Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Muffiny z bakaliami i pączki na Tłusty Czwartek

komentarze 4

Zbliża się Tłusty Czwartek, a ja nie zaplanowałam smażenia! Bardzo ostatnio cierpię na brak czasu, co widać również po częstotliwości moich postów.

Mam nadzieję, że choć Wam uda się  dotrzymać jutrzejszej, tłustoczwartkowej tradycji. Wprawdzie nie będę jutro smażyć pączków, ale Renacie i innym spragnionym przepisu na nie,  zaproponuję recepturę mojej Mamy. Ja nigdy nie czułam się mocna w pączkach, zresztą niewiele razy podchodziłam do tego tematu, więc trudno o perfekcję w takiej sytuacji.

Poniżej znajdziecie więc przepis na pączki.

Jeśli zdecydujecie się na wykorzystanie przepisu, to bardzo proszę o komentarze na ten temat, może wtedy i ja się zdecyduję na to przedsięwzięcie? Choćby nawet już w Poście!

A tymczasem upiekłam muffiny bakaliowe, takie małe keksy!

Bardzo smaczne wyszły, więc polecam.

Moja dzisiejsza wersja upieczona została z dodatkiem roztopionego masła, jeśli jednak zależy Wam na wypieku bardziej dietetycznym możecie spokojnie z niego zrezygnować.

Kiedyś zdarzyło mi się o nim zapomnieć, zorientowałam się dopiero wtedy, kiedy muffiny już były w piekarniku. Wyszły zupełnie fajne, biszkoptowe raczej. A według mojej Córki znacznie lepsze niż te z masłem. Zaryzykowała nawet stwierdzenie, że to najlepsze muffiny, jakie upiekłam! Nie wiem, ja chyba wolę te z masłem, są bardziej kruche.

Ale wybór należy do Was.

Zapraszam!

Keksowe muffiny bakaliowe

12 sztuk

250 g mąki

2 jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100g roztopionego masła

100ml mleka

50 ml śmietany kwaśnej ( jeśli nie planujecie masła, proponuję dać nieco więcej śmietany, np 100ml)

100g cukru

szczypta soli

naturalny olejek cytrynowy ( może być zamiast tego otarta skórka z cytryny)

250 g  w sumie: pokrojonych moreli, suszonych śliwek, suszonych jabłek, wiśni, orzechów.

Według uznania. Ja dałam trochę smażonej pigwy, o której tu kiedyś pisałam. Dzięki swemu kwaskowemu smakowi świetnie pasuje do innych, raczej głównie słodkich bakalii.

Nagrzałam piekarnik do około 190 stopni.

W misce szybko wymieszałam mąkę, jajka, proszek, mleko, śmietanę, cukier, roztopione masło, na końcu wrzuciłam bakalie i wymieszałam jeszcze raz. Do papilotek nakładałam porcję ciasta. Formę wstawiłam do piekarnika na około 20 minut. Gdy muffiny były złociste, sprawdziłam patyczkiem, czy są upieczone. Były gotowe, więc wyjęlam z piekarnika.

A smakoszom chrustu przypominam, że w zeszłym roku przy okazji Tłustego Czwartku pisałam o chruście według przepisu mojej Mamy. Ten przepis możecie znaleźć tutaj   http://www.rozkoszepodniebienia.com/?s=chrust

A oto przepis na pączki:-)

Pączki

1/2 kg mąki

50 g drożdży

50-80 g cukru

ok.1/4 l mleka

3 żółtka

1 jajko

sól

50 g masła

1 kieliszek alkoholu(wódka, brandy np)

skórka otarta z cytryny

i ew. sok z tej cytryny

powidła albo marmolada, chętnie z dodatkiem konfitury z róży.

smalec do smażenia

Zrobić rozczyn gęstości śmietany z drożdży, łyżeczki cukru i ciepłego mleka.

Po wyrośnięciu dodać wszystko oprócz masła. Wyrobić ciasto.

Gdy wyrobione, dodać masło i wyrobić z masłem.

Ciasto powinno być niezbyt gęste.

Zostawić do wyrośnięcia.

Gdy wyrośnie nabierać małe porcje ciasta, około 40 g, formować krążki , nakładać porcję marmolady i zaklejać dokładnie, układać na desce, czy stolnicy posypanej delikatnie mąką, zlepionym miejscem na spodzie.

Pozostawić jeszcze do wyrośnięcia.

Rozgrzać tłuszcz, sprawdzić ( najlepiej kładąc kawałek ciasta), czy jest odpowiednio gorący. Jeśli ciasto szybko wypłynie i zacznie się rumienić ( nie przypalać!!), znaczy że jest dobra temperatura.

Wyrośnięte pączki kłaść na tłuszcz górną stroną w dół. Pączki powinny swobodnie pływać. Przykryć i smażyć. Gdy się zrumienią od spodu, odwrócić i smażyć bez przykrycia.

Usmażone wyjąć na bibułę czy papier, a potem przełożyć na talerz i sporo posypać cukrem pudrem.

Wszystkim Łasuchom życzę smacznego Tłustego Czwartku!

Basia

Trochę pizza, trochę tarta

Brak komentarzy

Nie sądziłam, że to może być takie dobre!

Pizza z ziemniakami?!

Przekonał mnie do tego pomysłu  głównie kozi ser, który miał się tam znaleźć.

A przepis pochodzi ze wspomnianej przeze mnie niedawno książeczki  „101 comfort food classics”.

Żeby trzymać się receptury, postanowiłam wykorzystać gotowy  spód do pizzy. Kupiłam  spód do pizzy, w podobnej rolce, w jakiej kupuję ciasto francuskie, tego samego producenta zresztą. Pomyślałam, że skoro ciasto francuskie robi dobre, to jest szansa, że i ten spód będzie ok.

Ziemniaki dobrze umyte i nieobrane pokroiłam w plastry o grubości około ½ cm.

Gotowałam je w osolonej wodzie, aż były miękkie, ale ciągle trzymały się dobrze w plastrach.

W tym czasie nagrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Ziemniaki odcedzone pokropiłam oliwą wymieszana z  rozgniecionym czosnkiem.

Formę do pieczenia, u mnie to była ceramiczna prostokątna forma o wymiarach 30 x 23 cm wysmarowałam oliwą i wyłożyłam ciastem wywijając brzegi. Zużyłam około 2/3 opakowania ciasta.

Na cieście ułożyłam plastry ziemniaków, krążki czerwonej cebuli i pokruszony ser kozi,  a konkretnie dojrzewającą  roladę kozią. Posypałam obficie pieprzem, skropiłam jeszcze oliwą i wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Po około  10-15 minutach zauważyłam, że cebula zaczyna się przypiekać niebezpiecznie, więc przykryłam naczynie folią aluminiową i wstawiłam do piekarnika jeszcze na chwilę. W sumie piekło się około 25 minut.

Według mnie  to danie, to taka trochę pizza, a trochę tarta. Myślę, że to kwestia spodu, bo nie był on ewidentnie „pizzowy”. W każdym razie to niezwykle smaczne jedzenie! Doskonałe zarówno na gorąco, jak i przestudzone. Myślę, że pewnie można zrobić je również na francuskim spodzie i będzie równie pyszne.

Trochę pizza, trochę tarta z ziemniakami i kozim serem

około 300 g niedużych, nieobranych i  umytych ziemniaków pokrojonych w plastry o grubości 0,5 cm i ugotowanych w osolonej wodzie

około 100g  pokruszonego sera koziego dojrzewającego

1 czerwona cebula pokrojona w cienkie krążki

oliwa

2 rozgniecione ząbki czosnku

świeżo zmielony pieprz

cienki ( ok.0,5 cm grubości) gotowy spód do pizzy w rolce albo kruche ciasto, albo jakiś inny spód

Basia

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

komentarzy 5

Nie miałam wcale tego pisać, bo moja Córka stwierdziła, że to nudne! Ciągle te muffinki i muffinki. No więc trudno, jak nie,  to nie…

Ale tak się złożyło, że miałam okazję  poczęstować  czekoladową muffinką  Martę (wierną czytelniczkę tego bloga 🙂 ),  a ona właśnie poprosiła o przepis na nie, więc jednak napiszę!

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam w Almie wiśnie suszone, sprzedawane na wagę (nawiasem mówiąc nieprzyzwoicie drogie).

Zaraz wyobraziłam sobie ich smak i aromat… no i musiałam kupić choć trochę.

W drodze powrotnej do domu , jak to zwykle bywa z różnymi  właśnie kupionymi przysmakami, sięgałam do woreczka z wiśniami i podjadałam. Na szczęście trochę oszczędziłam!

Zaczęłam zastanawiać się,  do czego mogę ich użyć? Ale biorąc pod uwagę, że właśnie kończyły się już w domu poprzednie wypieki,  a jak już wspominałam nie lubię, gdy nie ma niczego słodkiego w domu, zdecydowałam się na upieczenie bardzo czekoladowych muffinek z wiśniami. Połączenie czekolady i wiśni, to przecież sprawdzone i udane połączenie. Tym razem również.

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

12 sztuk

250 g mąki

2 łyżeczki  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

czekolada gorzka pokrojona w małą kostkę

4 kopiate łyżki dobrego kakao

175 g cukru

250 ml mleka

80 g oleju roślinnego

1 jajko

garść suszonych wiśni

Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni.

W misce wymieszałam  mąkę, sodę i proszek, kakao, cukier, dodałam mleko, jajko i olej. Szybko  wymieszałam, nie przejmując się pozostałymi w cieście grudkami, dodałam pokrojoną czekoladę i wiśnie i szybko wymieszałam. Do papilotek ułożonych w muffinkowej blaszce nakładałam sporą porcję ciasta, całość tego co przygotowałam zmieściłam w  12 papierowych miseczkach.

Piekłam około 20 minut, sprawdziłam patyczkiem. Gdy patyczek był  czekoladowy tylko tam, gdzie natrafił na rozpuszczona czekoladę,  a śladów niedopieczonego  ciasta nie było na nim, wyjęłam muffinki z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Buchty

komentarzy 5

Ciasto drożdżowe  nigdy nie było moją mocną stroną.  Nigdy  też specjalnie nie lubiłam go jeść i  to pewnie dlatego  tylko parę razy  upiekłam  coś drożdżowego.  Moja Mama  w przeciwieństwie do mnie bardzo lubi i  często piecze ciasta drożdżowe.  Pamiętam z dzieciństwa,  pieczone przez nią buchty, takie bułki  nadziewane powidłami, które piecze się w jednej formie, blisko obok siebie poukładane. Przed pieczeniem polewa się je roztopionym tłuszczem, dzięki temu po upieczeniu bułki z łatwością oddziela się jedną od drugiej, mimo, że właściwie wydają się być „zrośnięte”. Akurat te drożdżowe bułki bardzo lubiłam!

Ostatnio właśnie sobie o nich przypomniałam i  „chodziły za mną” przez jakiś czas… Aż dziś postanowiłam je upiec.

Wyciągnęłam przepis , który podyktowała mi  kiedyś Mama  i zabrałam się  za pieczenie.

Buchty drożdżowe

około 15 sztuk w tortownicy o średnicy 26 cm

500 g mąki

2 jajka

200 g roztopionego masła, choć w Mamy przepisie była margaryna. Ja nie używam margaryny w ogóle.

Jakieś 20-30 g z tego masła trzeba zostawić do polania bułek z wierzchu

skórka otarta z jednej cytryny

wanilia ( dałam  naturalny ekstrakt z wanilii)

40 g drożdży

szklanka mleka ( dałam 220 g)

150 g cukru + łyżka do wyrośnięcia drożdży

spora szczypta soli ( pamiętam, że  moje pierwsze ciasto drożdżowe, dawno temu, upiekłam bez soli…Odtąd, choć nie piekłam,  bardzo dobrze pamiętam, że sól MUSI BYĆ!)

około pół małego słoika powideł, ja dodałam jeszcze do powideł śliwkowych trochę konfitury z róży

Drożdże rozkruszone wymieszałam z ciepłym mlekiem,  dodałam  łyżkę cukru i zostawiłam do wyrośnięcia.  Szybko wyrosły i dosłownie zaczęły „wychodzić’ z kubka!

Wtedy do miski wsypałam mąkę, cukier, sól, jajka, wlałam  mleko z drożdżami, dodałam wanilię, roztopione masło, dodałam skórkę z cytryny  i wyrobiłam dobrze. Zostawiłam w ciepłym miejscu na około godzinę, żeby wyrosło.

Formę wyłożyłam papierem do pieczenia na dnie, boki posmarowałam masłem.

Z ciasta formowałam  kulki, robiłam w nich dołek, w który wkładałam porcje powideł, zaklejałam i tą zaklejoną stroną  w dół układałam bułki w tortownicy.

Według mnie ciasto było trochę za rzadkie, trudno było formować bułki, a potem trochę się rozpływały w tortownicy. Myślę, że następnym razem dam nieco mniej mleka.

Gdy ułożyłam wszystkie, polałam masłem , głównie w te miejsca, gdzie bułki się ze sobą łącżą.

Piekłam około 30 minut. Z wierzchu bułki były dobrze przyrumienione, lekko brązowe raczej a nie złote. Wbiłam patyczek, żeby sprawdzić, czy są  gotowe.  Cudnie pachniało w całym domu! Córka powiedziała, że to zapach dobrej piekarni;-)

Nie mogliśmy się doczekać, aż wystygną całkiem i zabraliśmy się za próbowanie…

I w ten sposób w ciągu kwadransa  zniknęła połowa bułek!

Pyszne, polecam!

Basia

Tort kawowo-orzechowy z powidłami

komentarzy 7

No i mogę teraz już napisać!

Spotkanie się odbyło i tort został podany i  zjedzony:-)

(no nie cały, ale prawie …)

A było tak:  na dzisiejsze miłe spotkanie z Koleżankami , zorganizowane z niezwykle sympatycznej okazji , przygotowałam tort.

Chciałam, żeby był naprawdę dobry…

Postanowiłam zrobić coś, co ostatnio sprawdziłam i uważam, że jest godne uwagi.

To jest propozycja z najnowszej książki Nigelli „Kitchen”, ale jednak  zmodyfikowana. A właściwie – nie bójmy się tych słów-  według mnie po prostu ulepszona.

Oryginalnie to jest tort kawowo-orzechowy, z włoskich orzechów.

Ciasto jest naprawdę fajne, ale z doświadczenia już wiem, że dodanie dwukrotnie większej ilości  orzechów i kawy czyni je znacznie bardziej wyrazistym i konkretnym. Tym razem natomiast postanowiłam zastąpić orzechy włoskie laskowymi. To zdecydowanie nie powinno tortu zepsuć.

Nie zdecydowałam się też na zrobienie masy według oryginalnego przepisu, bo z opisu nie wyczułam, żeby była wystarczająco interesująca. A intuicja przecież jest bardzo ważna w gotowaniu!

Wolałam dać sprawdzoną masę, której jestem wierną fanką, autorstwa mojej Cioci z Londynu.

I tak powstał tort na dzisiejszą okazję.

Tort kawowo-orzechowy przekładany masą kawowo-czekoladową

na tortownicę o średnicy około 26 cm (co najmniej kilkanaście kawałków tortu)

ciasto:

150 g orzechów laskowych mielonych

330 g cukru

330 g masła miękkiego

300 g mąki

6 jajek

10-12 łyżeczek kawy rozpuszczalnej espresso ( niegranulowanej)

Jeśli jednak nie macie takiej, tylko granulowaną, trzeba ją rozpuścić w mleku

30-45ml mleka

3 ½  łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

W robocie kuchennym zmiksowałam orzechy i  cukier, dodałam miękkie masło, mąkę, proszek i sodę, kawę, mleko i jajka i miksowałam na gładką masę.

Tortownice wyłożyłam papierem do pieczenia, boki posmarowałam masłem. Masę podzieliłam na 2 części, jedna z części wlałam do tortownicy, wyrównałam  i piekłam w temperaturze około 150-160 stopni przez około 40 minut, aż patyczek wbity w ciasto wychodził suchy.

Po upieczeniu jednej części to samo zrobiłam z drugą. Jeśli macie dwie tortownice o tej samej średnicy, można piec razem oczywiście. Ja nie mam takich samych, niestety.

Upieczone placki wystudziłam, a kiedy wystygły,  przekroiłam każdy na dwie części.

masa:

2 jajka

2 żółtka

260 g cukru

5 łyżek czekolady rozpuszczalnej ( ja dałam Nesquick)

1 ½ łyżki kakao

½ filiżanki mocnej zimnej kawy

alkohol ( według uznania, ja dałam około 3 łyżek brandy)

2 ½ kostki masła

Jajka ubiłam z cukrem na pianę. Osobno ubiłam miękkie masło.

Do masła stopniowo, po łyżce,  dodawałam masę jajeczną, kakao, czekoladę, kawę, alkohol.

Każdy placek smarowałam najpierw powidłami śliwkowymi i morelowymi (produkcji mojej Mamy, oczywiście) a następnie dawałam warstwę masy. I tak kolejno każdy placek. Do jednej z warstw masy  dodałam też około ½ tabliczki czekolady, drobno pokrojonej. Po prostu posypałam nią posmarowany placek, zanim położyłam kolejny.

Wierzch i boki posypałam wiórami z gorzkiej czekolady.

Pomysł z dodaniem powideł, jest według mnie bardzo dobry. Kwaskowa nuta w torcie sprawia, że nie jest on nudno-słodki. Zapamiętałam ten sposób urozmaicenia tortu z czasów, kiedy co roku mój Tata dostawał  na imieniny tort, zrobiony przez znajomą  Rodziców. Doskonale pamiętam, że tamte torty stanowiły dla mnie co roku niebywałą przyjemność. A teraz sama  piekąc, nigdy nie zapominam o warstwie powideł w torcie.

Zanim  podałam tort Gościom musiałam jednak zrobić zdjęcia, mając na uwadze opisanie go.

Zaplanowałam podać  kawałki tortu posypane  soczystymi ziarnami granatu, tak jak na zdjęciu.

Niestety,  zapomniałam w ostatniej chwili o zabraniu ich ze sobą…

Szkoda, bo sprawdziłam już, że to jest ciekawe połączenie.

Spróbujcie kiedyś!

Smacznego ,

Basia

Ryż z makaronem po arabsku

komentarze 2

Pisząc niedawno  o kurczaku tandoori, do którego  na kolację podałam  ryż z makaronem, obiecałam kiedyś więcej   o tym napisać.

To pewnie dla niektórych dziwnie brzmi: …ryż z makaronem.

W rzeczywistości to bardzo ciekawa alternatywa dla „zwykłego” ryżu i całkiem  interesujące  jego  nowe wcielenie.

Dla mnie jednak nie takie nowe, bo to kolejna,  zaimportowana przed laty  z Egiptu potrawa.

Po arabsku to roz bi shi’riyya, ryż ugotowany wraz z podsmażonym wcześniej na oleju cieniutkim makaronem nitki.

Pamiętam, że gdy pierwszy raz go jadłam w kairskiej restauracji, podano go z pysznie przyrządzonymi drobiowymi wątróbkami.

Przygotowanie takiego ryżu jest niezwykle proste. I właściwie jest tylko jeden krytyczny moment,  czyli smażenie makaronu. Trzeba go wystarczająco długo smażyć, żeby był odpowiednio brązowy i jednocześnie na  tyle wcześnie to smażenie przerwać, żeby makaron się nie przypalił.

W wysokiej temperaturze, w jakiej ten proces przebiega, dość  jeszcze długo po zdjęciu z ognia ciągle trwa smażenie i wtedy może właśnie się makaron przypalić. Dlatego trzeba dobrze wyczuć moment zdjęcia smażącego się makaronu z ognia. Poza tym,  żadnych problemów nie przewiduję.

Roz bi shi’riyya ( ryż z makaronem typu nitki )

2 filiżanki ryżu ( dałam  zupełnie zwykły,  długoziarnisty)

spora garść makaronu nitki

3-4 łyżki oleju

sól (według uznania)

4 filiżanki wody

W rondlu z dość grubym dnem rozgrzałam olej.

Gdy był gorący wrzuciłam do oleju makaron. Ciągle go mieszając  smażyłam aż  zrobił się ciemnobrązowy, ale jeszcze nieprzypalony.  Wtedy dodałam  ryż i zamieszałam. W gorącym tłuszczu ryż zaraz się zaczął prażyć. Jednak żeby nie przypalić ciemnego już makaronu, przerwałam  to prażenie dodając wodę. Posoliłam i doprowadziłam do wrzenia, a potem zmniejszyłam moc gotowania do minimum, po chwili przykryłam i zostawiłam, aż ryż wchłonął całą wodę i był gotowy do jedzenia.

Taki ryż można podawać  właściwie do wszystkiego, … a ja go najbardziej lubię solo:-)

Polecam!

Basia

Pierniki bożonarodzeniowe c.d.

Brak komentarzy

Pierniki upieczone!

Strasznie mało mam ostatnio czasu, niestety. Chętnie pisałabym częściej, ale zupełnie nie mam kiedy.

Całe szczęście, że chociaż w weekend to jest możliwe:-)

Udało mi się dziś wreszcie upiec pierniki. Koniecznie chciałam zrobić to na początku grudnia, bo one muszą mieć przecież czas, żeby zmięknąć! Dwa lub trzy tygodnie są zdecydowanie niezbędne, żeby na święta pierniki były przyjemnie miękkie.

Odpoczywające od paru tygodni ciasto  na pierniki podgrzałam, żeby ułatwić jego wyrabianie. Wstawiłam miskę na parę minut do kuchenki mikrofalowej na pełną moc, po chwili ciasto było ciepłe, ale nie gorące.

Roztopiłam masło i wlałam do ciasta, wyrobiłam ręką,  dodałam sodę oczyszczoną i jajka i dalej wyrabiałam. Trwało to chwilę, nie ukrywam, że ręka zaczęła mnie boleć od tego wyrabiania.

Dodałam trochę wody, bo ciasto wydawało się dość twarde.  Biorąc pod uwagę, że było przy tym jeszcze ciepłe, trzeba było koniecznie je rozluźnić nieco. Nie pamiętam dokładnie ile dałam wody, ale pewnie około filiżanki w sumie.

Wyrobione ciasto było gładkie, lśniące i pachnące!

Wprawdzie nie było bardzo słodkie( był w nich tylko miód, który dodałam do mąki nastawiając ciasto), ale nie dosładzałam go więcej, przecież pierniki będą lukrowane słodkim lukrem, albo smarowane czekoladową polewą, również słodką.

Gotowe ciasto rozwałkowałam na stolnicy na  grubość około 0,7- 0,8 cm, odrobinę podsypując mąką.

Wykrawałam  małe pierniczki foremkami , a duże po prostu nożem, jak zwykle.

W nagrzanym piekarniku do około 180 stopni piekłam pierniki na papierze do pieczenia rozłożonym na blasze.

Pierwsze niestety troszkę zbyt mocno przyrumieniłam, ale tak zwykle bywa u mnie  z pierwszą partią.

Pierniki muszą być  tylko troszkę  przyrumienione i jeszcze odrobinę miękkie, kiedy się je wyjmuje z piekarnika.

Wyjęłam je i ułożyłam na płaskich tacach i deskach kuchennych.  Bardzo ważne, żeby pierniki wystygły na całkiem płaskiej powierzchni, żeby nie powyginały się.

Do jutra będą stygły, a jutro włożę je do pudełka metalowego i zostawię, żeby miękły  sobie spokojnie. A tuz przed Wigilią będziemy je lukrować i zdobić!

Ale będzie wtedy zabawa 🙂

Basia

Pierniczki bożonarodzeniowe

przygotowane przed paroma tygodniami i dojrzewające do dziś ciasto na pierniki, o którym pisałam tu 20 listopada ( 1 kg mąki żytniej razowej drobnozmielonej , około kilograma miodu, 2 opakowania przyprawy do pierników Kamis).

375 g masła roztopionego

2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

3 jajka

około filiżanki wody

Ciasto potrójnie śliwkowe

Brak komentarzy

Tej jesieni  nie upiekłam ani jednego ciasta ze śliwkami! To aż nieprawdopodobne!

Stwierdziłam więc, że muszę się trochę zrehabilitować.

Właśnie skończyły się w domu wszystkie poprzednie wypieki i zaniepokoiłam się , że zostanę bez żadnego ciasta. Tak więc czas na pieczenie był właściwy!

Nie szukałam żadnych przepisów, miałam ochotę na jakąś improwizację .

I w efekcie zrobiłam ciasto potrójnie śliwkowe.

Wprawdzie nie było w nim świeżych śliwek, były za to śliwki suszone, śliwki z takiej korzennej, delikatnie octowej i słodkiej  marynat  produkcji mojej Teściowej, oraz powidła śliwkowe produkcji mojej Mamy. Miały być  też orzechy, ale mimo, że je przygotowałam  ,  w rezultacie zapomniałam  je do ciasta wrzucić:-)

Z mąki, szczypty soli i proszku do pieczenia, jajek,  cukru demerara, śmietany, mleka i esencji pomarańczowej zrobiłam ciasto. Wymieszałam wszystkie składniki łyżką, choć z  pewnością można to zrobić również  mikserem.

Do ciasta dodałam pokrojone śliwki suszone i  połówki  marynowanych śliwek, wymieszałam wszystko.

Dno tortownicy o średnicy około 22cm wyłożyłam papierem do pieczenia, a boki posmarowałam masłem.

Do tortownicy przełożyłam około połowy masy. Na tej warstwie położyłam powidła  rozsmarowane tak, żeby nie dotykały brzegu. Nie chciałam, żeby się zaczęły przypalać.

Na warstwie powideł położyłam druga część ciasta.  Wyrównałam wierzch i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego wcześniej do około 180 stopni.

Piekłam około 40 minut, kiedy patyczek wbity do ciasta był suchy po wyjęciu, wyciągnęłam ciasto z piekarnika.

Posypałam z wierzchu cukrem pudrem.

Ciasto było przyjemnie wilgotne, to chyba dzięki zarówno owocom, jak i powidłom w środku.  Marynowane śliwki dawały przyjemny korzenny aromat. Ale jeśli nie macie takiego rodzaju marynaty, to na pewno można dać do tego ciasta połówki śliwek z kompotu, byle nie rozgotowane. Choć  teraz pewnie nie robi się już kompotów na zimę, jak dawniej, ale może są jednak jeszcze takie domy, gdzie

przyrządza się tego rodzaju przetwory?  A jeśli nie znajdziecie niczego w tym rodzaju, to zawsze można dać więcej suszonych śliwek, albo jakieś inne owoce z kompotu, na przykład brzoskwienie, czemu nie ?

Smacznego,

Basia

Ciasto potrójnie śliwkowe

300g mąki

szczypta soli

2 jajka

150g cukru demerara

150g masła roztopionego

150g śmietany

50ml mleka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

naturalna esencja pomarańczowa

śliwki suszone( bez pestek ) garść lub według uznania

powidła śliwkowe ( domowe, około 2/3  słoiczka, ale można trochę więcej)

śliwki w delikatnej słodkiej zalewie octowo-korzennej ( domowe),  pół słoiczka tzw. dżemowego

cukier puder  do posypania z wierzchu

Hiacynty i pierniki

komentarze 2

Kiedy kończy się zima, ale wiosny jeszcze nie widać zbyt dobrze,  często kupuję  pojawiające się wtedy w sprzedaży hiacynty. To są właściwie cebule hiacyntów z nieśmiało wychodzącymi dopiero pąkami kwiatów.

Kupuję kilka naraz, sadzę je w doniczkach i stawiam na oknie w kuchni. Na bieżąco obserwuję, jak kwiaty rosną i rozkwitają. Chcę w ten sposób wywołać wiosnę. Często bywa tak, że kilka razy pod rząd na parapecie dojrzewają hiacynty, a wiosny wciąż nie ma… Ja natomiast mam potem mnóstwo przekwitniętych  cebul hiacyntowych!

Kiedy już jest prawdziwa wiosna, zwykle sadzę je w ogrodzie. Chyba że coś przeszkodzi  mi w tym, albo po prostu zapomnę .

Tak właśnie było w tym roku, i w rezultacie cebule przeleżały całe lato na tarasie,… aż w okolicy września zaczęły puszczać nowe pędy!

Zmiłowałam się wtedy nad nimi i posadziłam je w donicy.

A one  tak się odwdzięczyły właśnie:

Ostatnie ciepłe i słoneczne dni ( zupełnie jakby nielistopadowe) nastrajają pozytywnie. Jakoś trudno uwierzyć, że za chwilę będzie już grudzień. A skoro grudzień, to i Święta. No i  przygotowania do Świąt!

Właśnie! Muszę przecież już  nastawić ciasto na pierniki, żeby miało czas dojrzeć. Ale o tym napiszę  innym razem.

Na pewno zaraz na początku tygodnia musze kupić  mąkę i miód i zrobić ciasto.

A tymczasem, na prośbę mojej Córki,   upiekłam piernikowe muffiny.

Muffiny piernikowe

na 12 sztuk

250 g mąki

2 płaskie łyżeczki przyprawy do pierników

90 g oleju

150g miodu

łyżeczka sody oczyszczonej

1duże lub 2 małe jajka

100g kwaśnej śmietany ( dałam 12%)

powidła śliwkowe

2 łyżki cukru muscovado

mała płaska łyżeczka cynamonu

garść orzechów włoskich grubo posiekanych

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Do miski wsypałam mąkę, przyprawę do pierników, sodę, dodałam jajka, olej i podgrzany miód.

Dodałam śmietanę i wymieszałam całość dokładnie.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki, do każdej włożyłam trochę ciasta i zrobiłam małe zagłębienie, w które   następnie włożyłam łyżeczkę powideł, a następnie powidła przykryłam znów ciastem. W miseczce wymieszałam muscovado z cynamonem i orzechami. na wierzchu każdej muffinki położyłam łyżeczkę tej mieszanki. Wstawiłam do piekarnika na około 20 minut. Gdy patyczek wbity w muffinki po wyjęciu był suchy, wyjęłam je z piekarnika.

Trzeba uważać  sprawdzając patyczek,  bo można to  błędnie odebrać,   kiedy jest  mokry  od powideł, a nie z nieupieczenia 🙂

Zamiast cukrowo-cynamonowej posypki można muffinkom zrobić też  „czapeczkę” z czekolady.

Te muffinki są dość mało słodkie, więc czekolada im  z pewnością nie zaszkodzi, a do powideł można dodać  konfiturę z róży.

I ja tak właśnie  zrobię następnym razem!

Smacznego,

Basia

Tarta z karmelizowaną cebulą

1 komentarz

Znalazłam w lodówce pudełko ricotty, którą kupiłam kilka dni temu  i zupełnie o niej zapomniałam.

Kiedy się natknęłam dziś na nią, to od razu  zaczęłam zastanawiać się, do czego jej użyć?

I wtedy wpadł mi ten pomysł do głowy: tarta z ricottą, karmelizowaną cebulą i orzechami.

Moja Rodzina bardzo lubi cebulę w różnych postaciach, a taką karmelizowaną szczególnie.

Zaczęłam więc od przygotowania wspomnianej cebuli. Pokroiłam ją na cienkie dość krążki.

Rozgrzałam  na patelni oliwę z masłem, a następnie wrzuciłam cebulę. Dusiłam chwilę, aż się zeszkliła, dodałam ocet balsamiczny, sól, cukier, creme de cassis, pieprz i dalej dusiłam, uważając żeby się nie przypaliło. Dolałam nieco wody , zmniejszyłam  płomień i zostawiłam, żeby dalej się dusiło. Po około godzinie wyłączyłam, kiedy była miękka i ciemnobrązowa, ale oczywiście nieprzypalona!

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Naczynie do zapiekania wysmarowałam delikatnie olejem,  a następnie wyłożyłam na nie ciasto francuskie. Wymieszałam ricottę i rozłożyłam ja równą warstwą na cieście. Nie soliłam jej,  bo zaplanowałam wierzch posypać utartym serem, ale jeśli lubicie dobrze posolone, to być może powinniście ricottę najpierw odrobinę posolić i wymieszać i  dopiero kłaść na cieście.

Na serze położyłam warstwę cebuli, dałam świeżo zmielony pieprz, grubo połamane orzechy włoskie, a na końcu położyłam warstwę utartego sera cheddar.

Wstawiłam naczynie do piekarnika i zmniejszyłam  temperaturę do 180 stopni.

Piekłam około pół godziny,  a kiedy brzegi się zrobiły złociste i zaczął rumienić się ser, wyjęłam gotową tartę z piekarnika.

Tarta z karmelizowana cebulą, ricottą i orzechami

opakowanie ciasta francuskiego mrożonego ( 275 g)

4 spore cebule

2 łyżki oliwy + łyżeczka masła

sól

łyżeczka cukru demerara

2 łyżi creme de cassis

2 łyżki octu balsamicznego

opakowanie ricotty ( 250 g)

około 60 g sera cheddar

garść orzechów włoskich

pieprz

Smacznego.

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress