Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Bakłażan z fetą

Brak komentarzy

Jestem wielką miłośniczką bakłażanów. Kiedy byliśmy w Grecji wyszukiwałam dań z nimi, żeby podpatrzeć coś i zaimportować do mojej kuchni.

Bo bakłażany kojarzą mi się z Grecją, albo może raczej z krajami bałkańskimi w ogóle.

Poza musaką, o której Wam pisałam, jadłam tam wyśmienitą sałatkę-dip, właściwie trudno określić, co to było, ale było z bakłażana. W karcie było w grupie sałatek.

Było to coś w rodzaju przystawki jedzonej  z pieczywem. Niestety, nie ma zwyczaju podawania pity. Miałam nadzieję, że w Grecji będzie ją można spotkać niemal wszędzie, a okazało się, że nie było jej w żadnej tawernie czy restauracji, w której byliśmy. Do wszystkiego podawano zwykle bezsmakowe jasne pieczywo.

Ale wracając do  dania z bakłażana, jest to niezwykle prosta receptura. I choć nie powiedziano mi jak dokładnie zrobiono to danie, sama w domu przygotowałam bakłażana w ten sposób, wiedziona intuicją i zapamiętanym smakiem.

To zapewne był bakłażan upieczony w  piekarniku (piecu),  potem pozbawiony skóry, a wreszcie rozdrobniony widelcem i wymieszany z utartą ( rozgniecioną drobno) fetą. Tak właśnie go zrobiłam. Przyprawiłam całość czosnkiem, sporą ilością pieprzu, odrobiną octu winnego i oliwą.

Podałam w charakterze przystawki wraz z miską egipskiego baba ghannoug (albo  jeśli wolicie baba ghannoush) i tzatziki.

Do tego były małe grzaneczki z bagietki, no bo też nie miałam pity.

Ale następnym razem przygotowując bakłażana w ten sposób, po prostu upiekę pitę sama  🙂

Bakłażan z fetą


1 duży bakłażan

100 g fety

oliwa extra vergine

pieprz

sól ( uwaga-feta jest słona)

ocet winny

rozgnieciony spory ząbek czosnku

Bakłażana włożyłam do piekarnika rozgrzanego do ok.250 stopni i piekłam przez około godzinę. Gdy wystygł, oddzieliłam miąższ od skóry i rozdrobniłam widelcem.

Dodałam utartą na grubej tace fetę oraz resztę składników i wymieszałam.

Smacznego,

Basia

P.S. Od chwili, kiedy napisałam ten post, minęło kilka dni. Nie mogłam go zamieścić, bo miałam problem z zamieszczeniem zdjęcia. W międzyczasie zrobiłam bakłażana z fetą po raz kolejny, tym razem upiekłam pitę do niego 🙂

Znalazłam przepis w internecie, bo w żadnej z moich książek nie było receptury na pitę.

Przepis jest zupełnie w porządku. Dałam następujące składniki:

750 g mąki ( miały być 3 filiżanki )

9 gr suchych drożdży ( miało być 7 gr, ale nie byłam pewna, czy filiżanka mąki to nie mniej niż 250 g, stąd wolałam dać trochę więcej drożdży)

375 ml ciepłej wody ( bo miało być 1,5 filiżanki)

jakieś 2-3 łyżki oliwy

2 łyżeczki cukru

łyżeczka soli

Drożdże rozpuściłam w ciepłej wodzie, gdy zaczęły pęcznieć przelałam je do miski robota. Wsypałam mąkę i resztę składników. Wyrabiałam przez kilka minut, aż zrobiła się kula.

Przykryłam ciasto ściereczką i zostawiłam w ciepłym miejscu.
po około 2 godzinach, gdy ciasto powiększyło swą objętość co najmniej dwukrotnie, a chyba jednak nawet trzykrotnie,  wyjęłam je i uformowałam z niego wałek. Pokroiłam wałek na chyba 15 kawałków. Każdy kawałek rozwałkowałam na grubość około 1 cm. Placki o średnicy około 12 cm ułożyłam na blasze wyłożonej papierem do pieczenia. Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do około 200 stopni i piekłam przez około 10-15 minut. Gdy chlebki wyrosły i bardzo lekko się zarumieniły z brzegu,  nakłułam widelcem i wyjęłam je.

Taka pita, do doskonały dodatek do tej pasty z bakłażana, do hummusu, tzatziki i innych dipów. Polecam!

Basia

Malinowe semifreddo

Brak komentarzy

Wprawdzie uważam, że lody można jeść zawsze i wszędzie, to jednak lato sprzyja im bardziej niż innym porom roku.

Dlatego wymyślając menu na spotkanie z Przyjaciółmi, postanowiłam po raz pierwszy zrobić semifreddo!

Nigdy do tej pory nie zastanawiałam się nad zrobieniem takiego deseru i pewnie dlatego, zupełnie błędnie, wydawało mi się, że to jest trudne.

Nic takiego!  Semifreddo malinowe, które podpatrzyłam w „The Silver Spoon”, to deser jednocześnie prosty w wykonaniu i bardzo pyszny.

Potrzeba do niego tylko jajek, cukru, śmietanki kremówki i malin. Czyż może być coś prostszego, zatem?

„The Silver Spoon” ma wadę, o której wspominałam Wam już, choć ma mnóstwo przepisów, ma jednocześnie bardzo mało zdjęć! A ja tak lubię przepisy, których potwierdzeniem są zdjęcia… Zawsze więc, w książkach kucharskich, szukam takich właśnie zestawów.

No i tak się szczęśliwie złożyło, że malinowe semifreddo, na które miałam właśnie ochotę, było zaopatrzone w zdjęcie.

Przystąpiliśmy do pracy, ja i Mąż, który tym razem dzielne mi pomagał.

Malinowe semifreddo

6 jajek

250 g cukru

750 ml śmietanki

450 g malin

Używając robota ubiliśmy jajka z cukrem. W oryginalnym przepisie trzeba ubić jajka z cukrem w gorącej kąpieli, a kiedy zgęstnieje masa, ubijać dalej, już bez kąpieli, aż masa wystygnie. My najpierw robotem ubijaliśmy masę przez dobrą chwilę, aż cukier się rozpuścił i masa podwoiła co najmniej objętość. Potem dalej ubijana w gorącej kąpieli jeszcze powiększyła swoją objętość, wreszcie ubijając dalej pozwoliliśmy jej wystygnąć.

Osobno ubitą na sztywno śmietankę dodaliśmy do masy jajeczno-cukrowej, ciągle ubijając. W misce rozgniotłam pałką maliny. Wprawdzie oryginalny przepis przewidywał ich 250 g, ale po dodaniu takiej właśnie ilości masa zupełnie nie przypominała tej na zdjęciu, klasyczny przykład, że do zdjęcia robi się zupełnie co innego, niż podaje w recepturze (kolejny minus dla „The Silver Spoon”!). W związku z tym, że chciałam, żeby było dobrze widać maliny w deserze, postanowiłam dać malin więcej niż w przepisie, stąd moje 450 g.

Wymieszaną masę jajeczną z ubitą śmietanką i dodatkiem rozgniecionych i dobrze wymieszanych malin, przełożyłam do wyłożonych folią spożywczą keksówek, jednej większej, drugiej mniejszej. Przelałam masę, przykryłam folią z wierzchu i wstawiłam do zamrażarki.

Następnego dnia, na dobrą chwilę przed podaniem, wyjęliśmy semifreddo z zamrażarki.

Wprawdzie masa dość szybko rozmarza, ale dodatek malin, pełnych wody, sprawia, że momentami, w środku, masa jest mocno zmrożona. Trochę czasu w temperaturze pokojowej jej nie zaszkodzi 🙂

Książka kucharska przewidziała podaną wyżej ilość semifreddo, jako porcję dla kilku osób, według mnie to jednak jest porcja dla kilkunastu osób!!

Ja przygotowałam jeszcze sos do tego deseru, sos-mus malinowy. Garść malin  zmiksowałam z cukrem i potem przetarłam przez sito (tym razem proporcje „na oko”, przepraszam…) . Sosem polałam deser, ozdobiłam kilkoma malinami i listkami mięty.

Naprawdę warto spróbować!

Pyszne niezmiernie… 🙂

Basia

Pomidory z chrupiącymi czapeczkami :-)

komentarze 3

Uwielbiam pomidory o tej porze roku. Mają taki piękny zapach, są soczyste i aromatyczne. Takie prawdziwe pomidory!

Szkoda, że lato trwa tak krótko…. i nie tylko ze względu na pomidory 🙂

Greckie pomidory, które jeszcze całkiem niedawno jadłam będąc w Grecji, były absolutnie fantastyczne, zresztą wspominałam Wam już o tym, pisząc o sałatce greckiej.

Muszę jednak sprawiedliwie przyznać, że te nasze też są teraz całkiem niczego sobie!

Najlepsze pomidory to, podobnie jak maliny i truskawki, świeże i jedzone na surowo.

Ale też warto z nich coś ugotować. Albo upiec.

Co myślicie o pomidorach z pyszną chrupiącą czapeczką?

Pomidory zapiekane z parmezanową czapeczką

8 niedużych pomidorów (o średnicy około 6 cm)

oliwa do wysmarowania naczynia

50 g parmezanu

50 g bułki tartej

50 g oliwy

pieprz

garść listków oregano (ale jeśli wolicie bazylię, to również świetnie się tu sprawdza)

rozgnieciony spory ząbek czosnku

ewentualnie inne przyprawy, jeśli takie lubicie

Z pomidorów odcięłam równo górną część, jakby kapelusik, o wysokości ok. 1 cm, ułożyłam pomidory w wysmarowanym naczyniu do zapiekania.

W misce wymieszałam bułkę tartą z parmezanem, oliwą , czosnkiem, pieprzem i listkami oregano.

W dłoniach formowałam kulki i lekko zgniatając je układałam na górze pomidorów robiąc im jakby czapeczki w miejscu odciętej górnej części.

Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do około 180 stopni. Piekłam około 30 minut, w międzyczasie zmniejszyłam temperaturę do 150 stopni, bo czapeczki zaczęły się niebezpiecznie rumienić. Wyjęłam, kiedy czapeczki były mocno złociste i  przypiekły się z wierzchu tworząc chrupiącą skorupkę.

Takie pomidory mogą być dodatkiem do jakiegoś mięsa (u mnie był filet z kurczaka pokrojony w paski, zamarynowany w gęstym  jogurcie bałkańskim z dodatkiem przyprawy garam masala, kminu rzymskiego, chili, czosnku i odrobiny soli, a potem usmażony na patelni), ale można też je podać na przykład na przystawkę.

No i oczywiście można po prostu takie pomidory zjeść solo 🙂

I takie właśnie lubię najbardziej!

Polecam,

Basia

Zupa z cukinii i szpinaku

komentarze 2

Zaczęły dojrzewać nasze ogrodowe cukinie. Wygląda więc na to, że przechodzimy na dietę cukiniową 🙂

W zeszłym roku musiałam wykazywać się sporą kreatywnością w zakresie przygotowania dań z cukinii i pewnie tak też będzie w tym sezonie.

Zaczynam od zupy.

Dziś ugotowałam zupę z cukinii z dodatkiem szpinaku.

Ten szpinak zastosowałam głównie ze względów kolorystycznych. Cukinia, mimo swej zielonej skórki, jest raczej blada i  z pewnością po zmiksowaniu taka byłaby zupa z cukinii.

Dodanie szpinaku, dosłownie na sekundy, podczas gotowania pozwoliło na uzyskanie obłędnie soczyście zielonego koloru tego dania.

Myślę, że i smak zupy skorzystał na tym dodatku.

Spróbujcie, proszę 🙂

Zupa z cukinii i szpinaku

porcja dla 3-4 osób

1 średnia zielona cukinia pokrojona drobno

1 spory ziemniak pokrojony drobno

1 cebula pokrojona drobno

około 100 g mrożonego szpinaku, oczywiście można dać świeży, ja akurat  nie miałam takiego w domu

oliwa do podsmażenia cukinii

2 ząbki czosnku

sól

pieprz

ocet winny

oliwa extra vergine dodana do gotowej już zupy

kilka liści świeżej bazylii do zmiksowania i kilka do przybrania

utarty ser Bursztyn do posypania gotowego dania

Na patelni rozgrzałam oliwę i podsmażyłam rozgnieciony czosnek, cebulę i cukinię uważając, żeby się nie przypaliły, dodałam trochę wody do duszących się warzyw. W tym czasie ziemniak gotował się w osolonej wodzie.

Odcedzony, miękki ziemniak włożyłam do duszącej się cukinii z cebulą, dodałam szpinak i dosłownie przez chwile tylko dusiłam, aż szpinak rozmroził się.

Warzywa przełożyłam do blendera, zmiksowałam wszystko dodając jeszcze kilka liści bazylii. Dodałam trochę wody, żeby uzyskać właściwą konsystencję zupy. Doprawiłam solą, cukrem, octem winnym, oliwą extra vergine.

Gotowe danie przed podaniem posypałam utartym serem Bursztyn.

Jeśli nie znacie tego sera, to muszę Wam powiedzieć, że warto spróbować go, bardzo fajny ser, taki trochę podobny w smaku do Oldamsterdamera (i też ma czarną skórę z wierzchu 🙂 )

Smacznego,

Basia

Jagodzianek czyli placek z borówkami

Brak komentarzy

Od razu się przyznaję, że miały być jagodzianki. Z tą właśnie myślą kupiłam borówki (ha!  Wprawdzie te owoce są dla mnie borówkami, ale bułki z nimi już tylko jagodziankami!)

Kiedy się w końcu zabrałam za pieczenie, było już dość późno. Perspektywa takiej detalicznej pracy, jaką jest formowanie i nadziewanie bułek drożdżowych, trochę mnie przeraziła.

Postanowiłam jednak zrobić placek z borówkami.

W sumie wychodzi na to, że z lenistwa.

No ale nie do końca, bo wzięłam pod uwagę też to, że bułka jest zobowiązująca, trzeba raczej zjeść ją całą. A placek można kroić na dowolne kawałki, mniejsze czy większe, w zależności od ochoty i możliwości.

Więc upieczenie placka wydaje się bardziej rozsądnym rozwiązaniem 🙂

Do miski robota włożyłam mąkę, jajka, cukier, sól. W kubku ciepłego mleka z dodatkiem łyżki cukru i mąki zostawiłam do wyrośnięcia drożdże. Kiedy po chwili zaczęły „wychodzić” z kubka, przelałam je do miski z mąką. Włączyłam robot i na niewysokich obrotach mieszałam wszystkie składniki.

Roztopiłam masło i po łyżce dodawałam do wyrabianego ciągle przez robot ciasta.

Dodałam też naturalną esencję waniliową i skórkę otartą z cytryny.

Po około 10 minutach wyrabiania, przykryłam całość lnianą ściereczką i zostawiłam, żeby ciasto wyrosło.

Gdy mniej więcej podwoiło swoją objętość, połową ciasta wyłożyłam dno tortownicy (wcześniej położyłam na nim i na bokach tortownicy  papier do pieczenia).

Borówki wymieszałam z cukrem i bułką tartą. Ułożyłam je na cieście, zostawiając niewielki pasek wolnego ciasta wokół brzegu, około 1,5 cm, żeby borówki nie przypalały się.

Położyłam następnie resztę ciasta i przykryłam nim dokładnie całość.

Wstawiłam do piekarnika o temperaturze około 170 stopni i piekłam przez około 15 minut, a potem zmniejszyłam temperaturę do 150 stopni. Piekłam ciasto około godziny, chyba nawet trochę więcej. Wyjęłam kiedy było mocno rumiane z wierzchu, wprawdzie było pęknięte wokół, ale borówki nie zaczęły z niego wyciekać i nic nie przypaliło się. Myślę, że to pęknięcie wynikało z tego, że pieczone borówki parowały i para musiała znaleźć sobie jakieś ujście.

Niestety nie próbowałam ciepłego ciasta:-(

Bardzo lubię jeszcze ciepłe drożdżowe, ale kiedy ciasto się upiekło, było już późno i szłam spać, więc nie była to pora na jedzenie.

Dziś dopiero spróbowałam go. Jest bardzo smaczne, wilgotne i ma bardzo dużo pysznego nadzienia w środku!

Jagodzianek- placek z borówkami

tortownica o średnicy  24 cm.

ciasto:

500 g mąki

2 jajka

200 g masła

szczypta soli

150 g cukru

45 g drożdży

kubek mleka ( pewnie około 200 ml)

nadzienie:

około 450 g borówek

5 łyżek cukru

1 łyżka bułki tartej

Smacznego,

Basia

Tarta z bobem i cebulą

komentarze 2

Takie lipcowe lato, jakie teraz mamy, poza typowo sezonowymi owocami, jak maliny, morele czy borówki, kojarzy mi się również z bobem.

Do tej pory kupowałam bób czasem na straganie, taki szarozielonkawy, i zwykle po prostu gotowałam go w osolonej wodzie.

Choć przez cały rok można też kupić mrożony bób, nigdy chyba nie kupiłam takiego, i poza gotowanym bobem, niewiele razy jadłam dania przygotowane z bobu. Jakoś mnie do niego nie ciągnęło…

W tym roku moja Córka, po raz pierwszy w życiu, posadziła bób w ogrodzie i  właśnie zaczął dojrzewać.

I okazuje się, że on wcale nie musi być szarozielonkawy!

Przeciwnie, jest soczyście zielony i kusi, żeby z niego coś fajnego ugotować.

Jest tylko jeden problem, jest go na razie bardzo niedużo…

Dlatego wymyśliłam tartę, w której bób był tylko jednym ze składników. Stąd mogło być go tylko trochę 🙂

Tarta wyszła bardzo smaczna. Ciekawie w niej odnalazł się i bób i cebula, która pokrojona w piórka, przyjemnie zmiękła podczas pieczenia. Zawsze też z ochotą dodaję do tarty jajka ugotowane na twardo,  bo przyjemnie dają się zapiec w śmietankowo-serowej kołderce.

Polecam tym wszystkim, którym znudził się już ten bób gotowany i którzy niekoniecznie muszą na obiad czy kolację zjeść mięso. Choć do takiej tarty spokojnie też można dodać pokrojoną szynkę czy boczek, jeśli tylko macie ochotę. Z pewnością nie zepsują one efektu.

Tarta z bobem, cebulą i jajkami

naczynie o wym. 30 X 16 cm

około 220 g francuskiego ciasta ( nie zużyłam całego opakowania 275 g)

1 jajko surowe

2 jajka ugotowane na twardo

170 g bobu  (przed ugotowaniem i obraniem), ja miałam tylko tyle, ale można z pewnością dać go więcej 🙂

200 ml śmietanki kremówki

młoda biała cebula posiekana w piórka

rozgnieciony ząbek czosnku

sporo pieprzu

ok. 70 g sera ostrego

ewentualnie sól

do posypania z wierzchu po upieczeniu: świeże zioła np. kolendra, bazylia lub inne

Piekarnik nagrzałam do ok.200 stopni.

W osolonej wodzie ugotowałam bób, gotowałam przez kilka minut, chyba około 10.

Ostudzony zimną wodą można było zaraz obrać.

W miseczce wymieszałam śmietankę z roztrzepanym jajkiem, utartym serem, pieprzem i rozgniecionym czosnkiem.

W naczyniu do zapiekania, wysmarowanym wcześniej oliwą, ułożyłam ciasto. Na nim położyłam pokrojoną cebulę i pokrojone na mniejsze kawałki jajka na twardo.

Na końcu położyłam obrany bób i wylałam i rozprowadziłam równo masę śmietankowo-jajeczno-serową.

Wstawiłam do piekarnika i zmniejszyłam jego moc do 160 stopni.

Piekłam aż tarta z wierzchu była złocista, czyli około 25 minut.

Smacznego,

Basia

Ciasto z borówkami i bezową pianką

Brak komentarzy

Tak, tak, borówki przede wszystkim na surowo! Z cukrem i ze  śmietaną na przykład, pycha!

Ale takie proste ciastko z borówkami, to również duża przyjemność.

Kupiłam pół kilograma borówek z myślą o jakimś deserze albo cieście. Trochę zjadłam (właśnie z cukrem), zanim zabrałam się za pieczenie. Na szczęście mam taką małą tortownicę, do której pozostałe borówki zupełnie dobrze wystarczyły.

Zrobiłam kruche ciasto i wylepiłam nim tortownicę. Wcześniej wyłożyłam ją papierem do pieczenia na spodzie i na bokach też, bo z ciasta zrobiłam jakby pudełko na nadzienie, był spód i kilkucentymetrowej wysokości brzeg, spód nakłułam widelcem w kilku miejscach.

Podpiekłam ciasto w piekarniku, nastawionym wcześniej na około 150 stopni.

Wyjęłam ciasto, kiedy było lekko złote.

Do środka wsypałam borówki, zrobiłam równą ich warstwę, a na koniec wyłożyłam pianę z białek ubitych  na sztywno ( obowiązkowo ze szczyptą soli) i  z dodatkiem cukru pudru i esencji waniliowej.

Wstawiłam znów do piekarnika i piekłam w temperaturze około 140-150 stopni jeszcze przez około 30-40 minut, aż wierzch zrobił się sztywny jak beza. Z wierzchu  beza zaczęła się bardzo lekko się złocić.

Ciasto najpyszniejsze jest jeszcze takie lekko ciepłe ( ale nie gorące!), trzeba uważać przy krojeniu, bo wypływa z ciasta trochę granatowego soku.

Pyszne jest również w wersji z truskawkami, albo malinami:-)

Polecam!

Ciasto z borówkami i bezową pianką

tortownica o śr. 20 cm

ciasto:

250 g mąki

2 żółtka

120 g masła

50 g cukru

szczypta soli

120 g śmietany kwaśnej

nadzienie:

400 g borówek

piana:

2 białka + szczypta soli + 100 g cukru + naturalna esencja waniliowa

Basia

Letni deser z borówkami i truskawkami

Brak komentarzy

Bardzo lubię borówki, najbardziej takie prosto z lasu.

Niestety, rzadko mam okazję takie jeść.

Pamiętam pierwsze wakacje z moją, wtedy dziewięciomiesięczną, Córką i widok mojej małej dziewczynki kucającej w lesie i zjadającej borówki własnoręcznie zerwane prosto z krzaczka. To naprawdę bezcenne!

Teraz zwykle kupuję borówki na straganie albo od „baby”.

I staram się co roku zamrozić trochę borówek, żeby móc czasem poza sezonem upiec z nimi ciasto czy muffinki.

Ale niezaprzeczalnie świeże borówki są najpyszniejsze, podobnie jak truskawki czy maliny.

Dzisiejszy deser ma w sobie właśnie borówki i truskawki, trochę serka mascarpone… spróbujcie, bo bardzo jest prosty  w wykonaniu i jednocześnie naprawdę pyszny.

Deser z borówkami,  truskawkami i serkiem mascarpone

3 porcje

w sumie około 250 g owoców ( mniej więcej pół na pół borówki i truskawki)

250 g serka mascarpone

około 50 g cukru pudru

około 50-70 g jogurtu naturalnego, ja użyłam greckiego, ale inny też się będzie nadawał

odrobina naturalnej esencji waniliowej

Połowę truskawek zmiksowałam z około 150 g serka mascarpone i około 30 g cukru pudru.

Cukru należy dać tyle, ile się lubi.  Proszę lepiej dać mniej i ewentualnie dodać, jeśli będzie trzeba.

Osobno zmiksowałam resztę serka z wanilią, jogurtem i resztą cukru pudru.

Borówki podzieliłam na dwie części.

W wąskich szklankach koktajlowych ułożyłam najpierw połowę borówek, warstwę truskawkowego kremu, warstwę truskawek, krem waniliowy, potem znów borówki i na wierzchu jeszcze trochę kremu truskawkowego. Ozdobiłam truskawką i listkami świeżej mięty.

Do tego deseru specjalnie kupiłam nieduże, ale dojrzałe truskawki, bo nie chciałam ich kroić, lecz dać je do deseru w całości.

Smacznego,

Basia

Grillowane kapelusze pieczarek

Brak komentarzy

No i dziś jeszcze jedna propozycja dla tych, którzy na grillu niekoniecznie muszą kłaść mięso czy kiełbaski.

Tak się złożyło, że zupełnie niespodziewanie miałam wrócić do domu wcześniej, niż zazwyczaj w tygodniu. To była taka pora, która umożliwiała zorganizowanie grillowanej wspólnej kolacji. Dla mnie to prawie święto w powszedni dzień!

Przygotowałam wcześniej to, co mieliśmy grillować. Między innymi były to faszerowane szpinakiem i serem pleśniowym kapelusze pieczarek.

Wprawdzie zrobiłam wcześniej nadzienie szpinakowe, ale nafaszerowanie kapeluszy zostawiłam już na ostatnią chwilę, po moim powrocie do domu.

I tak pieczarki umyłam i oderwałam im nogi, lekko wykręcając je.

Zostawiłam same kapelusze.

Szpinak umyłam i  poddusiłam na łyżce oliwy, dodałam czosnek, odrobinę octu winnego. Dusiłam dosłownie parę minut i odstawiłam. Gdy szpinak przestygł, odcisnęłam resztę płynu, który pojawił się pod nim na patelni i pokroiłam szpinak grubo.

Na tarce utarłam ser pleśniowy, wymieszałam go ze szpinakiem, doprawiłam pieprzem odrobina soli, dodałam jeszcze rozgnieciony ząbek  czosnku, posiekane listki oregano. Wymieszaną masę szpinakowo-serową nadziałam kapelusze, na wierzchu położyłam jeszcze kawałek sera i listek oregano.

Nafaszerowane kapelusze położyłam na wysmarowanej oliwą tacce do grillowania.

I znów moje mezmięsne danie potrzebowało znacznie więcej czasu na grillu niż kiełbaski, więc trzeba to wziąć pod uwagę przygotowując kolację. Kapelusze muszą najpierw same się dobrze rozgrzać, zanim upiecze się ich wnętrze, a to zabiera jednak trochę czasu, pewnie około 45 minut.

Grillowane pieczarki faszerowane szpinakiem i serem pleśniowym

12 pieczarek

ok. 250 g świeżego szpinaku

około 150 g sera pleśniowego

2 spore rozgniecione ząbki czosnku

oliwa

pieprz

sporo posiekanego świeżego oregano

sól według uznania

odrobina octu winnego

smacznego,

Basia

Cukinia z grilla

Brak komentarzy

Lato, to czas grillowania. Polacy bardzo lubią grillować, prawda?

Moja rodzina też lubi:-)

Mięsożerna część rodziny, czyli znaczna większość, z radością widzi na grillu kiełbaski, zamarynowany wcześniej schab, szaszłyki i inne mięsne przysmaki.

Ja jednak specjalnie mięsożerna nie jestem, wolałam tam zobaczyć coś wegetariańskiego.

I dlatego pomyślałam o cukinii. Cukinia jest wdzięcznym warzywem, można z niej tyle dobrego wyczarować.

Zrobiłam więc farsz, który położyłam na plastrach cukinii. To pomysł wcześniej już przeze mnie wypróbowany i sprawdzony, choć za każdym razem trochę inny.

W tym roku zrobiłam grillowaną cukinię  po raz pierwszy, ale z pewnością nie ostatni!

W misce rozgniotłam widelcem twaróg, dodałam do niego odrobinę majonezu, rozgnieciony czosnek, chilli, posiekane świeże, ogrodowe  oregano, trochę utartego parmezanu, na koniec  odrobinę posoliłam . W drugiej misce twaróg wymieszałam z posiekanym szczypiorem, czyli zielonym fragmentami  młodej cebuli dymki. Dałam również czosnek, pokrojone czarne oliwki, przyprawiłam pieprzem i solą, dodałam utarty parmezan. Tymi dwiema twarogowymi masami posmarowałam grubo plastry cukinii, na części położyłam pokruszony ser pleśniowy,  na wszystkich listki świeżego oregano.

Tę faszerowaną cukinię grillowaliśmy  dość dłu,go, dłużej niż schab, zanim była gotowa do jedzenia. Trochę się niecierpliwiłam, bo byłam głodna. Ale podpieczona na grillu bagietka, posmarowana masłem czosnkowym z ziołami pozwoliła mi jakoś przetrwać to oczekiwanie, aż doczekałam się mojej cukinii!

Polecam ją wszystkim, którzy niekoniecznie muszą mieć mięso z grilla.

Choć przyznam, że moi domowi mięsożercy też całkiem chętnie ją jedli.

To naprawdę fajny pomysł 🙂

Grillowana cukinia z twarogowym nadzieniem

1 średnia cukinia

około 200 g twarogu

świeże oregano, ale może tez być bazylia albo inne ulubione zioła

2 ząbki czosnku ( po jednym do każdej pasty)

2 pełne łyżeczki majonezu ( po łyżeczce do każdej pasty)

sól według uznania

około 2 x 40 g parmezanu

posiekana dymka

kilka pokrojonych oliwek

trochę pokruszonego sera pleśniowego

szczypta chili

listki oregano do przybrania

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress