Archwium dla

marzec, 2010

...

Szarlotka

Brak komentarzy

Kiedy wczoraj robiłam zakupy w supermarkecie, mój wzrok padł na piękne (jak na tę porę roku) i dorodne jabłka.

Od razu poczułam, że muszę upiec szarlotkę! Dość dawno jej nie piekłam…

I właśnie teraz uświadomiłam sobie, że mój organizm się jej najzwyczajniej domaga!

Wybrałam  najładniejsze jabłka, zrobiłam resztę zakupów i pomaszerowałam do kasy.  Może to głupie, ale naprawdę cieszyłam się na samą myśl, że będę piec  ciasto z jabłkami.

Z szarlotką jest tak,  jak ze wszystkim innym: bigosem, tiramisu, surówką z kapusty czy minestrone, tyle przepisów ilu kucharzy.

Mój przepis jest oczywiście prosty, jak cała moja kuchnia. Zresztą szarlotka prosi się o prostotę!

Dziś zrobiłam ją z jabłkami pokrojonymi w plasterki, ale bardzo często ucieram je na tarce. Wtedy jabłka ( pozostawione na chwilę)  pozwalają odcisnąć  nadmiar soku i spód ciasta nie rozmoknie zbytnio. Chciałam jednak zrobić przyjemność  mojemu Mężowi, który  najbardziej lubi  szarlotkę z jabłkami w plasterkach:-)

Zaczęłam od  zrobienia kruchego ciasta. Pewnie się zdziwicie, ale taką niedużą porcję kruchego ciasta robię w misce.  Nie chce mi się nigdy wyciągać stolnicy, potem ją trzeba skrobać, myć i to wcale nie jest łatwe w okrągłym zlewie kuchennym. Więc z lenistwa robię ciasto w misce i jest bardzo fajnie!

Do miski wsypałam mąkę, utarłam na grubej tarce zimne całkiem masło, dodałam żółtka( białka zostawiłam , żeby ubić z nich pianę, którą  położyłam później na jabłkach), cukier,  sól, proszek do pieczenia i  oczywiście kwaśną śmietanę!  Moja Mama mówi, żeby nie zabierać się w ogóle za kruche ciasto, jeśli nie ma się kwaśnej śmietany!

Wymieszałam wszystko dokładnie i na koniec szybko zagniotłam ręką ciasto. Kruche trzeba szybko zagniatać,  jak najkrócej w kontakcie z ciepłą ręką, żeby nie zrobiło się „gumowe” .

Gotowe ciasto włożyłam do lodówki, żeby się schłodziło jeszcze.

Włączyłam piekarnik na około 160-170st.

Obrałam jabłka, pokroiłam na plasterki i  skropiłam sokiem z cytryny, żeby nie ściemniały.

Ubiłam pianę z białek, dodałam do niej cukier i  naturalny olejek cynamonowy,  który dostałam od Ewy, mojej koleżanki. Ona jest fanką „organic food”,  przywozi  mi z różnych wyjazdów takie właśnie cuda,  jak naturalny ekstrakt z wanilii czy olejek cynamonowy.  To jest miłe! I smaczne, oczywiście.

Tortownicę wyłożyłam papierem do pieczenia,  podzieliłam ciasto na dwie części czyli 1/3 i 2/3 .

Tę mniejszą schowałam do zamrażarki, żeby się mocniej schłodziła i żeby można  było ciasto utrzeć na tarce.

Większą częścią  wyłożyłam dno tortownicy,  zawinęłam wyżej na  brzegach, nakłułam  widelcem i włożyłam do piekarnika, żeby nieco podpiec spód, zanim położę na nim jabłka.  Po około 15 minutach, kiedy ciasto zaczęło się nieco złocić, wyjęłam je z piekarnika. Posmarowałam cienką warstwą powideł śliwkowych mojej Mamy (śliwkowe powidła mojej Mamy są równie bezkonkurencyjne jak te morelowe! Po prostu najlepsze na świecie). Na powidłach położyłam jabłka. Jeśli jabłka są bardzo kwaśne, trzeba je posłodzić i wymieszać przed położeniem na cieście. Moje były bardzo słodkie, więc nie słodziłam. Następnie położyłam pianę z białek ubitą z cukrem, a na końcu warstwę ciasta wyjętego z zamrażarki i utartego na grubej tarce. Całość wstawiłam do piekarnika, zmniejszyłam temperaturę do 150st i tak piekłam około godziny, a może dłużej. Wyłączyłam piekarnik , gdy ciasto na wierzchu było  złote. Chwilę jeszcze zostało w piekarniku, potem wyjęłam je i zostawiłam, żeby trochę przestygło.

Gdy było jeszcze ciepłe,  zdjęłam obręcz tortownicy  i właśnie przyszła moja Córka.  Nie było na co czekać, bo taka szarlotka najlepiej smakuje na ciepło! Świeżutka, prosto z piekarnika…

Basia

Szarlotka

na tortownicę o średnicy 26 cm

ciasto:

400 g mąki

2 żółtka

2 białka (do ubicia piany)

200g masła

5 łyżek cukru do ciasta (+ 5 łyżek do piany)

łyżeczka proszku do pieczenia

4-5 łyżek kwaśnej śmietany

szczypta soli

ewentualnie cukier waniliowy do ciasta i cynamon do jabłek albo do piany

oraz

1500g jabłek ( po obraniu i wycięciu gniazd nasiennych zostało około 1000g)

1/2 – 2/3  słoika powideł śliwkowych

ewentualnie cukier do kwaśnych jabłek

Kasza i pulpeciki

komentarze 3

Kiedy zrobiłam po raz pierwszy  te pulpeciki, podpatrzone u Nigelli Lawson, podałam je z makaronem. To był chyba makaron tagliatelle.  I tak już było za każdym razem, pulpeciki  z makaronem, a właściwie makaron z pulpecikami. Ale  dlaczego zawsze makaron?  Dziś postanowiłam złamać tę dotychczasową zasadę i zrobiłam kaszę z pulpecikami. Do kaszy przecież bardzo pasują sosy. Ten również pasuje.

Ugotowałam kaszę jęczmienną, taką najbardziej lubię. Nie wiem  jak Wy gotujecie kaszę, ale ja –odkąd mieszkając w Egipcie nauczyłam się gotować ryż „po egipsku”-  w podobny sposób przyrządzam  również kaszę.

W rondlu rozgrzewam nieco oleju ( około 1-2 łyżki) i kiedy jest gorący,  wrzucam jedną  porcję kaszy (na przykład filiżankę). Mieszam z olejem i pozwalam jej się nieco wyprażyć,  uważając  żeby się nie przypaliła. Następnie wlewam 2 i pół porcji wody ( czyli na 1 filiżankę kaszy- 2 i pół filiżanki wody), solę i zmniejszam nieco  płomień. Pozwalam kaszy wchłonąć  większość  wody, przykrywam rondel i zmniejszam jeszcze płomień, albo nawet całkiem wyłączam. Zostawiam, żeby dogotowała się, wchłonęła całość wody i stała się sypka (w przypadku ryżu są inne proporcje ryżu i wody, 1:2).

Ale wróćmy do pulpecików,  są z pewnością bardziej pracochłonne niż standardowy sos boloński do spaghetti, ale jednocześnie są fajną odmianą  takiego sosu. Ciekawą wersją „zwykłego” mielonego mięsa. Warto spróbować.

Pulpeciki z sosem pomidorowym

na około 4 porcje

pulpeciki:

375 g mięsa mielonego ( u mnie było chude wołowe i wieprzowe 1:1)

40-50 g utartego parmezanu

1 jajko

3 łyżki bułki tartej

spora łyżeczka suszonego oregano

sól

spora szczypta pieprzu

rozgnieciony ząbek czosnku

W  misce wymieszałam  dokładnie wszystkie składniki, formowałam małe kulki  około 2, 5 cm średnicy i układałam je na desce uważając, żeby nie dotykały do siebie. Policzyłam,  były 42 kulki.

Zabrałam się za przygotowanie sosu.

sos:

2 ząbki czosnku

cebula

łyżka oliwy nie z pierwszego tłoczenia

łyżka masła

około 500g przecieru pomidorowego ( ja dałam pół puszki pomidorów bez skórki , krojonych i około 100g koncentratu pomidorowego. Myślę że może też być po prostu dobry koncentrat  pomidorowy i odpowiednia ilość wody)

100ml wody

100ml mleka minimum 2%

spora łyżeczka oregano

sól

spora szczypta cukru i pieprzu

Rozgrzałam w rondlu z grubym dnem oliwę z masłem. Zmiksowałam w blenderze cebulę i czosnek na gładką masę i wylałam na rozgrzany tłuszcz. Przez chwilę smażyłam, dodałam pomidory i koncentrat, wodę, przyprawy i zagotowałam. Dodałam mleko i gdy zawrzało wkładałam delikatnie, po kolei kulki mięsne.

Kiedy włożyłam już do sosu wszystkie kulki, zostawiłam bez mieszania na około 10 minut. Dopóki kulki nie zmienią koloru i nie staną się zwarte, nie należy ich mieszać, żeby nie rozpadły się.

W sumie gotowały się około 20 minut.

Gotowe pulpeciki położyłam na ugotowanej kaszy i posypałam utartym serem Dziugas  (zabrakło parmezanu).  Jeśli  jeszcze nie znacie,  to koniecznie spróbujcie tego litewskiego sera!  Wspaniały. Można go znaleźć  w supermarketach na półkach obok porcjowanego Grana Padano i  Parmigiano Reggiano.

Ja bardzo często go kupuję i używam podobnie jak  używam parmezanu.  Jest bardziej miękki i nieco delikatniejszy, ale warto go spróbować. Na przykład razem z dzisiejszymi pulpecikami.

Basia

Snickersowe muffinki z masłem orzechowym

komentarzy 6

Są  czasem takie chwile, że człowiek potrzebuje poprawić sobie humor.  Różne są sposoby.

W moim przypadku doskonale się tu sprawdza Nutella. Łyżeczka Nutelli i już świat jest piękniejszy.

Podobnie działa masło orzechowe! Prawdę powiedziawszy  nieswojo się czuję, gdy nie mam go  w domu i raczej staram się nie dopuszczać do takich sytuacji.

Masło orzechowe, poza tym że można jeść je łyżeczką wprost ze słoika ( to jest chyba najlepsze jego przeznaczenie),  doskonale się nadaje do gotowania i pieczenia różnych fajnych rzeczy. Dziś opowiem o jednej z nich, o muffinkach.

Bardzo lubię piec muffinki i cieszę się, że wreszcie można kupić w Polsce te papierowe foremki na nie

(papilotki). Do niedawna wyszukiwałam ich wszędzie, będąc za granicą, i przywoziłam sporo na zapas, żeby czasem nie zabrakło, zanim znów gdzieś pojadę.

Przepisów na muffinki są tysiące i z pewnością  ja też tu o kilku jeszcze napiszę. Tym razem będą to muffinki z masłem orzechowym i Snickersami.

Muffinki z masłem orzechowym i Snickersami

na 12 sztuk

250 g mąki

około 150g masła orzechowego, najlepiej jeśli to jest wersja „crunchy”, ale jeśli macie tylko gładkie, to też może być

1 jajko

50g roztopionego masła

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

85 g cukru Demerara

175 ml mleka

minimum 2, a lepiej 3 Snickersy  ( czyli 100-150g)

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do 200st.

W jednej misce zmiksowałam mleko, jajko i  masło orzechowe.

W drugiej misce wymieszałam mąkę, proszek, sól i cukier.

Następnie do mąki wlałam masę z mleka i masła orzechowego i razem miksowałam. Dodałam roztopione masło i przez chwilę jeszcze miksowałam. Ta połączona masa była teraz  już bardzo gęsta.

Dodałam pokrojone na niewielkie kawałki Snickersy i dobrze wymieszałam.

W formie do muffinów ułożyłam papierowe papilotki i do każdej włożyłam porcję masy.

Zmniejszyłam temperaturę w piekarniku do około 180st i włożyłam muffiny. Piekły się około 20-25minut, aż były dość zwarte i zaczęły się złocić z wierzchu. Wbiłam patyczek do jednej muffinki , był suchy, więc wyjęłam formę z piekarnika. Po kilkunastu minutach, gdy przestygły,  wyjęłam je  z formy.

Sprawdziłam zaraz , z pewnością są warte grzechu 🙂

Basia

Zielone curry

komentarze 2
Podobno, jak się o czymś  bardzo intensywnie myśli, to można (tym myśleniem)  to wywołać. Czy  to prawda i czy można tak wywołać wiosnę, tego nie wiem. Ale bardzo już za nią tęsknię!  Więc na jej cześć,  dzisiejsza nasza kolacja utrzymana była w zielonej tonacji .
Zielone curry z filetem z indyka, zielonym groszkiem, fasolką i świeżą kolendrą,  zielona sałata z rukolą, ryż jaśminowy  i winegret do sałaty podane w zielonych naczyniach, wiosennie zielone serwetki.
Czy przekonamy tym wiosnę do przyjścia ?  Trudno powiedzieć, ale kolacja z pewnością była udana.
Spróbujcie tego curry, fajny pomysł.
Zielone curry z filetem z indyka, groszkiem, fasolką i świeżą kolendrą.
dla 4 osób
około 400g filetu z indyka
2 łyżki oliwy z oliwek
cebulka dymka ( zielona i biała część)posiekana
Green curry paste około 50g ( do kupienia w sklepach albo na stoiskach supermarketów z żywnością orientalną albo ze zdrową żywnością
groszek zielony mrożony  200g
fasolka zielona, ja użyłam mrożonej płaskostrąkowej około 250 g, ale może być po prostu fasolka szparagowa
garść mrożonych ( mogą być świeże, oczywiście) brokułów, podzielonych na  różyczki
łyżeczka cukru
odrobina maleńka chili
wywar warzywny lub z drobiu albo kostka rosołowa
około 150-200ml wody
puszka mleka kokosowego (ok. 400ml)
świeża kolendra siekana
łyżeczka octu winnnego
sól
kilka cząstek limonki
Na dużej patelni rozgrzałam oliwę i wrzuciłam na nią posiekaną dymkę, podsmażyłam. Następnie (po chwili) dodałam green curry paste i przez  chwilę jeszcze smażyłam. Następnie dodałam indyka pokrojonego w paseczki  1 cm x 3 cm i dalej dusiłam przez parę minut, po chwili dodałam mleko kokosowe. Gdy zagotowało się dodałam warzywa, chili, ocet winny, odrobinę soli ( wedle uznania), kostkę rosołową, wodę. Całość dusiła jeszcze przez parę minut, aż indyk był całkiem miękki.
Gotowe danie posypałam posiekaną kolendrą. Podałam curry  z cząstkami limonki, żeby każdy mógł doprawić sobie swoją porcję, tak jak lubi.
No i dalej czekamy na wiosnę…
Basia

Pappardelle z suszonymi pomidorami i kurczakiem

komentarze 4

Makaron, to bardzo wdzięczne danie. Można do niego dodać niemal wszystko i z pewnością będzie pasowało. I nie trzeba czekać zbyt długo na efekt. Same zalety.
Dziś właśnie ugotowałam makaron.
Ze wszystkich kształtów makaronu, najbardziej lubię pappardelle. Szerokie, długie, mięsiste wstążki. Ten makaron jest dla mnie taki konkretny!
Sam w sobie jest już niemal daniem, nawet bez dodatków. Mnie wystarczyłoby dodać do niego trochę dobrego masła i parmezanu, czyli najprostszy sos Alfredo.
Jednak wiem, że nie wszystkich to najwyżej usatysfakcjonuje w moim domu, więc zrobiłam bardziej „treściwy” sos.
Z mojego doświadczenia wynika, że jest to ogólnie bardzo lubiana potrawa, rzadko zdarza się jej przeciwnik. Nie dziwię się…

Pappardelle z suszonymi pomidorami i kurczakiem

dla 3 osób
około 400g filetu z kurczaka
ok. 60 g suszonych pomidorów wyjętych z zalewy z olejem słonecznikowym
około 2 łyżek wspomnianej zalewy z oleju słonecznikowego
2 łyżki octu balsamicznego
2 rozgniecione ząbki czosnku
sól, cukier do smaku
suszone oregano, mielony pieprz
około 220g makaronu ( waga przed ugotowaniem)
około 30 g parmezanu świeżo utartego
kilka liści bazylii
10 czarnych oliwek przekrojonych na połówki
(Jeśli z jakiegoś powodu wolicie makaron w wersji wegetariańskiej, to zamiast kurczaka można dodać na przykład podsmażone pieczarki.
Jednak nawet z samymi suszonymi pomidorami jest wyśmienity, polecam! Trzeba tylko dać ich więcej, oczywiście)

Na rozgrzanej patelni, na oleju słonecznikowym (tym z zalewy suszonych pomidorów) podsmażyłam, a potem udusiłam mięso z kurczaka, wcześniej pokrojone w kosteczkę około 2 x2 cm.
Smażyłam około 15-20 minut.
Dodałam suszone pomidory pokrojone w paseczki , ocet balsamiczny, sól, przyprawy, oliwki i podusiłam jeszcze przez chwilę.
W tym czasie ugotowałam makaron. Pamiętajcie, że garnek do gotowania makaronu musi być wystarczająco duży, na każde 100g makaronu potrzeba minimum 1 litr wody.
Gotowy makaron ( oczywiście, gdy był jeszcze al dente) odcedziłam .
Odcedzony makaron przełożyłam od razu na dużą patelnię, gdzie dusił się przyprawiony kurczak z suszonymi pomidorami. Dodałam nieco gorącej wody z gotowania makaronu. Wymieszałam.
Podałam go od razu, z parmezanem , zielonymi listkami bazylii i kieliszkiem białego wina!

Basia

Ciasteczka owsiane

Brak komentarzy

Forsycja, której  gałązki ścięłam tydzień temu w ogrodzie, zakwitła!

W domu zrobiło się prawie  wiosennie. Prawie, bo jest ciągle zimno!

Palę w kominku i myślę, co tu zrobić, żeby się jeszcze bardziej  rozgrzać?

Włączyłam piekarnik. To był pierwszy krok.

Kolejnym, szybkim  krokiem było pieczenie ciastek owsianych.

A czemu owsianych?

Bo to takie rozgrzeszenie… przecież to są bardzo zdrowe ciastka!

Same najzdrowsze, naturalne  składniki.

A do tego  owies obniża poziom cholesterolu, nie wiecie jeszcze?

I przyśpiesza perystaltykę  jelit. I ma dużo białka.

Samo zdrowie!

A poza tym, fajnie smakują te ciasteczka.

Ciasteczka owsiane

(nie wiem dokładnie  ile sztuk, bo zanim policzyłam, to zjedliśmy sporo 🙂 Było  chyba około 35 sztuk)

250 g płatków owsianych

50 g roztopionego masła

50 g cukru trzcinowego Demerara ( jeśli lubicie bardzo słodkie, to może trzeba będzie dodać trochę więcej cukru)

50 g maki pszennej

około 100-120ml świeżo zagotowanej wody

75 g orzechów laskowych posiekanych grubo

¼ łyżeczki sody oczyszczonej

spora szczypta soli

2 łyżki  syropu klonowego

naturalny ekstrakt waniliowy

Nagrzałam piekarnik do około 180stopni.

W misce wymieszałam płatki z mąką, solą, sodą,  orzechami  i cukrem. Zagotowałam i wlałam gorącą wodę , potem wlałam roztopione masło,  ekstrakt waniliowy,  całość wymieszałam dokładnie i dodałam syrop klonowy.

Na blaszce rozłożyłam papier do pieczenia. Łyżeczką nabierałam porcje i kładłam na papierze  (dość blisko  siebie) kolejne ciastka.

Wstawiłam  blachę do piekarnika na około 20 minut. Kiedy ciastka zrobiły się zwarte i mocno złote na brzegach , wyłączyłam piekarnik i zostawiłam ciastka w środku przy uchylonych drzwiczkach  piekarnika. Bardzo przyjemne ciepło wypełniło kuchnię.

Po chwili wyjęłam ciastka z piekarnika.

Zrobiłam sobie kubek gorącej kawy z mlekiem i zjadłam bardzo zdrowy i wartościowy podwieczorek.

Ale  bądźmy szczerzy…przede wszystkim bardzo smaczny!

Basia

Śmietankowy torcik z malinami

komentarze 3

W torcie zawsze najbardziej lubię masę! Dla mnie, tort może składać się wyłącznie z masy. I nawet mam taki ulubiony tort, ale opowiem o nim kiedy indziej. On jest  taki baaardzo czekoladowy,  a postanowiłyśmy z Córką popracować nad charakterem i silną wolą i w Wielkim Poście nie jemy czekolady. Więc też nie robimy czekoladowych deserów. Nie jest to łatwe, przyznam,  szczególnie jeśli jest się nałogowym zjadaczem Kitkatów karmelowych… Dlatego dziś mam inną propozycję, również dość kremową… torcik z malinami i kremem śmietankowym.

To, podobnie jak wiele moich przepisów, jest bardzo ekspresowy torcik. Właściwie najdłużej trwa jego chłodzenie w lodówce. Przygotowanie nie zabierze Wam nawet kwadransa.

Do przygotowania tego deseru użyłam mrożonych malin,  a moja Córka była przekonana że są świeże! Zupełnie nie było widać, że wyjęte są z zamrażarki. Możecie dać inne mrożone owoce,  nietrudno teraz kupić borówki (dla niektórych z Was pewnie „jagody”, ale ja jestem z Krakowa, więc dla mnie są „borówki” :-)), czy choćby truskawki. Ja najbardziej lubię z tą masą właśnie maliny. Zawsze mam je w domu, najchętniej te zerwane  latem  w  naszym ogrodzie i zamrożone.

Spód do tego torciku zrobiłam z paczki  ciastek owsianych „Wiatraczki”, które zmiksowałam z dwiema  łyżkami  kwaśnej  śmietany.

Często w przepisach wykorzystuje się takie spody, jednak zwykle zmiksowane są z masłem. Ja chciałam, żeby ten spód nie był taki bardzo tłusty. Potrzebowałam jedynie „spoiwa” dla tych rozdrobnionych herbatników.

Masą herbatnikową wyłożyłam, a właściwie wylepiłam, dół tortownicy, na którym wcześniej położyłam wycięty krążek  z papieru do pieczenia .

W wysokim naczyniu ubiłam śmietankę kremówkę, ona ma być gęsta i ubita, ale nie taka  całkiem sztywna. W osobnym naczyniu zaczęłam miksować mascarpone i dodawałam stopniowo ubitą śmietanę i 3 łyżki cukru pudru.  Dodałam  naturalny ekstrakt  wanilii i jeszcze przez chwilę ubijałam.

Spód torciku posmarowałam cienką warstwą morelowych powideł produkcji mojej Mamy (to są najlepsze na całym świecie powidła morelowe,  z całą pewnością!)

Następnie położyłam cienką warstwę masy śmietankowej, potem większą część malin, resztę masy  śmietankowej i na wierzchu pozostałe maliny.

Całość wstawiłam do lodówki.  Sprawdziłam po około 2 godzinach i wtedy torcik był już gotowy.

Nie mogłam mu się oprzeć!

Basia

Torcik śmietankowy z malinami

na tortownicę o średnicy 20cm

  • 1 opakowanie 215 g ciastek owsianych „Wiatraczki”
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • 250g mascarpone
  • 250g śmietanki kremówki
  • ekstrakt naturalny z wanilii ( ostatecznie cukier waniliowy)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 2-3 łyżki powideł morelowych

Facebook

Likebox Slider for WordPress