Archwium dla ·

desery

· Kategoria...

Cynamonowa szarlotka

komentarze 3

Niezaprzeczalną zaletą jesieni są jabłka.

Dużo przeróżnych i dobrych jabłek, do jedzenia i pieczenia.

A jeśli jest takie piękne słońce i  ciepło, jak w ciągu ostatnich kilku dni, to nawet nie żałuję minionego lata.

Często się zdarza przez letnie miesiące, że nie jem jabłek niemal wcale. Mam kilka ulubionych odmian, które  zwykle do lata już nie wytrzymują.  W lecie stare jabłka są już niesmaczne i można jeść wyłącznie Granny Smith, te duże zielone. Moimi faworytami są jednak  różne odmiany Koksy.

Kiedy przychodzi jesień i pojawiają się wreszcie  te moje ulubione, mam wrażenie że mogłabym przejść na dietę jabłkową. Nie wiem wprawdzie,  ile bym wytrzymała na tej diecie,  ale wtedy wydaje mi się że długo. Tak jestem spragniona jabłek! W każdej postaci.

Na przykład w szarlotce,  w tarcie albo w innym cieście.

Dlatego właśnie upiekłam cynamonową szarlotkę z kruszonką.

Nie jest to piękne ciasto, które chciałabym podać jako deser  na proszonym obiedzie, kruszy się trochę i rozpada przy wyciąganiu ciepłego jeszcze z formy. Ale takie właśnie jest najlepsze! Pyszniutkie!

Cynamonowa szarlotka z kruszonką

kruchy spód:

240 g mąki

120 g masła zimnego masła

łyżka kwaśnej śmietany

½ łyżeczki soli

3 łyżeczki cukru

2-4 łyżki lodowatej wody

nadzienie jabłkowe:

około 1 kg jabłek obranych i pokrojonych w plasterki

140 g cukru

2łyżki mąki

2 łyżeczka mielonego cynamonu

30 g roztopionego masła

kruszonka:

170 g mąki

110 g białego cukru

60 g cukru demerara

½ łyżeczki soli

90 g zimnego masła pokrojonego drobno albo utartego na tarce

łyżeczka mielonego cynamonu

bułka tarta i masło do formy lub papier do pieczenia.

Ze wszystkich składników ciasta na spód Córka  zagniotła szybko ciasto, dolewając  po łyżce wody. Może się okazać, że wody trzeba mniej lub więcej, stąd takie stopniowe dolewanie.

Ciasto uformowane w kulę i zawinięte w folię czekało w lodówce na swą kolej ( około 15 minut, choć może powinno dłużej 😉  )

Rozgrzałam piekarnik do około200 stopni.

Jabłka obrane, pozbawione gniazd nasiennych  i pokrojone  wymieszałam z innymi składnikami nadzienia i odstawiłam.

Wszystkie składniki kruszonki wrzuciłam do blendera i wymieszałam, powstała taka  wilgotna i sypka masa.

Dno naczynia do pieczenia wysmarowałam masłem i wysypałam bułką tartą.

Ciasto na spód pokroiłam na cienkie plastry i wykleiłam równo dno formy, wywijając brzegi dość wysoko.

Do środka przełożyłam jabłka i wyrównałam wierzch, odsunęłam jabłka od brzegu, żeby się nie przypalały (ale i tak trochę się przypaliło podczas długiego dość pieczenia, co widać na zdjęciu).

Wierzch posypałam równomiernie kruszonką. Wstawiłam formę do piekarnika. Piekłam  najpierw przez około pół godziny i sprawdziłam,  zaczęło się niebezpiecznie rumienić, więc przykryłam folią aluminiową i zmniejszyłam temperaturę w piecu do około 160 stopni. Piekłam ciasto nieco ponad godzinę, a jakieś 10 minut przed końcem  pieczenia zdjęłam z wierzchu folię.

Doskonale smakowało na tarasie w cudnym jesiennym słońcu:-)

Basia

Gruszka w kuchni i w sosie waniliowym

Brak komentarzy

Będąc dzieckiem zawsze bardzo lubiłam gruszki, znacznie bardziej niż jabłka.

Twarde i słodkie, takie były najlepsze.

Bardzo też lubiłam kompoty z gruszek, jakie moja Mama robiła na zimę. Gruszki w nich były  słodkie i jędrne, takie chrupiące wręcz.

Kiedy planowaliśmy z Mężem  budowę  naszego domu na działce,  będącej kiedyś własnością moich Dziadków,  cieszyłam się, że będę miała w ogrodzie,  tuż obok domu, dwie dorodne grusze Klapsy.

Zleciliśmy więc architektom  zaprojektowanie  domu tak, żeby obie  te grusze znalazły się w pobliżu.

Gdy został dom wytyczony przez geodetów okazało się, że jedna z grusz rośnie dokładnie … w kuchni!

Możecie sobie wyobrazić moje niezadowolenie, delikatnie ujmując.

Cóż, nie było rady, musiałam to przełknąć.

Na szczęście druga grusza rosła tuż przy domu,  rodziła pyszne gruszki  a latem dodatkowo dawała cień.

Pamiętam taką Wielkanoc, kiedy  na czas śniadania wielkanocnego mieliśmy stół ustawiony w ogrodzie właśnie pod gruszą. Był upalny kwiecień,  piękna Wielkanoc!

Niestety grusza starzała się, przestała rodzić owoce, wichura ją złamała  i w  końcu musieliśmy ją ściąć, cóż posadzili ją przecież moi Dziadkowie bardzo dawno temu.

Jeszcze nie posadziliśmy nowej gruszy, ale z pewnością to zrobimy.

Tymczasem gruszki kupuję na straganie.

Nadal najbardziej lubię jeść te twarde i słodkie, ale ciągle lubię też te ugotowane w syropie.

Właśnie z takich lekko ugotowanych w syropie gruszek  zrobiłam ten  deser.

Gruszki w sosie waniliowym

porcja dla 5 osób

5 gruszek dość twardych, ale jednocześnie dających się tak ślisko i lekko obierać  (najlepiej Klapsa)

syrop:

100g cukru

pół cytryny  ze skórą ( pokrojonej na cząstki)

tyle wody, żeby przykryła tylko gruszki

Gruszki przecięłam na pół, obrałam i wyjęłam gniazda nasienne.

Zagotowałam wodę z cukrem, włożyłam do niej cząstki cytryny i gruszki.

Gotowałam przez kilka minut. Moje gruszki były jednak dość  miękkie, więc  nie gotowałam ich zbyt długo, żeby się nie rozpadły. Mają być na tyle miękkie, żeby je kroić łyżeczką,  ale  jednocześnie nie  mogą być rozgotowane.

Gotowe wyjęłam z syropu i zostawiłam na sitku, żeby wystygły i całkowicie odciekły.

Sos

330 ml mleka

100g cukru demerara

4 żółtka

naturalna esencja waniliowa i pasta z wanilii ( stąd widoczne na zdjęciu drobniutkie ciemne kropeczki w sosie)

100ml śmietanki kremówki

łyżka kopiata mąki ziemniaczanej

garść orzechów laskowych posiekanych grubo i uprażonych na suchej patelni

Mleko zagotowałam. W misce ubiłam żółtka z cukrem,  wlałam do nich gorące mleko i miksowałam. Dodałam wanilię. Miskę wstawiłam do naczynia z gotującą się wodą i dalej miksowałam, w śmietance kremówce rozpuściłam mąkę i wlałam do miksowanej masy mleczno-jajecznej, miksowałam dalej, aż całość osiągnęła tak wysoką temperaturę, że masa zgęstniała i nie było czuć mąki. Trwało to dość długo, bowiem ciągle  miskę trzymałam w garnku z wodą . Być może mogłam to zrobić po prostu stawiając masę jajeczną w garnku bezpośrednio na kuchni. Jednak nie chciałam, żeby budyń się przypalił, więc cierpliwie dotrwałam do momentu, kiedy masa zgęstniała i niemal wrzała.

Wstawiłam ją wtedy do zlewu z lodowatą wodą i ostudziłam, ciągle mieszając.

Na talerzykach ułożyłam wystudzone połówki gruszek, polałam sosem waniliowym i posypałam orzechami.

Smacznego,

Basia

Malinowa wajgelia i muffinki

komentarze 4

Mój ogród najpiękniejszy jest wiosną, kiedy kwitną krzewy.

Potem już nie jest tak kolorowo, niestety.

Wprawdzie taras zdobią surfinie i inne kwiaty w donicach, ale ogród jest po prostu głównie zielony.

Nie jestem zapaloną ogrodniczką, to po pierwsze. Poza tym najzwyczajniej nie mam czasu na pielęgnowanie ogrodu. Staram się więc posadzić choć nasturcje i słoneczniki, żeby latem móc cieszyć nimi oko, a dodatkowo mieć z czego układać w wazonie bukiety.

No i właśnie ogromną  przyjemność zrobiła mi wajgelia. Znów zakwitła!

Ona czasem kwitnie powtórnie w okolicy września  i choć znacznie mniej obficie, to zaraz  robi się troszkę weselej ogrodzie.

Ona ma piękny malinowy kolor.

I bardzo pasuje do moich ostatnich muffinek  z brzoskwinią i malinami 🙂

Możecie już być zmęczeni muffinkami, nie dziwię się.

Jednak piszę o nich tym razem głownie dlatego, że zrobiłam je trochę inaczej niż zwykle  z owocami.

Bardzo mi przypadł do gustu ten przepis. Babeczki są zarazem wilgotne i puszyste, bardzo smaczne.

Miłośnicy muffinek, spróbujcie ich,  Wam też się spodobają!

Muffinki z brzoskwiniami i malinami (nowa wersja)

200g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

3 jajka

130 g miękkiego masła

180 g cukru demerara

180g jogurtu naturalnego

spora,  dojrzała,  ale nie bardzo miękka brzoskwinia pokrojona w kosteczkę

maliny( po około 3-4 sztuki  na jedną babeczkę)

Nagrzałam piekarnik do około 190-200 stopni.

Ubiłam w misce mikserem masło z cukrem. Szczerze powiedziawszy nie była to jeszcze całkiem gładka masa, kiedy  dodałam do niej jajka. Następnie dodałam jogurt i chwilę jeszcze miksowałam, dodałam mąkę i proszek do  pieczenia i jeszcze chwilę miksowałam.

Do masy dodałam pokrojoną brzoskwinię i wymieszałam lekko łyżką.

Do papilotek wkładałam porcję  masy a następnie do każdej miseczki  lekko wciskałam kilka malin.

Nie wiedziałam, jak ciasto urośnie, więc nakładałam niedużą porcję do papilotek. Wyszło 18.

Wyrosły niezbyt dużo, niewiele ponad wysokość papilotki. Można zrobić zatem mniej większych.

Ale myślę, że na 12 papilotek to tego ciasta jest za dużo.

Piekłam je około 15 minut, aż były złociste z wierzchu. Zanim wyjęłam z piekarnika sprawdziłam wbijając w nie patyczek. Kiedy był suchy, wyjęłam  muffinki i pozwoliłam im nieco wystygnąć,  zanim przełożyłam  je z formy muffinkowej na talerz.

Basia

Muffinki z morelami i czekoladą

Brak komentarzy

Lubię jeść śniadanie na tarasie.

I nawet, jeśli to ma być szybkie śniadanie,  wolę je na tarasie niż w domu. Myślę sobie wtedy, że niedługo już nie da się wychodzić rano na taras, żeby nie zmarznąć. I bardzo mnie to martwi, bo ciepłolubne jest ze mnie zwierzę!

Wykorzystuję więc lato, ile się da! I szczerze powiem, nie wiem kiedy ostatnio jedliśmy śniadanie wewnątrz domu? Może w jakiś mocno  nieprzyjemny dzień, kiedy deszcz ostro zacinał i zadaszenie tarasu było niewystarczające, żeby uchronić  nas przed zmoknięciem.

Tak więc wychodzimy zjeść śniadanie na tarasie codziennie rano, i choć mam gęsią skórkę i wkładam na siebie ciepłą bluzę, postanowiłam nie zrażać się tym i być dzielną.

Dziś rano poczułam niestety  wyraźnie już nadchodzącą jesień. Choć słonecznie, było jednak rześko i wietrznie,  a słońce już nie tak wysoko jak kilka tygodni temu.

Jedyna korzyść z tego, to fakt , że nie jest już tak bardzo gorąco  i można włączyć piekarnik i wreszcie coś upiec 🙂

A ja dawno nie robiłam przecież  muffinek na słodko!

Najwyższa więc na nie pora.

Muffinki z morelami i czekoladą

200g mąki

1 jajko

70 g oleju

150 ml mleka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody

szczypta soli

150 g cukru

sok z  około ½ cytryny

cukier puder do posypania gotowych babeczek

około 200-250 g moreli świeżych, wypestkowanych, pokrojonych na małe kawałki.

około 50-70 g czekolady gorzkiej posiekanej na drobne kawałki.

cukier puder do posypania z wierzchu gotowych muffinek.

Włączyć piekarnik, żeby nagrzał się do około 200 stopni. W formie do muffinów ułożyć papilotki.

Wszystkie składniki  ciasta dobrze wymieszać w misce, na koniec dodać pokrojone na kawałki morele i czekoladę, wszystko  delikatnie, ale jednocześnie  bardzo starannie wymieszać. Delikatnie przełożyć  masę porcjami  do papilotek.

Wstawić do piekarnika na około 30 minut, gdy wyglądają na upieczone, sprawdzić jeszcze wbitym patyczkiem. Jeśli jest suchy, można   śmiało muffinki  wyciągać z pieca!

Tylko jeszcze  trzeba posypać  je cukrem pudrem i można jeść!

Ciepłe muffinki będą miały  wewnątrz roztopione czekoladowe kawałki , ale gdy babeczki wystygną, również czekolada wewnątrz nich stężeje.

Smacznego!

Basia

Zwykłe ciasto z owocami

Brak komentarzy

Zachciało mi się ZWYKŁEGO  ciasta z owocami.

Takiego niewycudowanego,  prostego, dobrego do kubka kawy z mlekiem czy herbaty.

Kupiłam na placu morele, wiśnie i śliwki. I właśnie z tymi owocami miało być to ciasto.

Zaczęłam od przejrzenia mojej kulinarnej biblioteki, ale zupełnie nie miałam nastroju do dokładnego śledzenia  jej zawartości. Chciałam mieć szybko przepis i tyle.

W związku z tym, że na nic godnego uwagi nie natknęłam się podczas tych szybkich poszukiwań,  postanowiłam zdać się na własne doświadczenie i zrobić coś po prostu „z głowy”.

Na maśle, jajkach, cukrze demerara można zawsze polegać, więc  jest tylko pytanie: ile czego i  sprawa załatwiona.

No i wiadomo również, że żeby było smacznie,  nie można oszczędzać na maśle 🙂

Włączyłam piekarnik i zabrałam się do przygotowania ciasta.

Umyłam, wypestkowałam i pokroiłam śliwki i morele, wiśnie wydrylowałam .

W misce przy pomocy miksera dobrze ubiłam jajka z cukrem demerara i ekstraktem z wanilii, aż masa zrobiła się puszysta.

Rozpuściłam masło.

Mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia  i połączyłam z ubitymi jajkami, na koniec wlałam rozpuszczone masło i  całość jeszcze miksowałam chwilę, aż stanowiło jednolitą masę.

Tortownicę  wyłożyłam krążkiem papieru do pieczenia, a następnie przełożyłam do niej ciasto.

Na wierzchu ułożyłam owoce, można je lekko wcisnąć, żeby nie zostały całkiem na wierzchu i żeby trochę „wtopiły” się w ciasto (no chyba że  tak chcecie, żeby były całkiem na wierzchu).

Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piekłam około 40 minut.

Jeśli zauważycie, że owoce zaczynają się zbytnio rumienić, a patyczek włożony do ciasta jest całkiem mokry,  można całość przykryć folią aluminiową,  żeby ciasto nie przypiekało się zbytnio z wierzchu. Przed końcem należy jednak zdjąć folię i pozwolić mu nieco się zrumienić .

Gdy patyczek wbity w ciasto wyjdzie z niego suchy, ciasto jest gotowe.

Jeszcze tylko dobrze popudrować  cukrem pudrem  z wierzchu  i można jeść!

Zwykłe ciasto z owocami

300g mąki

200 g cukru demerara

195 g masła

naturalny ekstrakt waniliowy

3 jajka

1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

około 500g wypestkowanych owoców

cukier puder do posypania

P.S. Bardzo smaczne wyszło to zwykłe ciasto 🙂

Basia

Owsiane muffinki

Brak komentarzy

Właściwie, to całkiem jestem zadowolona, że pogoda się zmieniła i ochłodziło się.

Wprawdzie uwielbiam lato i wysokie temperatury, ale  też bardzo już stęskniłam się za pieczeniem.

Spadek temperatury na zewnątrz o kilkanaście stopni dał mi wreszcie możliwość włączenia piekarnika.

Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co upiec? Na co mam ochotę?

Pomyślałam, że przy tej pogodzie chętnie zjadłabym coś niekoniecznie  bardzo letniego i jednocześnie  niezbyt słodkiego.

Poszukałam w moich książkach kucharskich jakiegoś odpowiedniego przepisu i znalazłam  u Lindy Collister w „Cakes and bakes” recepturę,  która wydała mi się na dziś interesująca, owsiane muffinki z brzoskwinią

To może być doskonałe śniadanie dla tych, którzy lubią je jadać na słodko, albo może stanowić  niezłą alternatywę porannego posiłku dla jedzących muesli  lub inne płatki .

Można je również zjeść jako dodatek do herbaty czy kawy, na przekąskę czy podwieczorek.

Bardzo dobrze smakują z dodatkiem dżemu malinowego albo jeżynowego.

Myślę, że również można te muffinki posmarować masłem orzechowym albo nutellą.

Najlepiej jeść je kiedy są jeszcze ciepłe, a jeśli zostaną do następnego dnia, to  można przed podaniem włożyć je do nagrzanego piekarnika na chwilę.

I tak pewnie jutro zrobię 🙂

Owsiane muffinki z brzoskwiniami

na 12 sztuk

100 g płatków owsianych

300ml kefiru ( w oryginalnym przepisie była maślanka, ale ja miałam w domu tylko kefir)

50 g cukru demerara

50 g ciemnego cukru muscovado

( w oryginale był jasny muscovado, ale nie miałam takiego, więc dałam pól na pół ciemny i demerarę)

1 jajko

200 g mąki

90 g roztopionego masła ( można dać zamiast masła olej roślinny)

1 łyżeczka  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

½ łyżeczki gałki muszkatołowej mielonej

½ łyżeczki cynamonu

2 dość dojrzałe brzoskwinie, wypestkowane i  pokrojone w kostkę

Włączyłam piekarnik, żeby się nagrzał do około 200 stopni

Do miski wsypałam płatki i zalałam je kefirem na około 15 minut. Dodałam  cukier, jajko, proszek do pieczenia, przyprawy i roztopione masło i wymieszałam dobrze.  Na koniec dodałam pokrojone brzoskwinie i szybko jeszcze raz wymieszałam.

Masę przełożyłam do formy na muffinki  wyłożonej papilotkami,  wstawiłam do piekarnika.

Po około 20 minutach sprawdziłam patyczkiem czy już się upiekły, a następnie  wyjęłam je z piekarnika i zostawiłam żeby przestygły nieco. Przełożyłam muffinki na talerz i zgodnie z zaleceniem spróbowałam ich z domowym dżemem od Ewy , zanim  jeszcze zdążyły wystygnąć.

Basia

Maliny i porzeczki

Brak komentarzy

Nie mogę się oprzeć malinom. Kiedy je widzę na straganie, muszę  kupić!

Część zjadam od razu, ale zawsze myślę, że coś powinnam z nich jednak zrobić.

Maliny najlepsze są świeże. Bezwzględnie.

Ale oczywiście zimą mogą być tylko zamrożone, więc zajmę się niedługo mrożeniem malin na zimę. Teraz jednak, kiedy jest dopiero początek ich pysznego sezonu, chcę korzystać z nich do woli! I nie widzę możliwości, żeby mi się przejadły

Więc zanudzam domowników deserami z malinami.

Tym razem deser w pucharkach z wyłącznie letnich owoców:  malin, czerwonych i czarnych porzeczek.

Poza owocami jest tam tylko śmietana, cukier i wanilia.

Może spróbujecie?

Deser malinowo- porzeczkowy

niezbyt duże porcje dla 3 osób

na krem:

85 g śmietanki kremówki (dałam taką 36%)

85 g  kwaśnej śmietany 18%

2 kopiate łyżki cukru pudru

naturalna esencja waniliowa

na sos:

około 200 g czarnych porzeczek

3 łyżki cukru ( ja dałam tyle, ale jeśli macie inne preferencje dotyczące słodkości, to może trzeba zmodyfikować te ilość)

1 łyżka śmietany  kwaśnej 18%

owoce:

pełna  dowolność , ja dałam tyle:

ok. 300g malin

ok. 50 g porzeczek czerwonych

garstka  czarnych porzeczek, takich największych i najsłodszych

W naczyniu ubiłam śmietankę kremówkę, dodałam cukier i esencje waniliową. Następnie dodałam kwaśną śmietanę.

Do  3 pucharków  włożyłam porcję kremu, na kremie położyłam owoce.

W malakserze utarłam czarne porzeczki z cukrem, przetarłam je przez sito, żeby pozbawić  je skór i pestek, następnie dodałam łyżkę śmietany i dobrze wymieszałam (można nie dawać śmietany, wersja sosu wyłącznie owocowa  jest równie pyszna).

Porzeczkowym  sosem polałam ułożone w pucharkach owoce.

Ozdobiłam listkami świeżej melisy i pojedynczymi  gronami porzeczek wraz z szypułkami.

Basia

Sezon na maliny rozpoczęty!

Brak komentarzy

Jest pięknie! Cudownie gorące lato, uwielbiam to!

I są też maliny, wreszcie jest dużo świeżych malin.

Dzięki temu (a właściwie, to trochę przez to) powstał dzisiejszy deser.

Dzięki malinom, bo już są.

A przez to, że jest upał i nie chciałam niczego piec, a jednocześnie wizyta Teściów wymagała przygotowania deseru, powstał deser niepieczony.

Prosta i pyszna tarta z malinami.

Maliny są jednymi z moich ulubionych owoców i  chyba tymi najbardziej ulubionymi.

Gdy kupuję maliny, w drodze do domu zwykle zjadam co najmniej połowę z nich.

Czasem nawet poradzę sobie z całym pudełkiem nim dotrę z miasta.

Dziś  na szczęście) robiłam zakupy na pobliskim placu, więc nie zdążyłam pochłonąć malin w drodze powrotnej i dzięki temu mogłam zrobić tę tartę.

Tarta ze świeżymi  malinami

około 350 g zmielonych herbatników ( ja znów użyłam owsianych Wiatraczków z Sanu, całe jedno opakowanie plus kilka sztuk pozostałych  z poprzedniego)

około 80-90 g masła roztopionego

500 ml śmietanki kremówki schłodzonej

około 150 ml dżemu malinowego, truskawkowego lub jeżynowego( albo innego z owoców jagodowych, ja dałam trochę jeżynowego i trochę truskawkowego, oba domowej produkcji)+ trochę do posmarowania malin

łyżka kopiata cukru pudru

1 opakowanie malin

Herbatniki zmiksowałam w robocie kuchennym (można je po prostu zemleć w maszynce).

Następnie zmiksowałam z roztopionym w kuchence mikrofalowej masłem.

Dno  tortownicy o średnicy 26 cm wyłożyłam papierem do pieczenia a następnie rozłożyłam równo masę  herbatnikową, docisnęłam  i wyrównałam.

W misce ubiłam śmietankę, dodałam przetarty  przez sitko dżem . Trzeba przetrzeć, żeby pozbawić go pestek.

Dodałam cukier, bo krem wydawał się mało słodki. Jeśli lubicie mniej słodkie albo dżem był wyjątkowo posłodzony, być może nie będzie potrzeby dosładzać.

Krem wyłożyłam na spód herbatnikowy.

Na kremie położyłam maliny.

Podgrzałam w kuchence dżem truskawkowy,  aż był dość płynny. Następnie pomalowałam nim maliny przy pomocy kuchennego pędzla.

Wstawiłam deser do lodówki na około 2 godziny, żeby stężał.

Po wyjęciu z lodówki ozdobiłam listkami świeżej melisy i pokroiłam.

Polecam ten deser, bardzo lekki  i pyszny.

No i z malinami!!

Sezon malinowy rozpoczęty 🙂

Basia

Pikantny łosoś i tarta z nektarynkami

Brak komentarzy

Wczoraj ugotowałam na obiad łososia, o którym chciałam Wam opowiedzieć.

Ale gdy zabrałam się za robienie zdjęcia okazało się, że w aparacie nie ma baterii.

Mąż ją wyjął, żeby naładować… a potem zabrał ze sobą i pojechał do pracy!

Skoro nie ma zdjęcia, to  przecież nie będę pisać…

Ale łosoś z pikantnym pomidorowym sosem z krewetkami wyszedł fajnie,  szkoda  by było nie pisać  o nim w ogóle.

Dziś pomyślałam, że jednak coś napiszę,  a w zamian za zdjęcie dodam jeszcze przepis na deser!

Bo właśnie upiekłam pyszną tartę z nektarynkami i wiśniami.

Tarta najlepsza jest jeszcze ciepła, niedługo po wyjęciu z piekarnika.

Dla łakomczuchów proponuję wersję z kulką lodów waniliowych.

Trzeba pamiętać, że po wykrojeniu pierwszego kawałka syrop z owoców i cukru, który utworzył się  podczas pieczenia, wyleje się na paterę czy talerz. Lepiej więc, jeśli patera nie jest całkiem płaska.

A w ogóle, to po prostu trzeba od razu zjeść całą tartę i mamy problem z głowy!

Tarta z nektarynkami i wiśniami

na okrągłą blaszkę o średnicy 32cm

175g mąki

115g masła schłodzonego

2g soli

15g cukru

50ml lodowatej wody

nadzienie owocowe

około 500g nektarynek

2 garście wiśni (…nie zważyłam…)

50-60g cukru

Z  mąki, masła, cukru, soli i wody zrobiłam ciasto używając robota kuchennego.

Miksowało się ok. 30 sekund i nie powinno dłużej.

Z ciasta uformowałam kulę i włożyłam do lodówki, żeby schłodziła się.

Nagrzałam piekarnik do 220 stopni.

Nektarynki pozbawiłam pestek i pokroiłam na plasterki o grubości około 1-1,5 cm.

Wiśnie wydrylowałam. Owoce wymieszałam w misce z cukrem.

Ciasto rozwałkowałam cienko czyli na grubość około 3-5 mm.

Średnica tego rozwałkowanego ciasta była o około  8-10cm większa od średnicy blaszki (pozostał  4-5 cm  wolny pasek dookoła)

Ciasto położyłam na blaszce, na której wcześniej położyłam krążek wycięty z papieru do pieczenia.

Na cieście ułożyłam  równą warstwą owoce, a następnie zawinęłam do środka ten pozostający poza blaszką fragment ciasta i zakleiłam wszystkie szczeliny, żeby sok z owoców nie wypłynął na zewnątrz podczas pieczenia, bo mógłby się po prostu przypalić.

Tak przygotowane ciasto wstawiłam do piekarnika, zmniejszyłam temperaturę do 200 stopni i piekłam przez około 40 minut, aż ciasto wokół  było złociste i chrupiące, a owoce nie zaczęły się jeszcze przypalać.

Po wyjęciu z piekarnika zostawiłam ciasto na chwilę w blaszce, żeby  nieco przestygło  zanim wyłożyłam je  na talerz,  a następnie posypałam cukrem pudrem.

Tarta z tymi letnimi owocami będzie doskonałym deserem po obiedzie.

A na obiad proponuję właśnie mojego „wczorajszego” łososia.

Spróbujcie, proszę:

Łosoś z pikantnym sosem pomidorowym z krewetkami

dla 4 osób

4 kawałki  świeżego filetu z łososia

puszka krojonych pomidorów bez skórki

chili

sos rybny ostrygowy

rozgnieciony duży ząbek czosnku

pieprz, sól,

około 2-3 łyżeczki cukru

spora cebula posiekana

odrobina octu winnego

ok.50 ml wina białego

oliwa do smażenia

około 100g krewetek koktajlowych rozmrożonych

świeży tymianek, listki oberwane z kilku łodyżek

jako dodatek-  na przykład makaron (u mnie był pappardelle)

Na patelni rozgrzałam oliwę, położyłam na niej posolone kawałki łososia, podlałam około 50 ml białego wina i smażyłam z obu stron, aż był miękki. Odstawiłam.

Na drugiej patelni rozgrzałam oliwę i wrzuciłam na nią posiekaną cebulę, zeszkliłam ją a następnie dodałam pomidory z puszki.

Przyprawiłam chili ( więcej niż daję zwykle, chciałam, żeby danie było wyraźnie pikantne), czosnkiem, pieprzem, cukrem, rybnym sosem ostrygowym, octem winnym.

Dodałam krewetki .

Kawałki łososia przełożyłam na patelnię z sosem,  chwilę jeszcze gotowałam.

Na końcu wrzuciłam listki tymianku, wymieszałam i danie było gotowe.

Do góry nogami

Brak komentarzy

I znowu mam dla Was coś na słodko.

Tym razem przepis zaczerpnięty z przywiezionej ostatnio z Londynu książki „Cakes & Bakes” Lindy Collister, o której tu już wspominałam.

Oczywiście troszkę przeze mnie zmodyfikowany, jak to zwykle  u mnie bywa.

A zaczęło się od moreli, które najpierw kupiłam i dopiero potem zaczęłam zastanawiać się, właściwie po co?

Bardzo lubię morele, ale najbardziej takie przetworzone. Konfitury i powidła morelowe albo ciasta z morelami.  Tak, powidła morelowe mojej Mamy są genialne! Świeże morele są mało soczyste , ale ta ich niby wada przeradza się w zaletę, kiedy się z nich robi przetwory. Są mięsiste i dzięki temu powstają z nich doskonałe dżemy i powidła. W cieście też dzięki temu się dobrze sprawdzają, ale potrzebują według mnie sporo cukru dla wydobycia ich niepowtarzalnego smaku. Jeśli tylko go nie zabraknie, to sukces gwarantowany.

Tak też jest w przypadku ciasta, o którym dziś piszę.

To jest wypiek z gatunku „ do góry nogami”( upside down cake). Piecze się ciasto, które po wyjęciu z piekarnika odwraca się do góry nogami i to co było na górze jest na dole, a to co na dole, jest na górze. Najczęściej to są wypieki z owocami, które kładzie się na spód, potem wykłada ciasto odwrotnie . Po wyłożeniu na talerz owoce są na górze.

Ta metoda ma ogromną zaletę, owoce nie wysychają, choć są na wierzchu. No bo właściwie są pod spodem przykryte warstwą ciasta  i  dopiero na samym  końcu pojawiają się na wierzchu. Poza tym, że nie wysychają, to jeszcze sok z owoców wsiąka w ciasto dodając mu aromatu.

Dzisiejsze ciasto ma fantastyczny smak, również z powodu składników samego ciasta. Bo czyż z połączenia masła ,  cukru demerara, żółtek  i śmietany mogłoby  nie wyjść  coś pysznego?

Jeśli zabierzecie się za pieczenie tego ciasta ( naprawdę  polecam!), to pamiętajcie o mocnym posypaniu wierzchu morelowego cukrem pudrem i o tym, że najlepsze jest jeszcze ciepłe.

Ale jeśli nie zjecie całego od razu, to zapewniam  Was, że nawet zimne i  nawet następnego dnia wyjęte z lodówki jest ciągle przepyszne!

Ciasto z morelami  „do góry nogami”

125g miękkiego masła

185g mąki

185g cukru demerara

łyżeczka proszku do pieczenia

250g kwaśnej śmietany

3 żółtka  i osobno 3 białka

cukier puder do posypania wierzchu ( sporo!)

około ½ kg moreli wypestkowanych i przekrojonych na połówki

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do około 180stopni.

Tortownicę o średnicy 23cm wyłożyłam papierem do pieczenia i  lekko natłuściłam.

Położyłam połówki moreli przekrojoną stroną do dna tortownicy. Ułożyłam je bardzo ściśle, wręcz wciskając je między siebie.

W naczyniu ubiłam mikserem masło z cukrem demerara na gładką masę, dodałam śmietanę, następnie po kolei żółtka,  potem dodałam stopniowo wsypując mąkę i proszek do pieczenia. W osobnym naczyniu ubiłam pianę z białek na dość sztywno. Dodałam pianę do masy i wymieszałam delikatnie.

Ciasto wyłożyłam na morele, wyrównałam i wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Piekłam około 40 minut, aż wierzch był złocisty, sprawdziłam jeszcze wbitym  patyczkiem i patyczek wyszedł suchy.

Wierzch ciasta pękł delikatnie i pojawił się w paru miejscach sok wychodzący z głębi ciasta.

Wyjęłam ciasto i zostawiłam żeby troszkę przestygło, po 10 minutach odwróciłam je do góry nogami i  tak położyłam na talerzu. Delikatnie zdjęłam papier z wierzchu ciasta i bardzo mocno posypałam cukrem pudrem, który rozpuszczał się w mgnieniu oka na wilgotnych i ciepłych morelach, więc posypałam  cukrem jeszcze obficiej 🙂

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress