Archwium dla ·

desery

· Kategoria...

Tort weselny :-)

komentarzy 13

A właściwie 5 tortów, w sumie ponad 20 kilogramów!

Tyle właśnie zrobiłyśmy z Córką i pomocą mojej Mamy.

Samodzielnie wykonany tort weselny, to oczywiście duża satysfakcja, ale wcześniej sporo roboty, jak można się spodziewać.

Moja Córka zażyczyła sobie  na wesele takiego samego tortu, jaki miałyśmy i ja i moja Siostra na naszych weselnych przyjęciach. To jest tort z przepisu mojej londyńskiej Cioci Irki, orzechowy z masą czekoladowo-kawową. Tort taki, jak lubię, czyli bez biszkoptu 🙂

To zresztą było jego ogromną zaletą, bo ten tort musi być zrobiony na minimum kilka dni przed podaniem. Warstwy kruche i orzechowe przełożone masą potrzebują czasu, żeby zmięknąć i się dobrze zespolić. Tak więc mogłyśmy go zrobić, zanim nastał czas najgorętszych przygotowań do ślubu i wesela.

Przygotowanie tortów zajęło  nam 2 dni. jeden dzień pieczenia placków, drugi przygotowania masy i przekładania tortów.

Pracy było naprawdę dużo, ale warto było!

Tort wyszedł fantastycznie i zebrał niemało pochwał.

Na szczęście został kawałek, i dzięki temu mogę Wam o nim nie tylko napisać, ale też pokazać go.

To, czego nie widać na zdjęciu, to dekoracja. Torty ozdobione były dużymi wiórami czekolady. Wióry zrobione zostały przy pomocy szpachelki z rozsmarowanej cienko na dużej, zimnej ceramicznej płycie, rozpuszczonej wcześniej, gorzkiej czekolady. Ten etap pracy był również niezwykle pracochłonny. Szczególnie dla osób, które (jakby na to nie patrzeć) nie są zawodowymi cukiernikami.

Poza wspomnianymi, pracochłonnymi wiórami torty zdobiły też świeże kwiaty w kolorze malinowym, ładnie komponując się z brązem czekolady.

Zanim zabrałyśmy się za produkcję tortu, miałam trochę obaw, czy poradzimy sobie z tym przedsięwzięciem. Najbardziej obawiałam się dekoracji. Nie chciałam, żeby wyglądała… powiedzmy: prywaciarsko.

Myślę jednak, że udało się całkiem nieźle.

I chyba bez obaw zabiorę się kiedyś za przygotowanie toru na wesele moich wnuków, jeśli też zapragną takiego tortu:-)

Tort orzechowy Cioci Irki

( podaję proporcje na tortownicę o średnicy 22-24 cm)

warstwa orzechowa

6 białek

350 g cukru ( drobny kryształ)

250 g zmielonych orzechów laskowych (najlepiej wcześniej zrumienionych)

1/4-1/2 łyżeczki octu

wanilia

ubić białka na pianę, dodać stopniowo cukier, wanilię, ocet. Formować dwa placki, każdy piec w temp.około 160-180 stopni przez około 40 minut.

warstwa krucha

upiec dwa kruche placki o grubości max. 0,5 cm. Na każdym placku położyć posiekanych parę migdałów.

Masa

3 żółtka

1 jajko

175 g cukru pudru

3 łyżki czekolady rozpuszczalnej ( Nesquick)

1 łyżka kakao

1/3 szklanki mocnej, zimnej kawy ( rozpuszczalna może być, oczywiście)

alkohol (opcja, ja uważam z alkoholem, bo wiele razy ścięła mi się masa podczas dodawania wódki do masy)

250 g masła.

powidła śliwkowe, najlepiej, jeśli wymieszane z  utartymi z cukrem płatkami róży.

Jajka ubić na parze z cukrem, ostudzić. Miękkie masło ubić, dodawać do niego stopniowo masę jajeczną, potem kakao, czekoladę, alkohol i kawę.

Przekładać:

warstwa krucha

masa+ cienka warstwa powideł na  masie

warstwa orzechowa

masa

warstwa krucha

masa + powidła

warstwa orzechowa

masa

To są proporcje według oryginalnego przepisu, jeśli jednak lubicie sporo masy w torcie, tak jak ja :-), to proponuję zrobić więcej masy!

Smacznego,

Basia

Babeczki z kremowymi czapeczkami

komentarze 3

Już jakiś czas nie zabierałam się za pieczenie muffinek i wyraźnie stęskniłam się za nimi.

Dziś miałam trochę więcej czasu, więc postanowiłam coś upiec.

Pomyślałam jednak, że zrobię coś innego troszkę, wprawdzie też babeczki, ale trochę inne.

Podoba mi się ta moda, która ostatnio  nas ogarnęła, moda na cupcakes, anglosaskie babeczki z czapeczkami z przeróżnych kremów. Uwielbiam muffinki  i uważam, że są urocze, a ten kolorowy, pyszny dodatek w postaci odrobiny maślanego czy twarożkowego kremu tylko dodaje im urody i odświętnego charakteru.

Od dawna myślałam, żeby coś takiego przygotować, jednak dopiero wczoraj, gdy zostałam poczęstowana taką babeczką domowego wypieku, sama zmobilizowałam się do tego.

Przygotowałam trochę mniej  ciasta niż zwykle na 12 sztuk, skoro babeczki mają mieć czapeczki, nie mogą same być zbyt wysokie.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.Do miski robota wrzuciłam mąkę z proszkiem, jajko, śmietanę, mleko, cukier, naturalną esencję waniliową, roztopione masło i wszystko wyrobiłam.

Do papilotek włożyłam porcje ciasta i upiekłam.

Gdy były gotowe, wyjęłam z piekarnika i całkiem wystudziłam.

Ubiłam mikserem kremowy serek, dodałam podczas ubijania syrop malinowy i cukier puder.

Masę z serka włożyłam do szprycy do dekoracji.

Wystudzonym babeczkom odcinałam delikatnie górną część, robiłam niewielkie zagłębienie i wkładałam  w nie około łyżeczki galaretki porzeczkowej. Następnie każdą babeczkę przykrywałam wcześniej odciętą z niej częścią.

Na koniec każdą babeczkę udekorowałam porcją kremu i na szczycie odrobiną galaretki porzeczkowej. Delikatnie posypałam kolorowym cukrowym maczkiem.

Fajnie wyszły.

Coś mi się wydaje, że rozpoczął się nowy rozdział w mojej muffinkowej aktywności 🙂

Babeczki z galaretką porzeczkową i kremową czapeczką

na 12 sztuk

200 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100 g masła roztopionego

100 g cukru

100 g śmietany  kwaśnej 18%

50 ml mleka

naturalna esencja waniliowa

mały słoiczek galaretki porzeczkowej (użyłam galaretki własnej roboty z czarnych i czerwonych porzeczek)

ok. 200 g serka kremowego, ja użyłam serka Turek kremowy, pakowanego po 125 g w prostokątne płaskie pudełeczka. Sam serek powinien być dość sztywny, żeby dodanie syropu nie rozrzedziło go zbytnio, uniemożliwiając dekorowanie nim babeczek. Turek w okrągłych opakowaniach ( np po 150 g)  jest raczej zbyt rzadki.

odrobina syropu malinowego (lub innego)

około 2 łyżeczki cukru pudru.

Smacznego,

Basia

Frangelico tiramisu

komentarze 2

Przygotowywałam kolację dla Miłych Gości i bardzo chciałam dla nich zrobić jakiś naprawdę pyszny deser.

Zwykle nie lubię eksperymentować w takich wypadkach, wolę przyrządzić coś sprawdzonego.

Tym razem jednak bardzo chciałam spróbować czegoś nowego…

W rezultacie wybrałam rozwiązanie kompromisowe czyli  coś znanego zrobionego po nowemu Zdecydowałam się na tiramisu w nowym wcieleniu, a mianowicie frangelico tiramisu.

Inspiracja pochodzi od Nigelli Lawson, jednak krem mascarpone zrobiłam według swojego sprawdzonego przepisu. I powiem Wam, a szczególnie łasuchom i  miłośnikom tiramisu, że ta wersja jest REWELACYJNA! Musicie spróbować!

Warunkiem przygotowania tego deseru jest posiadanie likieru Frangelico, jeśli go nie macie, to zdobycie go może sprawić Wam kłopot, niestety.  Mnie udało się go znaleźć jakiś czas temu, ale pamiętam, że poszukiwania  trochę trwały…

Frangelico to włoski likier z orzechów laskowych,  wyprodukowany  z dodatkiem ziół, jagód,  kwiatów pomarańczy, wanilii i kakao. Pochodzi z Piemontu, który znany jest z produkcji orzechów laskowych. Pamiętam, że najpyszniejsze prażone orzechy laskowe, jakie  do tej pory jadłam, kupiłam właśnie w Turynie, stolicy Piemontu.

Jeśli więc uda się znaleźć Frangelico, to reszta składników już nie będzie kłopotliwa.

Mascarpone można  przecież kupić już niemal w każdym sklepie,  a poza tym potrzeba już  dosłownie tylko paru rzeczy.

Moje tiramisu jest bez jajek.  Wynika to z mojego strachu przed salmonellą i nieużywania surowych jajek, jeśli to możliwe. Ale biorąc pod uwagę, że każda włoska mamma ma swój przepis na ten deser, nie przejmuję się moim odstąpieniem od kanonu. Sprawdziłam, że krem zrobiony z mascarpone z dodatkiem ubitej kremówki sprawdza się znakomicie i tak właśnie zwykle robię  tiramisu.

Deser  najlepiej przygotować  dzień wcześniej albo minimum  6-8 godzin przed podaniem.

Nieskromnie powiem, że wyszedł fantastyczny i naprawdę bardzo go Wam polecam!

Frangelico tiramisu

na formę 30cm x 23cm

krem:

500 g mascarpone

60 g cukru pudru

250 ml śmietanki 36%

50ml Frangelico

275 g podłużnych biszkoptów

20g kawy rozpuszczalnej

250ml wody

200ml Frangelico

100 g prażonych i posiekanych orzechów laskowych

2 kopiate  łyżki kakao

Ubiłam śmietanę tak, że była jeszcze trochę płynna, czyli nie taka całkiem sztywna. W osobnej misce zaczęłam ubijać mascarpone, stopniowo dodawałam ubitą śmietanę , dodałam cukier puder i likier. Gładką masę odstawiłam.

Wymieszałam kawę z wodą, dodałam likier.

Połowę tego płynu wlałam do szerokiej i płaskiej miski.  Moczyłam biszkopty z obu stron i układałam w naczyniu jeden obok drugiego, tworząc warstwę spodu.

Gdy ułożyłam cały spód polałam  go jeszcze  resztą ( z tej połowy płynu) pozostałą w misce.

Położyłam połowę kremu i   dokładnie wyrównałam warstwę.

Przelałam do miski pozostałą część płynu kawowego i układałam drugą warstwę moczonych , jak poprzednio, biszkoptów. Również polałam ją resztą kawy.

Położyłam znów warstwę kremu, wyrównałam.

W misce wymieszałam posiekane orzechy z kakao , a potem całość posypałam tą mieszanką.

Przykryłam folią i postawiłam  w chłodnym miejscu.

Mimo dość późnej pory serwowania,  deser cieszył się dużym powodzeniem i  znikał w mgnieniu oka

🙂

Basia

Lukrowania pierników dzień drugi i kutia

komentarze 2

Lukrowanie pierników skończone.

Jest ich naprawdę dużo, jak widzicie! A dzięki rozłożeniu pracy na dwa dni nie było momentu zwątpienia:-)

Z tego powodu mamy mało pierników z czekoladą…

W tym roku pojawiła się u nas nowa metoda zdobienia lukrem, dzięki mojej koleżance Dorocie.

Dostałam w prezencie prześliczne pierniczki jej produkcji i właśnie u niej podpatrzyłyśmy z Córką  nowy, bardzo interesujący  sposób.

Cieniutka linia lukru (u Doroty białego, u nas również kolorowego) to nowy pomysł dekorowania. Bardzo ciekawy efekt!

Kiedy zobaczyłam po raz pierwszy, myślałam, że to bardzo trudne. W rezultacie okazało się, że wcale nie.  Nowa metoda urozmaiciła naszą dotychczasową i w tym roku pierniki są naprawdę przeróżne.

Myślę, że również dzięki temu nie nudziła nam się praca z piernikami, a jest ich pewnie ze dwieście.

Do jutra pierniki poleżą na wierzchu, jutro wrócą do pudełka i będą czekać na ich czas.

A ja zabieram się za przygotowania do Świąt.

Tradycyjnie  Wigilia odbędzie się u nas w domu, będzie pewnie 15 osób.

Potrawy wigilijne przygotowuję nie tylko ja, również moja Mama, Teściowa i  Siostra.

Podajemy potrawy wywodzące się z rodzinnych  domów Rodziców.

Jak zwykle ja robię barszcz ( kisi się już od paru dni kwas buraczany), kutię, kompot z suszonych śliwek, sałatkę śledziową. W tym roku chcemy z Córką zrobić jeszcze  kulebiak z rybą.

Poza tym będą uszka w barszczu produkcji mojej Mamy i również  jej produkcji paluszki z makiem.

Siostra robi sałatkę z kiszonej kapusty z fasolką perłową, Teściowa przygotuje pierogi z kapustą i grzybami, smażonego karpia, kapustę z grzybami.

Potraw musi być minimum 12, choć  zwykle jest ich jednak więcej, jeśli policzyć opłatek (co podobno  się robi) i  ciasta na deser:-)

Bakalie na kutię już pokroiłam. Kutia, to potrawa podawana w domu mojego Taty i według tamtej receptury  ją przygotowuję.

Przyznam, że nie jestem fanką większości  potraw wigilijnych, przygotowuję je i jem, bo taka jest tradycja, jednak kutię  bardzo lubię!  Daję do niej mnóstwo bakalii, prażone orzechy włoskie, laskowe i migdały, morele suszone i śliwki, smażoną skórkę pomarańczową, rodzynki , a ostatnio również smażoną pigwę, która dzięki swemu kwaskowemu smakowi przełamuje monotonię słodyczy pozostałych bakalii.

Jeszcze tylko ugotowana pszenica, taka pozbawiona wierzchniej łuski, mielony mak i dużo miodu. Tyle miodu, żeby rzucona przez gospodarza porcja kutii przykleiła się do powały, jak mówi tradycja 🙂

Basia

Tort kawowo-orzechowy z powidłami

komentarzy 7

No i mogę teraz już napisać!

Spotkanie się odbyło i tort został podany i  zjedzony:-)

(no nie cały, ale prawie …)

A było tak:  na dzisiejsze miłe spotkanie z Koleżankami , zorganizowane z niezwykle sympatycznej okazji , przygotowałam tort.

Chciałam, żeby był naprawdę dobry…

Postanowiłam zrobić coś, co ostatnio sprawdziłam i uważam, że jest godne uwagi.

To jest propozycja z najnowszej książki Nigelli „Kitchen”, ale jednak  zmodyfikowana. A właściwie – nie bójmy się tych słów-  według mnie po prostu ulepszona.

Oryginalnie to jest tort kawowo-orzechowy, z włoskich orzechów.

Ciasto jest naprawdę fajne, ale z doświadczenia już wiem, że dodanie dwukrotnie większej ilości  orzechów i kawy czyni je znacznie bardziej wyrazistym i konkretnym. Tym razem natomiast postanowiłam zastąpić orzechy włoskie laskowymi. To zdecydowanie nie powinno tortu zepsuć.

Nie zdecydowałam się też na zrobienie masy według oryginalnego przepisu, bo z opisu nie wyczułam, żeby była wystarczająco interesująca. A intuicja przecież jest bardzo ważna w gotowaniu!

Wolałam dać sprawdzoną masę, której jestem wierną fanką, autorstwa mojej Cioci z Londynu.

I tak powstał tort na dzisiejszą okazję.

Tort kawowo-orzechowy przekładany masą kawowo-czekoladową

na tortownicę o średnicy około 26 cm (co najmniej kilkanaście kawałków tortu)

ciasto:

150 g orzechów laskowych mielonych

330 g cukru

330 g masła miękkiego

300 g mąki

6 jajek

10-12 łyżeczek kawy rozpuszczalnej espresso ( niegranulowanej)

Jeśli jednak nie macie takiej, tylko granulowaną, trzeba ją rozpuścić w mleku

30-45ml mleka

3 ½  łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

W robocie kuchennym zmiksowałam orzechy i  cukier, dodałam miękkie masło, mąkę, proszek i sodę, kawę, mleko i jajka i miksowałam na gładką masę.

Tortownice wyłożyłam papierem do pieczenia, boki posmarowałam masłem. Masę podzieliłam na 2 części, jedna z części wlałam do tortownicy, wyrównałam  i piekłam w temperaturze około 150-160 stopni przez około 40 minut, aż patyczek wbity w ciasto wychodził suchy.

Po upieczeniu jednej części to samo zrobiłam z drugą. Jeśli macie dwie tortownice o tej samej średnicy, można piec razem oczywiście. Ja nie mam takich samych, niestety.

Upieczone placki wystudziłam, a kiedy wystygły,  przekroiłam każdy na dwie części.

masa:

2 jajka

2 żółtka

260 g cukru

5 łyżek czekolady rozpuszczalnej ( ja dałam Nesquick)

1 ½ łyżki kakao

½ filiżanki mocnej zimnej kawy

alkohol ( według uznania, ja dałam około 3 łyżek brandy)

2 ½ kostki masła

Jajka ubiłam z cukrem na pianę. Osobno ubiłam miękkie masło.

Do masła stopniowo, po łyżce,  dodawałam masę jajeczną, kakao, czekoladę, kawę, alkohol.

Każdy placek smarowałam najpierw powidłami śliwkowymi i morelowymi (produkcji mojej Mamy, oczywiście) a następnie dawałam warstwę masy. I tak kolejno każdy placek. Do jednej z warstw masy  dodałam też około ½ tabliczki czekolady, drobno pokrojonej. Po prostu posypałam nią posmarowany placek, zanim położyłam kolejny.

Wierzch i boki posypałam wiórami z gorzkiej czekolady.

Pomysł z dodaniem powideł, jest według mnie bardzo dobry. Kwaskowa nuta w torcie sprawia, że nie jest on nudno-słodki. Zapamiętałam ten sposób urozmaicenia tortu z czasów, kiedy co roku mój Tata dostawał  na imieniny tort, zrobiony przez znajomą  Rodziców. Doskonale pamiętam, że tamte torty stanowiły dla mnie co roku niebywałą przyjemność. A teraz sama  piekąc, nigdy nie zapominam o warstwie powideł w torcie.

Zanim  podałam tort Gościom musiałam jednak zrobić zdjęcia, mając na uwadze opisanie go.

Zaplanowałam podać  kawałki tortu posypane  soczystymi ziarnami granatu, tak jak na zdjęciu.

Niestety,  zapomniałam w ostatniej chwili o zabraniu ich ze sobą…

Szkoda, bo sprawdziłam już, że to jest ciekawe połączenie.

Spróbujcie kiedyś!

Smacznego ,

Basia

Pierniki bożonarodzeniowe c.d.

Brak komentarzy

Pierniki upieczone!

Strasznie mało mam ostatnio czasu, niestety. Chętnie pisałabym częściej, ale zupełnie nie mam kiedy.

Całe szczęście, że chociaż w weekend to jest możliwe:-)

Udało mi się dziś wreszcie upiec pierniki. Koniecznie chciałam zrobić to na początku grudnia, bo one muszą mieć przecież czas, żeby zmięknąć! Dwa lub trzy tygodnie są zdecydowanie niezbędne, żeby na święta pierniki były przyjemnie miękkie.

Odpoczywające od paru tygodni ciasto  na pierniki podgrzałam, żeby ułatwić jego wyrabianie. Wstawiłam miskę na parę minut do kuchenki mikrofalowej na pełną moc, po chwili ciasto było ciepłe, ale nie gorące.

Roztopiłam masło i wlałam do ciasta, wyrobiłam ręką,  dodałam sodę oczyszczoną i jajka i dalej wyrabiałam. Trwało to chwilę, nie ukrywam, że ręka zaczęła mnie boleć od tego wyrabiania.

Dodałam trochę wody, bo ciasto wydawało się dość twarde.  Biorąc pod uwagę, że było przy tym jeszcze ciepłe, trzeba było koniecznie je rozluźnić nieco. Nie pamiętam dokładnie ile dałam wody, ale pewnie około filiżanki w sumie.

Wyrobione ciasto było gładkie, lśniące i pachnące!

Wprawdzie nie było bardzo słodkie( był w nich tylko miód, który dodałam do mąki nastawiając ciasto), ale nie dosładzałam go więcej, przecież pierniki będą lukrowane słodkim lukrem, albo smarowane czekoladową polewą, również słodką.

Gotowe ciasto rozwałkowałam na stolnicy na  grubość około 0,7- 0,8 cm, odrobinę podsypując mąką.

Wykrawałam  małe pierniczki foremkami , a duże po prostu nożem, jak zwykle.

W nagrzanym piekarniku do około 180 stopni piekłam pierniki na papierze do pieczenia rozłożonym na blasze.

Pierwsze niestety troszkę zbyt mocno przyrumieniłam, ale tak zwykle bywa u mnie  z pierwszą partią.

Pierniki muszą być  tylko troszkę  przyrumienione i jeszcze odrobinę miękkie, kiedy się je wyjmuje z piekarnika.

Wyjęłam je i ułożyłam na płaskich tacach i deskach kuchennych.  Bardzo ważne, żeby pierniki wystygły na całkiem płaskiej powierzchni, żeby nie powyginały się.

Do jutra będą stygły, a jutro włożę je do pudełka metalowego i zostawię, żeby miękły  sobie spokojnie. A tuz przed Wigilią będziemy je lukrować i zdobić!

Ale będzie wtedy zabawa 🙂

Basia

Pierniczki bożonarodzeniowe

przygotowane przed paroma tygodniami i dojrzewające do dziś ciasto na pierniki, o którym pisałam tu 20 listopada ( 1 kg mąki żytniej razowej drobnozmielonej , około kilograma miodu, 2 opakowania przyprawy do pierników Kamis).

375 g masła roztopionego

2 czubate łyżeczki sody oczyszczonej

3 jajka

około filiżanki wody

Ciasto potrójnie śliwkowe

Brak komentarzy

Tej jesieni  nie upiekłam ani jednego ciasta ze śliwkami! To aż nieprawdopodobne!

Stwierdziłam więc, że muszę się trochę zrehabilitować.

Właśnie skończyły się w domu wszystkie poprzednie wypieki i zaniepokoiłam się , że zostanę bez żadnego ciasta. Tak więc czas na pieczenie był właściwy!

Nie szukałam żadnych przepisów, miałam ochotę na jakąś improwizację .

I w efekcie zrobiłam ciasto potrójnie śliwkowe.

Wprawdzie nie było w nim świeżych śliwek, były za to śliwki suszone, śliwki z takiej korzennej, delikatnie octowej i słodkiej  marynat  produkcji mojej Teściowej, oraz powidła śliwkowe produkcji mojej Mamy. Miały być  też orzechy, ale mimo, że je przygotowałam  ,  w rezultacie zapomniałam  je do ciasta wrzucić:-)

Z mąki, szczypty soli i proszku do pieczenia, jajek,  cukru demerara, śmietany, mleka i esencji pomarańczowej zrobiłam ciasto. Wymieszałam wszystkie składniki łyżką, choć z  pewnością można to zrobić również  mikserem.

Do ciasta dodałam pokrojone śliwki suszone i  połówki  marynowanych śliwek, wymieszałam wszystko.

Dno tortownicy o średnicy około 22cm wyłożyłam papierem do pieczenia, a boki posmarowałam masłem.

Do tortownicy przełożyłam około połowy masy. Na tej warstwie położyłam powidła  rozsmarowane tak, żeby nie dotykały brzegu. Nie chciałam, żeby się zaczęły przypalać.

Na warstwie powideł położyłam druga część ciasta.  Wyrównałam wierzch i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego wcześniej do około 180 stopni.

Piekłam około 40 minut, kiedy patyczek wbity do ciasta był suchy po wyjęciu, wyciągnęłam ciasto z piekarnika.

Posypałam z wierzchu cukrem pudrem.

Ciasto było przyjemnie wilgotne, to chyba dzięki zarówno owocom, jak i powidłom w środku.  Marynowane śliwki dawały przyjemny korzenny aromat. Ale jeśli nie macie takiego rodzaju marynaty, to na pewno można dać do tego ciasta połówki śliwek z kompotu, byle nie rozgotowane. Choć  teraz pewnie nie robi się już kompotów na zimę, jak dawniej, ale może są jednak jeszcze takie domy, gdzie

przyrządza się tego rodzaju przetwory?  A jeśli nie znajdziecie niczego w tym rodzaju, to zawsze można dać więcej suszonych śliwek, albo jakieś inne owoce z kompotu, na przykład brzoskwienie, czemu nie ?

Smacznego,

Basia

Ciasto potrójnie śliwkowe

300g mąki

szczypta soli

2 jajka

150g cukru demerara

150g masła roztopionego

150g śmietany

50ml mleka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

naturalna esencja pomarańczowa

śliwki suszone( bez pestek ) garść lub według uznania

powidła śliwkowe ( domowe, około 2/3  słoiczka, ale można trochę więcej)

śliwki w delikatnej słodkiej zalewie octowo-korzennej ( domowe),  pół słoiczka tzw. dżemowego

cukier puder  do posypania z wierzchu

Hiacynty i pierniki

komentarze 2

Kiedy kończy się zima, ale wiosny jeszcze nie widać zbyt dobrze,  często kupuję  pojawiające się wtedy w sprzedaży hiacynty. To są właściwie cebule hiacyntów z nieśmiało wychodzącymi dopiero pąkami kwiatów.

Kupuję kilka naraz, sadzę je w doniczkach i stawiam na oknie w kuchni. Na bieżąco obserwuję, jak kwiaty rosną i rozkwitają. Chcę w ten sposób wywołać wiosnę. Często bywa tak, że kilka razy pod rząd na parapecie dojrzewają hiacynty, a wiosny wciąż nie ma… Ja natomiast mam potem mnóstwo przekwitniętych  cebul hiacyntowych!

Kiedy już jest prawdziwa wiosna, zwykle sadzę je w ogrodzie. Chyba że coś przeszkodzi  mi w tym, albo po prostu zapomnę .

Tak właśnie było w tym roku, i w rezultacie cebule przeleżały całe lato na tarasie,… aż w okolicy września zaczęły puszczać nowe pędy!

Zmiłowałam się wtedy nad nimi i posadziłam je w donicy.

A one  tak się odwdzięczyły właśnie:

Ostatnie ciepłe i słoneczne dni ( zupełnie jakby nielistopadowe) nastrajają pozytywnie. Jakoś trudno uwierzyć, że za chwilę będzie już grudzień. A skoro grudzień, to i Święta. No i  przygotowania do Świąt!

Właśnie! Muszę przecież już  nastawić ciasto na pierniki, żeby miało czas dojrzeć. Ale o tym napiszę  innym razem.

Na pewno zaraz na początku tygodnia musze kupić  mąkę i miód i zrobić ciasto.

A tymczasem, na prośbę mojej Córki,   upiekłam piernikowe muffiny.

Muffiny piernikowe

na 12 sztuk

250 g mąki

2 płaskie łyżeczki przyprawy do pierników

90 g oleju

150g miodu

łyżeczka sody oczyszczonej

1duże lub 2 małe jajka

100g kwaśnej śmietany ( dałam 12%)

powidła śliwkowe

2 łyżki cukru muscovado

mała płaska łyżeczka cynamonu

garść orzechów włoskich grubo posiekanych

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Do miski wsypałam mąkę, przyprawę do pierników, sodę, dodałam jajka, olej i podgrzany miód.

Dodałam śmietanę i wymieszałam całość dokładnie.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki, do każdej włożyłam trochę ciasta i zrobiłam małe zagłębienie, w które   następnie włożyłam łyżeczkę powideł, a następnie powidła przykryłam znów ciastem. W miseczce wymieszałam muscovado z cynamonem i orzechami. na wierzchu każdej muffinki położyłam łyżeczkę tej mieszanki. Wstawiłam do piekarnika na około 20 minut. Gdy patyczek wbity w muffinki po wyjęciu był suchy, wyjęłam je z piekarnika.

Trzeba uważać  sprawdzając patyczek,  bo można to  błędnie odebrać,   kiedy jest  mokry  od powideł, a nie z nieupieczenia 🙂

Zamiast cukrowo-cynamonowej posypki można muffinkom zrobić też  „czapeczkę” z czekolady.

Te muffinki są dość mało słodkie, więc czekolada im  z pewnością nie zaszkodzi, a do powideł można dodać  konfiturę z róży.

I ja tak właśnie  zrobię następnym razem!

Smacznego,

Basia

Ciasto z bananami i czekoladą

komentarze 2

Kiedy przychodzą chłodne dni lubię zjeść kawałek konkretnego ciasta, takiego sycącego.

Zimna jesień, która nas ogarnęła już chyba bezpowrotnie,  idzie w parze właśnie z takimi wypiekami.

Przeglądam książki z recepturami ciast i planuję, co upiekę…

Z pewnością  będzie ciasto czekoladowe ( takie lubi mój Mąż),  będzie piernik przekładany powidłami i różą, jakieś ciasto z bakaliami w stylu angielskim… I  ciasto bananowe też!

Bardzo niedawno odkryłam dla siebie ciasto bananowe. Choć  wiedziałam o jego istnieniu,  zupełnie nie ciągnęło mnie w jego stronę, aż do momentu , kiedy (trochę z konieczności) upiekłam je po raz pierwszy.  To było wtedy, gdy rozmroziła się zawartość zamrażarki i szkoda mi było całego woreczka słodkich i dojrzałych bananów.

Pisałam o tym w kwietniu przy okazji banana bread.

Ciasto bananowe ma z pewnością kilka zalet. Jest smaczne, to pierwsza i podstawowa zaleta. Jest  odżywcze i sycące, może więc  wraz z kubkiem kawy z mlekiem stanowić całkiem niezłe śniadanie. To dla tych, którzy lubią zacząć dzień na słodko. Jest wilgotne i może długo leżeć w lodówce, zawinięte w folię spożywczą, nie tracąc walorów smakowych. To już chyba wystarczające powody, żeby je upiec.

Tym razem upiekłam ciasto bananowe z czekoladą.

Ciasto bananowo-czekoladowe

45 g masła miękkiego

120g cukru demerara

2 jajka

75g jogurtu naturalnego, ja dałam grecki, bo taki miałam.

Ale może też być jogurt o smaku bananowym albo czekoladowym z pewnością. Wtedy proponuje dać odrobinę mniej cukru.

250-270g bananów bardzo dojrzałych, obranych i dobrze rozgniecionych.

225g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki soli

200g czekolady grubo utartej, albo bardzo drobno pokrojonej.  Ja dałam gorzką czekoladę, ale mleczna też będzie fajna, ważne żeby miała sporo kakao, na pewno nie mniej niż 30%.

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

W misce dobrze ubiłam masło z cukrem, stopniowo dodawałam jajka, dalej jogurt aż wreszcie dodałam stopniowo rozgniecione wcześniej banany.

Dodałam następnie mąkę z proszkiem i solą, dalej miksowałam. W końcu dodałam, ciągle miksując, czekoladę. Masę przełożyłam do keksówki wyłożonej papierem do pieczenia.

Piekłam około 50 minut, aż ciasto dobrze wyrosło, było zwarte i delikatnie rumiane,  a patyczek wbity w ciasto wyszedł z niego suchy.

Podobno najlepiej rozkroić ciasto na następny dzień, ja jednak miałam na nie ogromną ochotę, więc nie wytrzymałam i spróbowałam, gdy było jeszcze ciepłe.

Łasuchom polecam posmarowanie kawałka ciasta masłem orzechowym albo nutellą, ale oczywiście dopiero jak przestygnie całkiem 🙂

Basia

Niekawowe ciasto do kawy

komentarze 2

Chciałam upiec jakieś fajne ciasto.

Pomyślałam, że skoro jest jesień, to trzeba  teraz piec ciasta z owocami.  A ja przecież nie upiekłam jeszcze w tym sezonie ciasta ze śliwkami!

Tylko, że nie na to mam ochotę…

Kupiłam wielkie piękne mango. I prawie tak pachnące,  jak te egipskie, o których pisałam tu już kiedyś. Prawie…

Miało być więc ciasto z mango, ale kiedy je obrałam, okazało się, że owoc piękny z wierzchu w środku był miękki  i niesmaczny.

Czyli nici z pysznego ciasta z mango. Trudno.

Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło, prawda?

Upiekłam  więc  ciasto z przepisu  Lindy Collister z „Cakes & bakes from my mother’s kitchen”.

Zrobiłam już kilka rzeczy z tej książki i bardzo byłam do tej pory zadowolona. Podoba mi się klimat tych wypieków,  tradycyjnych angielskich ciast, babeczek i  muffinek. Zrobione, tak jak lubię,  z najwyższej jakości produktów: masła, czekolady, brązowego cukru,  jajek  czy śmietany są po prostu szlachetne w smaku.

Linda Collister jest autorką wielu książek dotyczących pieczenia w tym również pieczenia  chleba. Ja niestety mam na razie tylko jedną jej książkę.

Myślę jednak , że podczas kolejnej mojej wizyty w Londynie wyszukam na półkach ulubionego  Foyles  przy Charring Cross Road  113-119 jakieś nowe źródło inspiracji  kulinarnych pióra tej pani.

A tymczasem  upiekłam  ciasto, które w nazwie sugeruje, że jest kawowe. W  rzeczywistości nim nie jest , ale  do kubka kawy świetnie pasuje.  Stąd jego nazwa według Autorki.

Piekąc to ciasto do końca nie przewidziałam efektu. I choć piekłam je zupełnie bez obaw, nie mając wątpliwości  że dobrze wyjdzie,  nie sądziłam , że będzie aż tak pyszne!

Połączenie cukru muscovado z orzechami i cynamonem zapieczonych jak skorupka na wierzchu ciasta a po spodem miękkie wilgotne ciasto z tym samym orzechowo aromatycznym nadzieniem , co na górze… powiem krótko: poezja!

Soured cream coffee cake

ciasto

115 g miękkiego masła

170 g cukru demerara ( w oryginalnym przepisie jest jasny cukier muscovado, ale takiego nie miałam, więc dałam demerarę po prostu)

250 g mąki

2 łyżeczki sody oczyszczonej

2 jajka

250ml śmietany kwaśnej ( ja dałam 12%)

nadzienie i wierzch

3 łyżki ciemnego cukru muscovado

łyżka cynamonu mielonego

90 g orzechów włoskich posiekanych grubo

Rozgrzałam piekarnik do temperatury około 180 stopni.

Masło utarłam z cukrem na gładką masę a następnie dodałam mąkę i sodę,  przez chwile jeszcze ucierałam te masę.  Osobno szybko ubiłam jajka ze śmietaną i dodałam tę śmietanową masę do  masła z cukrem i mąką. Wszystko dobre zmiksowałam.

Osobno wymieszałam muscovado , cynamon i orzechy.

Formę ( keksówkę) wyłozyłam papierem do pieczenia, wlałam około połowy ciasta, wysypałam  około połowy nadzienia, wlałam pozostałą część ciasta a wierzch posypałam pozostałą częścią cynamonu , muscovado i orzechów.

Wstawiłam ciasto do piekarnika. Piekłam około godziny, spróbowałam wbić patyczek do ciasta. Gdy był już suchy, wyjęłam ciasto z piekarnika.

Wprawdzie Autorka poleca jeść to ciasto jak jest jeszcze ciepłe, ja jednak uważam, że wystudzone, a nawet następnego dnia jest znacznie lepsze. Pyszne!

Ale to w sumie kwestia gustu:-)

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress