał do pracy!

Skoro nie ma zdjęcia, to  przecież nie będę pisać…

Ale łosoś z pikantnym pomidorowym sosem z krewetkami wyszedł fajnie,  szkoda  by było nie pisać  o nim w ogóle.

Dziś pomyślałam, że jednak coś napiszę,  a w zamian za zdjęcie dodam jeszcze przepis na deser!

Bo właśnie upiekłam pyszną tartę z nektarynkami i wiśniami.

Tarta najlepsza jest jeszcze ciepła, niedługo po wyjęciu z piekarnika.

Dla łakomczuchów proponuję wersję z kulką lodów waniliowych.

Trzeba pamiętać, że po wykrojeniu pierwszego kawałka syrop z owoców i cukru, który utworzył się  podczas pieczenia, wyleje się na paterę czy talerz. Lepiej więc, jeśli patera nie jest całkiem płaska.

A w ogóle, to po prostu trzeba od razu zjeść całą tartę i mamy problem z głowy!

Tarta z nektarynkami i wiśniami

na okrągłą blaszkę o średnicy 32cm

175g mąki

115g masła schłodzonego

2g soli

15g cukru

50ml lodowatej wody

nadzienie owocowe

około 500g nektarynek

2 garście wiśni (…nie zważyłam…)

50-60g cukru

Z  mąki, masła, cukru, soli i wody zrobiłam ciasto używając robota kuchennego.

Miksowało się ok. 30 sekund i nie powinno dłużej.

Z ciasta uformowałam kulę i włożyłam do lodówki, żeby schłodziła się.

Nagrzałam piekarnik do 220 stopni.

Nektarynki pozbawiłam pestek i pokroiłam na plasterki o grubości około 1-1,5 cm.

Wiśnie wydrylowałam. Owoce wymieszałam w misce z cukrem.

Ciasto rozwałkowałam cienko czyli na grubość około 3-5 mm.

Średnica tego rozwałkowanego ciasta była o około  8-10cm większa od średnicy blaszki (pozostał  4-5 cm  wolny pasek dookoła)

Ciasto położyłam na blaszce, na której wcześniej położyłam krążek wycięty z papieru do pieczenia.

Na cieście ułożyłam  równą warstwą owoce, a następnie zawinęłam do środka ten pozostający poza blaszką fragment ciasta i zakleiłam wszystkie szczeliny, żeby sok z owoców nie wypłynął na zewnątrz podczas pieczenia, bo mógłby się po prostu przypalić.

Tak przygotowane ciasto wstawiłam do piekarnika, zmniejszyłam temperaturę do 200 stopni i piekłam przez około 40 minut, aż ciasto wokół  było złociste i chrupiące, a owoce nie zaczęły się jeszcze przypalać.

Po wyjęciu z piekarnika zostawiłam ciasto na chwilę w blaszce, żeby  nieco przestygło  zanim wyłożyłam je  na talerz,  a następnie posypałam cukrem pudrem.

Tarta z tymi letnimi owocami będzie doskonałym deserem po obiedzie.

A na obiad proponuję właśnie mojego „wczorajszego” łososia.

Spróbujcie, proszę:

Łosoś z pikantnym sosem pomidorowym z krewetkami

dla 4 osób

4 kawałki  świeżego filetu z łososia

puszka krojonych pomidorów bez skórki

chili

sos rybny ostrygowy

rozgnieciony duży ząbek czosnku

pieprz, sól,

około 2-3 łyżeczki cukru

spora cebula posiekana

odrobina octu winnego

ok.50 ml wina białego

oliwa do smażenia

około 100g krewetek koktajlowych rozmrożonych

świeży tymianek, listki oberwane z kilku łodyżek

jako dodatek-  na przykład makaron (u mnie był pappardelle)

Na patelni rozgrzałam oliwę, położyłam na niej posolone kawałki łososia, podlałam około 50 ml białego wina i smażyłam z obu stron, aż był miękki. Odstawiłam.

Na drugiej patelni rozgrzałam oliwę i wrzuciłam na nią posiekaną cebulę, zeszkliłam ją a następnie dodałam pomidory z puszki.

Przyprawiłam chili ( więcej niż daję zwykle, chciałam, żeby danie było wyraźnie pikantne), czosnkiem, pieprzem, cukrem, rybnym sosem ostrygowym, octem winnym.

Dodałam krewetki .

Kawałki łososia przełożyłam na patelnię z sosem,  chwilę jeszcze gotowałam.

Na końcu wrzuciłam listki tymianku, wymieszałam i danie było gotowe.

Arbuz i feta

Brak komentarzy

Zauważyłam  ostatnio jakieś arbuzowe szaleństwo. Wszędzie można  kupić  arbuzy i są całkiem tanie.

Ja nie jestem ich specjalnym amatorem , chyba że to są egipskie arbuzy w Egipcie. To tak!

Kiedyś rozpisywałam się tu na temat wyższości egipskich owoców nad wszystkimi innymi. I nie zmieniłam zdania.  Nawet arbuzy, za którymi nie przepadam gdzie indziej, z ogromną rozkoszą jem tam. Są  pięknie, głęboko czerwone, obłędnie słodkie, bardzo soczyste  i niesamowicie aromatyczne.

Te dostępne w Polsce, niestety takie nie są.

Ale przyszło mi do głowy, że wiele razy pewna  moja  Znajoma  zachęcała mnie do spróbowania sałatki z arbuzem. Ona była nią zachwycona.

Przyznam, że jakoś nie przekonało mnie wtedy połączenie arbuza z fetą w tej sałatce i jeszcze do tej pory nie zdecydowałam się na  jej zrobienie.

No i teraz przypomniałam sobie o niej,  pomyślałam że w sumie mogę spróbować.

Nie pamiętałam dokładnie, co moja Znajoma  do tej sałatki  dawała, więc zrobiłam po swojemu.

Myślę, że można polecić takie danie spragnionym lekkiego i jednocześnie orzeźwiającego jedzenia.

Słodki  i soczysty arbuz (nawet ten tutejszy 🙂 )ze słoną fetą i octem balsamicznym tworzą ciekawe połączenie.

Sałatka z arbuzem, fetą , octem balsamicznym i czarnymi oliwkami.

dla 2-3 osób

¼ średniego arbuza, zimnego (lepiej lodowatego) pokrojonego w kostkę i pozbawionego pestek

garść sałaty lodowej pokrojonej (opcja)

100-120g greckiej fety pokrojonej w kostkę

garść czarnych oliwek

cebula biała lub czerwona(ładniej!) pokrojona w piórka

oliwa extra vergine

pieprz świeżo zmielony

ocet balsamiczny

posiekane liście świeżej bazylii lub mięty ( ja wolę bazylię, ale z miętą jest bardziej orzeźwiająco)

Arbuza, fetę, cebulę, oliwki  i ewentualnie sałatę lodową wymieszać  delikatnie w misce.

Skropić octem balsamicznym, oliwą , posypać pieprzem i wybranymi  świeżymi ziołami.

Basia

Do góry nogami

Brak komentarzy

I znowu mam dla Was coś na słodko.

Tym razem przepis zaczerpnięty z przywiezionej ostatnio z Londynu książki „Cakes & Bakes” Lindy Collister, o której tu już wspominałam.

Oczywiście troszkę przeze mnie zmodyfikowany, jak to zwykle  u mnie bywa.

A zaczęło się od moreli, które najpierw kupiłam i dopiero potem zaczęłam zastanawiać się, właściwie po co?

Bardzo lubię morele, ale najbardziej takie przetworzone. Konfitury i powidła morelowe albo ciasta z morelami.  Tak, powidła morelowe mojej Mamy są genialne! Świeże morele są mało soczyste , ale ta ich niby wada przeradza się w zaletę, kiedy się z nich robi przetwory. Są mięsiste i dzięki temu powstają z nich doskonałe dżemy i powidła. W cieście też dzięki temu się dobrze sprawdzają, ale potrzebują według mnie sporo cukru dla wydobycia ich niepowtarzalnego smaku. Jeśli tylko go nie zabraknie, to sukces gwarantowany.

Tak też jest w przypadku ciasta, o którym dziś piszę.

To jest wypiek z gatunku „ do góry nogami”( upside down cake). Piecze się ciasto, które po wyjęciu z piekarnika odwraca się do góry nogami i to co było na górze jest na dole, a to co na dole, jest na górze. Najczęściej to są wypieki z owocami, które kładzie się na spód, potem wykłada ciasto odwrotnie . Po wyłożeniu na talerz owoce są na górze.

Ta metoda ma ogromną zaletę, owoce nie wysychają, choć są na wierzchu. No bo właściwie są pod spodem przykryte warstwą ciasta  i  dopiero na samym  końcu pojawiają się na wierzchu. Poza tym, że nie wysychają, to jeszcze sok z owoców wsiąka w ciasto dodając mu aromatu.

Dzisiejsze ciasto ma fantastyczny smak, również z powodu składników samego ciasta. Bo czyż z połączenia masła ,  cukru demerara, żółtek  i śmietany mogłoby  nie wyjść  coś pysznego?

Jeśli zabierzecie się za pieczenie tego ciasta ( naprawdę  polecam!), to pamiętajcie o mocnym posypaniu wierzchu morelowego cukrem pudrem i o tym, że najlepsze jest jeszcze ciepłe.

Ale jeśli nie zjecie całego od razu, to zapewniam  Was, że nawet zimne i  nawet następnego dnia wyjęte z lodówki jest ciągle przepyszne!

Ciasto z morelami  „do góry nogami”

125g miękkiego masła

185g mąki

185g cukru demerara

łyżeczka proszku do pieczenia

250g kwaśnej śmietany

3 żółtka  i osobno 3 białka

cukier puder do posypania wierzchu ( sporo!)

około ½ kg moreli wypestkowanych i przekrojonych na połówki

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni.

Tortownicę o średnicy 23cm wyłożyłam papierem do pieczenia i  lekko natłuściłam.

Położyłam połówki moreli przekrojoną stroną do dna tortownicy. Ułożyłam je bardzo ściśle, wręcz wciskając je między siebie.

W naczyniu ubiłam mikserem masło z cukrem demerara na gładką masę, dodałam śmietanę, następnie po kolei żółtka,  potem dodałam stopniowo wsypując mąkę i proszek do pieczenia. W osobnym naczyniu ubiłam pianę z białek na dość sztywno. Dodałam pianę do masy i wymieszałam delikatnie.

Ciasto wyłożyłam na morele, wyrównałam i wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Piekłam około 40 minut, aż wierzch był złocisty, sprawdziłam jeszcze wbitym  patyczkiem i patyczek wyszedł suchy.

Wierzch ciasta pękł delikatnie i pojawił się w paru miejscach sok wychodzący z głębi ciasta.

Wyjęłam ciasto i zostawiłam żeby troszkę przestygło, po 10 minutach odwróciłam je do góry nogami i  tak położyłam na talerzu. Delikatnie zdjęłam papier z wierzchu ciasta i bardzo mocno posypałam cukrem pudrem, który rozpuszczał się w mgnieniu oka na wilgotnych i ciepłych morelach, więc posypałam  cukrem jeszcze obficiej 🙂

Basia

Tarta z borówkami

komentarzy 6

Ponury ten dzisiejszy dzień. Ciągle pada, pada, i  pada…

Trzeba dodać mu trochę uroku.

Tym bardziej, że zanosi się podobno na cały taki mokry tydzień, przynajmniej w Krakowie.

Najłatwiej uprzyjemnić sobie dzień i poprawić nastrój czymś dobrym… do jedzenia, oczywiście!

Wczoraj kupiłam pierwsze w tym roku borówki (czyli  czarne jagody , dla niekrakusów 🙂 ), wyjątkowo słodkie jak na początek sezonu.

Najpierw pomyślałam o muffinkach z borówkami ( naprawdę uwielbiam je!), ale ostatnio piekłam muffinki, więc może jakaś odmiana?

Skoro nie muffinki , to w takim razie tarta, na kruchym , pieczonym spodzie.

Tarta z borówkami i kremem mascarpone:

na tortownicę o średnicy 26 cm

na kruchy spód:

220g mąki

125g zimnego masła utartego na grubej tarce

45g cukru

1 żółtko

2-3 łyżki lodowatej wody

szczypta soli

z wymienionych składników szybko zagniotłam ciasto, rozwałkowałam  je i  uformowałam spód  i brzeg tarty w tortownicy wyłożonej papierem do pieczenia. Nakłułam widelcem ciasto , a potem  chłodziłam w lodówce przez około ½ godziny

Nagrzałam piekarnik do 200stopni.

Wstawiłam tortownicę i piekłam kruchy spód był złocisty. Wyjęłam z piekarnika i zostawiłam,żeby wystygł.

Nadzienie:

250g serka mascarpone

100g śmietanki kremówki

naturalny ekstrakt z wanilii

sok z cytryny ( około 1 łyżki)

cukier puder (około 3 łyżek)

słoiczek ulubionej konfitury albo dżemu

300g świeżych borówek

( ja dałam słoiczek konfitury domowej roboty z  jeżyn i czarnej porzeczki,  zrobiony  przez Ewę, o której tu już kiedyś pisałam i od której go dostałam 🙂  )

W misce ubiłam serek mascarpone, dodałam cukier i ekstrakt waniliowy. W osobnej misce ubiłam śmietankę, była dobrze ubita ale nie sztywna. Do serka powoli dodawałam ubitą śmietankę, a na koniec  powoli dodałam sok z cytryny.

Schłodzony spód posmarowałam warstwą konfitury, na niej położyłam kremową warstwę z mascarpone a  na wierzch wysypałam borówki. Znów wstawiłam do lodówki, żeby całość nieco stężała. Po około godzinie tarta była gotowa!

Basia

Koktajl z truskawkami

Brak komentarzy

Popołudnie w ogrodzie…

Upał już mniejszy, można spokojnie poleniuchować w cieniu.

Może jakiś deser?

Pewnie!

A może koktajl?

Niezły pomysł!

No to bardzo proszę:

koktajl z truskawkami i lodami śmietankowymi

na 2 spore porcje

150g jogurtu naturalnego , może też być śmietana kwaśna 12% albo 18%, jeśli wolicie

100g lodów śmietankowych  albo waniliowych ( ja dałam Grycan śmietankowe)

100ml soku pomarańczowego

200g truskawek

2-3 łyżeczki cukru, ja dałam 2 łyżeczki pudru. Jeśli lubicie bardziej słodkie, to może trzeba będzie jeszcze dodać cukru.

skórka otarta z kawałka pomarańczy albo cytryny ( opcja)

świeża mięta lub melisa do dekoracji

Wszystkie składniki  miksujemy w blenderze i od razu przelewamy do szklanek lub kieliszków, zdobimy listkiem mięty lub melisy  i podajemy.

Jeśli chcecie, żeby koktajl był bardzo zimny, można oprócz zimnych (prosto z lodówki) składników dodać kostki lodu i miksować z lodem.

Basia

Truskawki z czekoladą

Brak komentarzy

No i zaczęły się truskawki!

Przed nami kilka tygodni truskawkowej uczty. Oby tylko pogoda dopisała i pozwoliła dojrzewać  owocom w słońcu.

Nie wiem jak Was, ale mnie zupełnie nie pociągają te piękne, dorodne i kompletnie pozbawione smaku truskawki poza sezonem.

Nie kupuję ich i nie reaguję w ogóle na ich obecność na rynku. Kiedy mam ochotę na te owoce poza sezonem, sięgam do zamrażarki. Oczywiście to nie to samo, co truskawka świeża, prosto z krzaczka.

Ale chociaż ma smak!

Teraz  jednak na  jakiś czas możemy zapomnieć o mrożonkach i delektować się smakiem  absolutnie bezkonkurencyjnych truskawek w pełni ich sezonu.

Najbardziej lubię po prostu same truskawki.

Czasem lekko zanurzam truskawkę w cukierniczce…

Bardzo też lubię te owoce z dodatkiem bitej śmietany, chociaż nie pogardzę też dodatkiem kwaśnej śmietany i odrobiny cukru.

Takie najprostsze połączenia uważam za zdecydowanie najlepsze.

Ale jednak nie bardzo wyobrażam sobie przyjmowanie gości truskawkami posypanymi cukrem…

W znajomych domach najczęściej podawanym deserem z truskawkami jest chyba tarta, na kruchym spodzie z bezową skorupką na wierzchu, albo po prostu placek z truskawkami.

Ja najbardziej lubię desery, w których truskawki nie są poddane obróbce termicznej, czyli są świeże.

Dziś, na przyjście Gości, zrobiłam torcik z czekoladą i świeżymi truskawkami.

Spróbujcie.

Torcik z czekoladą i świeżymi truskawkami.

spód:

350 g herbatników zmielonych dokładnie

100g miękkiego masła

wierzch:

3 tabliczki czekolady ( u mnie pół na pół gorzka i mleczna)

350ml śmietanki kremówki

ekstrakt waniliowy

2 łyżki cukru pudru

świeże truskawki, około 300g

chipsy z białej  czekolady – do dekoracji (opcja)

Zmielone herbatniki wymieszałam dokładnie z miękkim masłem, powstałą masą wyłożyłam dno tortownicy (na którym  wcześniej położyłam papier do pieczenia).

Czekoladę rozpuściłam ( w kuchence mikrofalowej, na najwyższej mocy, około 1½minuty), po wyjęciu z kuchenki jeszcze  przez chwilę mieszałam czekoladę. Zostawiłam, żeby odrobinę przestygła.

W osobnym naczyniu ubiłam śmietankę, do śmietanki ciągle ubijając dodawałam partiami rozpuszczoną czekoladę i cukier puder.

Gotową, gładką  masę czekoladową wylałam na spód herbatnikowy (zostawiłam około ½szklanki masy do dekoracji).  Na czekoladzie ułożyłam truskawki pozbawione szypułek. Wstawiłam torcik do lodówki.

Po około godzinie, gdy masa stężała, polałam zostawioną czekoladą (wcześniej na moment włożyłam czekoladową masę do kuchenki mikrofalowej, żeby ją rozrzedzić troszkę)  wierzch torciku i ozdobiłam chipsami z białej czekolady.

Jeszcze raz wstawiłam do lodówki.

Gdy pokroiłam i podałam deser,  po chwili masa czekoladowa zaczęła się nieco rozpływać w temperaturze pokojowej.

Bardzo fajnie komponowała się taka rozpływająca się czekolada z herbatnikowym spodem i świeżymi truskawkami.

Myślę, że spróbuję też tego przepisu razem z malinami.

Ale to za jakiś czas, bo na krzewach malin dopiero nieśmiało pojawiają się kwiatki…

Basia

Bananowe muffinki z migdałami i czekoladą

komentarzy 9

Uwielbiam piec muffinki!

Mówiłam Wam to już?

Pewnie tak…, bo ja naprawdę to uwielbiam!

Ogromną  przyjemność sprawia mi  pieczenie  pysznych  muffinek  w ładnych papilotkach. I myślę, że te muffinkowe koszulki są naprawdę  ważne,  bo dodają im  urody .

Dlatego wykorzystuję każdą okazję, żeby kupić nowe (najchętniej  kolorowe!)  papierowe miseczki  na muffinki.

I najlepiej, żeby papilotki były różnej wielkości , przewidziane na wypieki na różne okazje. Czasem  przecież  potrzebne są całkiem małe,  na takie mini muffinki, czasem większe , a czasem jeszcze większe! Wobec tego zawsze muszę być przygotowana na każdą okoliczność i mieć w zanadrzu to, co może być niezbędne.

Dzisiaj, kiedy zabrałam się za pieczenie muffinek wybrałam te papilotki, które właśnie ostatnio przyjechały ze mną z Londynu. To była ich premiera!

One są trochę mniejsze niż zwykle, dlatego  z przepisu  na 12 sztuk muffinek bananowych upiekłam 18.

Ale to przecież ma jedną ogromną zaletę, można ich więcej zjeść !

Bananowe muffinki  z migdałami i czekoladą

250 g mąki

3 bardzo dojrzałe banany

2 jajka

100g oleju roślinnego

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

100 g cukru

50 g migdałów

2 łyżki chipsów czekoladowych albo  kawałek czekolady gorzkiej (30g )pokrojonej na małe kawałki

Potrzebna jest forma na muffinki  i 12 standardowych papilotek ( jeśli mniejsze, to więcej. Jeśli  większe -na przykład kolorowe, kupione ostatnio w  Ikei – to mniej )

Nagrzałam piekarnik do 180 stopni.

W misce zmiksowałam dokładnie banany i odstawiłam na chwilę.

W innej misce zmiksowałam jajka, cukier, olej, sól, mąkę, proszek do pieczenia. Do tego dodałam zmiksowane banany i jeszcze chwilę miksowałam.

Na suchej patelni wyprażyłam migdały  ( nie obrałam ich ze skóry), a kiedy trochę przestygły, posiekałam je grubo.

Do ciasta bananowego dodałam posiekane migdały i chipsy czekoladowe. Wymieszałam.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki,  napełniłam każdą do około 2/3 wysokości. Gdy napełniłam 12 sztuk okazało się, że ciasta jest więcej, w sumie wyszło 18 muffinek.

Piekłam je około 20 minut. Wyjęłam  muffinki z piekarnika, kiedy były złociste, a wbity patyczek, wychodził z nich suchy. Z formy wyjęłam, gdy nieco przestygły.

I musiałam od razu spróbować!

Smacznego!

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress