Archwium dla ·

owoce

· Kategoria...

Wiśnie, wiśnie!

komentarze 2

Wiśnie to dla mnie szczególne owoce. Gdy byłam dzieckiem uwielbiałam kompot wiśniowy.  Ale pamiętam, że to był bardzo świąteczny kompot i raczej rzadko pojawiał się na stole. Chyba wyłącznie w niedziele albo przy okazji specjalnych uroczystości.

Być może dlatego wiśnie, to nie są dla mnie zwykłe letnie owoce, tak jak na przykład czereśnie czy agrest.

Wiśnie, z ich niepowtarzalnym smakiem i aromatem są wyjątkowe. Są  takie szlachetne. Ich dodatek sprawia, że danie nabiera elegancji i klasy.

Jedyna ich wada, to konieczność drylowania owoców. Czynność czasochłonna i grożąca poplamieniem ubrań jednocześnie.

(A przy okazji, czy wiecie, że najlepszym sposobem usunięcia ŚWIEŻYCH plam z soków owocowych jest po prostu wrzątek? Sprawdziłam, zawsze działa!)

Tym razem wykorzystałam do drylowania wiśni mojego Męża, któremu całkiem sprawnie to poszło.

Tak więc wspólnym siłami udało nam się wyczarować bardzo fajne ciasto.

Nie ma to jak wiśnie!  🙂

Ciasto z wiśniami

tortownica o śr. 24 cm

250 g miękkiego masła

250 g cukru demerara

2 kopiate łyżeczki proszku do pieczenia

3 jajka

370 g mąki

250 g śmietany kwaśnej 18 %

naturalna esencja waniliowa

500 g wiśni

cukier puder po sypania z wierzchu

W robocie utarłam cukier z masłem i jajkami. Dodałam mąkę z proszkiem, śmietanę i wanilię.

Dno i boki tortownicy wyłożyłam papierem do pieczenia, a następnie włożyłam warstwę ciasta, na niej poukładałam część wiśni, potem znów ciasto i znów trochę wiśni i znów ciasto. Na wierzchu położyłam też trochę wiśni i lekko wcisnęłam je w ciasto. Miałam wrażenie, że ciasto jest na tyle twarde, że wiśnie się nie zatopią  w nim same i obawiałam się, że mogą się przypalić, zanim ciasto się upiecze.

Piekłam ciasto w piekarniku ustawionym na około 170-180 stopni przez około godzinę. Po wyjęciu posypałam cukrem pudrem.

Smacznego,

Basia

Jagodzianek czyli placek z borówkami

Brak komentarzy

Od razu się przyznaję, że miały być jagodzianki. Z tą właśnie myślą kupiłam borówki (ha!  Wprawdzie te owoce są dla mnie borówkami, ale bułki z nimi już tylko jagodziankami!)

Kiedy się w końcu zabrałam za pieczenie, było już dość późno. Perspektywa takiej detalicznej pracy, jaką jest formowanie i nadziewanie bułek drożdżowych, trochę mnie przeraziła.

Postanowiłam jednak zrobić placek z borówkami.

W sumie wychodzi na to, że z lenistwa.

No ale nie do końca, bo wzięłam pod uwagę też to, że bułka jest zobowiązująca, trzeba raczej zjeść ją całą. A placek można kroić na dowolne kawałki, mniejsze czy większe, w zależności od ochoty i możliwości.

Więc upieczenie placka wydaje się bardziej rozsądnym rozwiązaniem 🙂

Do miski robota włożyłam mąkę, jajka, cukier, sól. W kubku ciepłego mleka z dodatkiem łyżki cukru i mąki zostawiłam do wyrośnięcia drożdże. Kiedy po chwili zaczęły „wychodzić” z kubka, przelałam je do miski z mąką. Włączyłam robot i na niewysokich obrotach mieszałam wszystkie składniki.

Roztopiłam masło i po łyżce dodawałam do wyrabianego ciągle przez robot ciasta.

Dodałam też naturalną esencję waniliową i skórkę otartą z cytryny.

Po około 10 minutach wyrabiania, przykryłam całość lnianą ściereczką i zostawiłam, żeby ciasto wyrosło.

Gdy mniej więcej podwoiło swoją objętość, połową ciasta wyłożyłam dno tortownicy (wcześniej położyłam na nim i na bokach tortownicy  papier do pieczenia).

Borówki wymieszałam z cukrem i bułką tartą. Ułożyłam je na cieście, zostawiając niewielki pasek wolnego ciasta wokół brzegu, około 1,5 cm, żeby borówki nie przypalały się.

Położyłam następnie resztę ciasta i przykryłam nim dokładnie całość.

Wstawiłam do piekarnika o temperaturze około 170 stopni i piekłam przez około 15 minut, a potem zmniejszyłam temperaturę do 150 stopni. Piekłam ciasto około godziny, chyba nawet trochę więcej. Wyjęłam kiedy było mocno rumiane z wierzchu, wprawdzie było pęknięte wokół, ale borówki nie zaczęły z niego wyciekać i nic nie przypaliło się. Myślę, że to pęknięcie wynikało z tego, że pieczone borówki parowały i para musiała znaleźć sobie jakieś ujście.

Niestety nie próbowałam ciepłego ciasta:-(

Bardzo lubię jeszcze ciepłe drożdżowe, ale kiedy ciasto się upiekło, było już późno i szłam spać, więc nie była to pora na jedzenie.

Dziś dopiero spróbowałam go. Jest bardzo smaczne, wilgotne i ma bardzo dużo pysznego nadzienia w środku!

Jagodzianek- placek z borówkami

tortownica o średnicy  24 cm.

ciasto:

500 g mąki

2 jajka

200 g masła

szczypta soli

150 g cukru

45 g drożdży

kubek mleka ( pewnie około 200 ml)

nadzienie:

około 450 g borówek

5 łyżek cukru

1 łyżka bułki tartej

Smacznego,

Basia

Ciasto z borówkami i bezową pianką

Brak komentarzy

Tak, tak, borówki przede wszystkim na surowo! Z cukrem i ze  śmietaną na przykład, pycha!

Ale takie proste ciastko z borówkami, to również duża przyjemność.

Kupiłam pół kilograma borówek z myślą o jakimś deserze albo cieście. Trochę zjadłam (właśnie z cukrem), zanim zabrałam się za pieczenie. Na szczęście mam taką małą tortownicę, do której pozostałe borówki zupełnie dobrze wystarczyły.

Zrobiłam kruche ciasto i wylepiłam nim tortownicę. Wcześniej wyłożyłam ją papierem do pieczenia na spodzie i na bokach też, bo z ciasta zrobiłam jakby pudełko na nadzienie, był spód i kilkucentymetrowej wysokości brzeg, spód nakłułam widelcem w kilku miejscach.

Podpiekłam ciasto w piekarniku, nastawionym wcześniej na około 150 stopni.

Wyjęłam ciasto, kiedy było lekko złote.

Do środka wsypałam borówki, zrobiłam równą ich warstwę, a na koniec wyłożyłam pianę z białek ubitych  na sztywno ( obowiązkowo ze szczyptą soli) i  z dodatkiem cukru pudru i esencji waniliowej.

Wstawiłam znów do piekarnika i piekłam w temperaturze około 140-150 stopni jeszcze przez około 30-40 minut, aż wierzch zrobił się sztywny jak beza. Z wierzchu  beza zaczęła się bardzo lekko się złocić.

Ciasto najpyszniejsze jest jeszcze takie lekko ciepłe ( ale nie gorące!), trzeba uważać przy krojeniu, bo wypływa z ciasta trochę granatowego soku.

Pyszne jest również w wersji z truskawkami, albo malinami:-)

Polecam!

Ciasto z borówkami i bezową pianką

tortownica o śr. 20 cm

ciasto:

250 g mąki

2 żółtka

120 g masła

50 g cukru

szczypta soli

120 g śmietany kwaśnej

nadzienie:

400 g borówek

piana:

2 białka + szczypta soli + 100 g cukru + naturalna esencja waniliowa

Basia

Letni deser z borówkami i truskawkami

Brak komentarzy

Bardzo lubię borówki, najbardziej takie prosto z lasu.

Niestety, rzadko mam okazję takie jeść.

Pamiętam pierwsze wakacje z moją, wtedy dziewięciomiesięczną, Córką i widok mojej małej dziewczynki kucającej w lesie i zjadającej borówki własnoręcznie zerwane prosto z krzaczka. To naprawdę bezcenne!

Teraz zwykle kupuję borówki na straganie albo od „baby”.

I staram się co roku zamrozić trochę borówek, żeby móc czasem poza sezonem upiec z nimi ciasto czy muffinki.

Ale niezaprzeczalnie świeże borówki są najpyszniejsze, podobnie jak truskawki czy maliny.

Dzisiejszy deser ma w sobie właśnie borówki i truskawki, trochę serka mascarpone… spróbujcie, bo bardzo jest prosty  w wykonaniu i jednocześnie naprawdę pyszny.

Deser z borówkami,  truskawkami i serkiem mascarpone

3 porcje

w sumie około 250 g owoców ( mniej więcej pół na pół borówki i truskawki)

250 g serka mascarpone

około 50 g cukru pudru

około 50-70 g jogurtu naturalnego, ja użyłam greckiego, ale inny też się będzie nadawał

odrobina naturalnej esencji waniliowej

Połowę truskawek zmiksowałam z około 150 g serka mascarpone i około 30 g cukru pudru.

Cukru należy dać tyle, ile się lubi.  Proszę lepiej dać mniej i ewentualnie dodać, jeśli będzie trzeba.

Osobno zmiksowałam resztę serka z wanilią, jogurtem i resztą cukru pudru.

Borówki podzieliłam na dwie części.

W wąskich szklankach koktajlowych ułożyłam najpierw połowę borówek, warstwę truskawkowego kremu, warstwę truskawek, krem waniliowy, potem znów borówki i na wierzchu jeszcze trochę kremu truskawkowego. Ozdobiłam truskawką i listkami świeżej mięty.

Do tego deseru specjalnie kupiłam nieduże, ale dojrzałe truskawki, bo nie chciałam ich kroić, lecz dać je do deseru w całości.

Smacznego,

Basia

Jaśmin i truskawki

komentarze 2

Mamy w ogrodzie piękny krzew jaśminowca. Posadziliśmy go pewnie jakieś 15 lat temu.

Z roku na rok  był coraz większy i większy… aż zrobił się naprawdę ogromny!

Kiedy zaczyna kwitnąć jest pięknie biały, a ogród tonie w jego niesamowitym zapachu.

To trwa kilka tygodni, pewnie w sumie około miesiąca. Przynoszę gałęzie jaśminu do domu, wstawiam je do wazonów i zapach wypełnia także dom. To piękne tygodnie.

Ale przychodzi czas, gdy płatki jaśminu zaczynają opadać, na trawie wokół krzewu tworzy się biały dywan… To niestety sygnał, że musimy zapomnieć o jaśminie na cały rok…

I właśnie przyszedł ten czas 🙁

Na pocieszenie upiekłam muffinki z truskawkami i nektarynkami.

Truskawki są oczywiście najlepsze świeże, zjedzone na surowo.

Upieczone w cieście, zwykle powodują, że ciasto jest rozmoczone, szczególnie wtedy, gdy się ich da sporo. Moje dzisiejsze muffinki były pewnym eksperymentem, który uznaję za niezwykle udany. Pokroiłam truskawki (podobnie jak nektarynki) na małe kawałeczki, takie wielkości borówek mniej więcej. I to jest wyjście z sytuacji! Babeczki są wyraźnie owocowe, truskawkowe i nektarynkowe, lekko wilgotne  i zupełnie nie są rozmoczone.

Muffinki z truskawkami i nektarynkami

12 sztuk

300 g mąki

1 kopiata łyżeczka proszku do pieczenia

1 kopiata łyżeczka sody oczyszczonej

1 jajko

naturalna esencja waniliowa

200 g śmietany kwaśnej

około 50 ml mleka

ok 180 g cukru demerara

100 g oleju

około 120 g truskawek ( drobno pokrojonych)

1 niezbyt duża nektarynka  ( drobno pokrojona)

płatki migdałów do posypania z wierzchu i kilka łyżeczek cukru demerara

Wszystkie składniki oprócz owoców, cukru  do posypania i płatków migdałowych, wrzuciłam do robota. Zmiksowałam. Dodałam pokrojone owoce i lekko, ale bardzo dokładnie wymieszałam. Masę przełożyłam do formy na muffinki wyłożonej papilotkami. Każdą muffinkę posypałam płatkami migdałów i cukrem brązowym. Wstawiłam do nagrzanego wcześniej  do temperatury 200 stopni piekarnika. Zmniejszyłam moc piekarnika do około 180 stopni i piekłam, aż muffinki były wyrośnięte i złote z wierzchu. Sprawdziłam wtedy patyczkiem, był suchy po wyjęciu z muffinki, więc babeczki były gotowe.

Polecam 🙂

Basia

Muffinki borówkowe

komentarze 4

Pewnie nie napisałabym o tych muffinkach, gdyby nie pewien komentarz, tu na moim blogu.

Moja Córka twierdzi, że za dużo piszę o muffinkach i to jest nudne. Pewnie dla niektórych może być, zgadzam się…

Ale też są pewnie tacy, którzy wcale się tym nie nudzą. Niedawny, niezwykle sympatyczny  wpis od Nowej Fanki muffinek  sprawił, że postanowiłam jednak napisać po raz kolejny, tym razem o muffinkach z borówkami. Piekłam babeczki z tymi owocami już nie raz, bo je bardzo lubię! Zwykle dawałam sporo owoców i choć bardzo smaczne, te muffinki były mało trwałe. Przez swą sporą wilgotność dość szybko  traciły formę, więc szybko trzeba było je zjadać.

Kiedyś pijąc kawę w Coffeheaven spróbowałam sprzedawanych tam właśnie muffinek z borówkami. Wiadomo, że wypieki w gastronomii muszą być trwałe, co niestety często odbija się na smaku Te były jednocześnie smaczne, zwarte i całkiem owocowe.  Z pewnością wytrzymują w gablocie więcej niż jeden dzień. Przyjrzałam się im i postanowiłam upiec podobne.

Wyszły naprawdę fajnie, a Iza twierdzi, że są dużo lepsze niż te z Coffeeheaven 🙂

Jeśli jesteście muffinkowymi zjadaczami, jak ja, to spróbujcie, proszę!

muffinki z borówkami ( dla niektórych pewnie z jagodami…)


12 sztuk

260 g mąki pszennej

40 g mąki ziemniaczanej

2 jajka

szczypta soli

180 g cukru

cukier waniliowy

2 pełne ( z czubkiem) łyżeczki proszku do pieczenia

150 g mleka

100 g oleju

120 g borówek  mrożonych

kilka łyżeczek cukru brązowego do posypania muffinek

Zmiksować dobrze wszystkie składniki oprócz cukru brązowego i  owoców.

Gdy masa będzie wymieszana dodać borówki, mrożone owoce porozdzielać, żeby nie były zmrożone w jednej bryle, tylko luźne kuleczki. Wsypywać je i od razu lekko wymieszać, ciasto zabarwi się na niebiesko, a owoce będą pojedynczo zatopione w cieście.

Przełożyć masę do 12 papilotek, każdą muffinkę posypać brązowym cukrem (około 1/2-1 łyżeczki)

Piec w temperaturze 180 stopni, aż wyrosną i będą złoto-brązowe i trochę popękane z wierzchu. Sprawdzić patyczkiem, czy są upieczone i wyjąć z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Pierwsze truskawki i waniliowy krem mascarpone zamiast tortu

komentarze 2

Kiedy dziś w sklepie zobaczyłam truskawki, nie mogłam się im oprzeć.

Nie kupuję zwykle pierwszych truskawek, tych całkiem szklarniowych. Są niesmaczne, niesłodkie i niearomatyczne.

Te dzisiejsze jednak, wyglądały bardzo apetycznie i wiarygodnie!

Poza tym miałam w planie przygotowanie urodzinowego deseru mojemu Mężowi i truskawki do tego bardzo mi pasowały.

Niektórzy stwierdzą, że urodzinowy powinien być tort, nie deser.

Ale przecież tak niedawno mieliśmy pyszny tort, że lekki, kremowy deser będzie zupełnie na miejscu tym razem.

Zdecydowałam się na deser zainspirowany przepisem zaczerpniętym od Delii Smith. I wprawdzie przepis pochodzi z jej książki „Winter Collection”, to w gruncie rzeczy jest bardzo lekkim kremem zrobionym z serka mascarpone, żelatyny , śmietanki kremówki i jogurtu, który właśnie nadaje temu deserowi lekkości. Delia, jak przystało na zimową kolekcję, podaje ten krem z karmelem i karmelizowanymi orzechami laskowymi.

Do mojej wersji wiosennej dałam jedynie świeże truskawki. Część z nich włożyłam do kremu, kilkoma udekorowałam deser, a jeszcze część zmiksowałam z cukrem i zrobiłam sos do polania gotowego deseru, każdej porcji już na talerzyku.

Zapachniało niemal latem:-)

Waniliowy krem mascarpone

11 g żelatyny

150 g śmietanki kremówki

350 g jogurtu naturalnego

250 g serka mascarpone

75 g cukru

2 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

około 500g truskawek

Do  kubeczka wsypałam żelatynę i zalałam ja kilkoma łyżkami śmietanki kremówki.

Odstawiłam na około 10 minut, żeby napęczniała.

W garnku zagrzałam śmietankę z cukrem, rozpuściłam cukier i zanim zaczęło się gotować zdjęłam z kuchenki, włożyłam żelatynę i rozmieszałam dokładnie, a potem zostawiłam, żeby całość przestygła.

W misce robota miksowałam serek mascarpone, aż był gładki i miękki, dodawałam stopniowo jogurt, wanilię i masę śmietankowo- żelatynową.

W przygotowanej misce ułożyłam truskawki, wlałam część deseru, znów położyłam trochę truskawek i jeszcze warstwę kremu. Wierzch udekorowałam ładnymi truskawkami i wstawiłam do lodówki.

Ten deser miał zastąpić tort, dlatego zrobiłam go w całości w misce. Delia proponuje wyłożenie małych miseczek( np.: ramekinów) folią do żywności i napełnienie ich masą. Gdy się schłodzą trzeba je wyjąć z miseczek i położyć do góry nogami. Z mojego doświadczenia wynika, że ta folia nie jest niezbędna, okrojenie nożem wydaje się być zupełnie dobrym rozwiązanie. Mnie nawet ta folia utrudniła wyjmowanie pojedynczych porcji, kiedy pierwszy raz robiłam ten deser. I teraz już nie zawracam sobie głowy folią 🙂

Smacznego,

Basia

Babeczki z kremowymi czapeczkami

komentarze 3

Już jakiś czas nie zabierałam się za pieczenie muffinek i wyraźnie stęskniłam się za nimi.

Dziś miałam trochę więcej czasu, więc postanowiłam coś upiec.

Pomyślałam jednak, że zrobię coś innego troszkę, wprawdzie też babeczki, ale trochę inne.

Podoba mi się ta moda, która ostatnio  nas ogarnęła, moda na cupcakes, anglosaskie babeczki z czapeczkami z przeróżnych kremów. Uwielbiam muffinki  i uważam, że są urocze, a ten kolorowy, pyszny dodatek w postaci odrobiny maślanego czy twarożkowego kremu tylko dodaje im urody i odświętnego charakteru.

Od dawna myślałam, żeby coś takiego przygotować, jednak dopiero wczoraj, gdy zostałam poczęstowana taką babeczką domowego wypieku, sama zmobilizowałam się do tego.

Przygotowałam trochę mniej  ciasta niż zwykle na 12 sztuk, skoro babeczki mają mieć czapeczki, nie mogą same być zbyt wysokie.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.Do miski robota wrzuciłam mąkę z proszkiem, jajko, śmietanę, mleko, cukier, naturalną esencję waniliową, roztopione masło i wszystko wyrobiłam.

Do papilotek włożyłam porcje ciasta i upiekłam.

Gdy były gotowe, wyjęłam z piekarnika i całkiem wystudziłam.

Ubiłam mikserem kremowy serek, dodałam podczas ubijania syrop malinowy i cukier puder.

Masę z serka włożyłam do szprycy do dekoracji.

Wystudzonym babeczkom odcinałam delikatnie górną część, robiłam niewielkie zagłębienie i wkładałam  w nie około łyżeczki galaretki porzeczkowej. Następnie każdą babeczkę przykrywałam wcześniej odciętą z niej częścią.

Na koniec każdą babeczkę udekorowałam porcją kremu i na szczycie odrobiną galaretki porzeczkowej. Delikatnie posypałam kolorowym cukrowym maczkiem.

Fajnie wyszły.

Coś mi się wydaje, że rozpoczął się nowy rozdział w mojej muffinkowej aktywności 🙂

Babeczki z galaretką porzeczkową i kremową czapeczką

na 12 sztuk

200 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100 g masła roztopionego

100 g cukru

100 g śmietany  kwaśnej 18%

50 ml mleka

naturalna esencja waniliowa

mały słoiczek galaretki porzeczkowej (użyłam galaretki własnej roboty z czarnych i czerwonych porzeczek)

ok. 200 g serka kremowego, ja użyłam serka Turek kremowy, pakowanego po 125 g w prostokątne płaskie pudełeczka. Sam serek powinien być dość sztywny, żeby dodanie syropu nie rozrzedziło go zbytnio, uniemożliwiając dekorowanie nim babeczek. Turek w okrągłych opakowaniach ( np po 150 g)  jest raczej zbyt rzadki.

odrobina syropu malinowego (lub innego)

około 2 łyżeczki cukru pudru.

Smacznego,

Basia

Zupa z melona na sposób tajski

Brak komentarzy

Choć to zupełnie nie jest sezon na te owoce, ugotowałam właśnie zupę z melona.

A było tak: zostałam obdarowana żółtym melonem i zupełnie nie miałam na niego pomysłu.

Nie jest to mój ulubiony owoc, niestety. O ile uwielbiam melony Galia, aromatyczne i słodkie, te żółte są dla mnie raczej bez smaku.

Melon leżał sobie grzecznie w domu i czekał na swą kolej, która jednak ciągle nie nadchodziła…

Nie chciałam jednak, żeby się zepsuł, zaczęłam zastanawiać się, nad tym, co można z niego zrobić.

I tak właśnie wymyśliłam dzisiejszą zupę.

Komponując ją, wzięłam pod uwagę upodobania domowników.

Pomyślałam, że jeśli będzie trochę tajska w swym charakterze, to powinna zadowolić wszystkich.

Melona obrałam ze skóry, wycięłam gniazdo nasienne, pokroiłam miąższ na mniejsze kawałki i wrzuciłam do blendera. Zmiksowałam go dokładnie a następnie przelałam do garnka. Dodałam green curry paste, mleko kokosowe rozpuszczone w wodzie, bulion z kurczaka, rozdrobnione liście kafiru (bardzo aromatyczne, mocno  cytrynowe,  suszone liście  limonki, które można kupić w sklepach orientalnych,  a nawet w supermarketach- producent: firma Thai Heritage) i wszystko zagotowałam.

Przyprawiłam sosem rybnym, solą, dodałam rozmrożone wcześniej krewetki i sok z limonek.

Przygotowałam makaron ryżowy i już zupa była gotowa.

Zamiast krewetek, jeśli nie jesteście ich amatorami, można dać pokrojonego i uduszonego wcześniej kurczaka, można  też dać ugotowane na twardo jajko, ale można też niczego nie dodawać. Tak czy siak zupa jest pyszna! Jest trochę ostra, ale to można regulować ilością dodanej green curry paste.

Jeśli więc będziecie w posiadaniu melona i nie będziecie mieć pomysłu, co z niego zrobić, to polecam moją zupę!

Zupa z melona na sposób tajski

około 5 porcji

melon obrany ze skóry i pokrojony w kostkę, a potem zmiksowany dokładnie ( zmiksowany miąższ ważył  1000 g)

2 kopiate łyżki mleka kokosowego w proszku

200 ml wody

kostka bulionu z kurczaka

kopiata łyżeczka green curry paste

3 liście kafiru rozdrobnione na pył w moździeżu

kilka łyżek sosu rybnego

sól według uznania

500 g krewetek mrożonych pozbawionych pancerzy

sok z 1 limonki

natka pietruszki lub kolendra do posypania porcji

makaron ryżowy, przygotowany według przepisu na opakowaniu

Smacznego!

Basia

Marcowe ciasto z malinami

Brak komentarzy

Nadejście  kilku cieplejszych, wiosennych dni skłoniło mnie do wyjścia do ogrodu.

Szukałam śladów wiosny. Znalazłam rozkwitające przebiśniegi, wychodzące z ziemi, choć jeszcze mocno zwinięte, krokusy i tulipany.

Przechodząc obok zupełnie jeszcze śpiących krzewów malin przypomniałam sobie, że ciągle mam w zamrażarce sporo zamrożonych w zeszłym roku owoców. Jakoś mało ich zużyłam tej zimy, a przecież nim się obejrzymy przyjdzie lato i będą tegoroczne owoce. Trzeba koniecznie zużyć owoce z zamrażarki, żeby było w niej miejsce na nowe.

Wobec tego nie pozostało nic innego,  jak upiec ciasto z malinami!

Marcowe ciasto z malinami

120 g roztopionego masła

185 g  cukru demerara

3 jajka ( osobno żółtka i białka)

200 g mąki

1 kopiata łyżeczka proszku do pieczenia

250 g kwaśnej śmietany 18%

ok. 250 g mrożonych malin

cukier puder do posypania

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Do miski robota kuchennego włożyłam żółtka, cukier, masło i śmietanę i wszystko miksowałam, na gładką masę. gdy cukier się rozpuścił dodałam mąkę z proszkiem, wymieszałam i dodałam ubitą osobno pianę z białek i jeszcze wymieszałam.

Formę do pieczenia o średnicy 20cm wyłożyłam papierem do pieczenia, a boki wysmarowałam masłem.

Przełożyłam ciasto do formy, na wierzchu rozłożyłam owoce.

Wstawiłam ciasto do piekarnika i piekłam około 45 minut, zanim wyjęłam sprawdziłam patyczkiem, czy się upiekło.

Gotowe posypałam cukrem pudrem.

Ciasto było bardzo smaczne,  a najlepsze,  chyba niedługo po upieczeniu, takie jeszcze lekko ciepłe.

Po pierwszym kawałku mój Mąż oświadczył, że jest takie dobre, że zje całe, ale na szczęście ( dla reszty domowników) nie udało mu się to:-)

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress