Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Najłatwiejsza zupa szparagowa

komentarze 2

Sezonu szparagowego ciąg dalszy:-)

Dziś zupa. Najłatwiejsza zupa ze szparagów.

Soczyście zielona i pyszna, a przy tym naprawdę dziecinnie łatwa.

Znów nie mogłam oprzeć się kupieniu zielonych szparagów. Wracałam do domu ze świadomością , że mam niewiele czasu na przygotowanie czegoś do jedzenia. Pomysł na zupę ze szparagów rozwiązywał więc mój problem.

Wiązkę szparagów umyłam i odcięłam z pędów końcówki. Jeśli z łatwością dawały się odciąć, nie obierałam. Jeśli nóż wyczuwał opór, obierałam dolne fragmenty łodyg.

Zagotowałam wodę w garnku, wrzuciłam do niej obrane i pokrojone na mniejsze kawałki szparagi. Dodałam czosnek, pokrojonego drobno ziemniaka i naturalną przyprawę warzywną i gotowałam, aż szparagi były dość miękkie. Wyjęłam część ugotowanych górnych fragmentów pędów, czyli tych z główkami i odłożyłam je do dekoracji. Resztę gotowałam jeszcze przez chwilę. W blenderze zmiksowałam szparagi, ziemniaka i wywar, w którym się gotowały. Dodałam  garść listków świeżej bazylii, szczyptę chili, sporo pieprzu, łyżeczkę cukru, łyżeczkę czy dwie octu winnego, śmietankę i sól.

Podczas gdy gotowała się zupa, zrobiłam do niej grzanki, pokroiłam bułkę w drobną kostkę i podsmażyłam na oliwie.

Gotową zupę nalałam do miseczek, ozdobiłam główkami szparagów i świeżą bazylią i podałam z grzankami.

Zupa ze szparagów

4 porcje

wiązka szparagów (500 g chyba)

750 ml wody ( ewentualnie więcej, jeśli jest potrzeba)

1 ziemniak

garść listków świeżej bazylii

sól

cukier

chili

pieprz

naturalna przyprawa warzywna

spory, rozgnieciony ząbek czosnku

100 ml śmietanki kremówki

grzanki

oliwa do podsmażenia grzanek

bazylia do dekoracji

Smacznego,

Basia

Fistaszkowe kwadraty

Brak komentarzy

Kiedy moja Córka po raz pierwszy zobaczyła w „How to be a domestic goddess”  Nigelli przepis na kwadraty z masłem orzechowym, zaświeciły jej się oczy. Mnie w sumie trochę też, bo też jestem fanką masła orzechowego, przecież!

Wielokrotnie powtarzałyśmy, że musimy zrobić te fistaszkowe kwadraty, ale ciągle były jakieś przeszkody.

Imieniny Córki były więc dobrą okazją, żeby wreszcie zrealizować ten plan.

Kupiłam to, co potrzebne i zrobiłam.

Bardzo prosty przepis, na który składają się  dwie warstwy: orzechowa, z masłem orzechowym i czekoladowa.

Orzechową masę zrobiłam wkładając do robota 200 g masła orzechowego ( gładkiego), 200 g cukru pudru, 50 g miękkiego masła, 50 g cukru muscovado.

Cukier muscovado zwykle jest dość zbrylony i robot nie  dał rady całkiem rozetrzeć grudek, ale Nigella twierdzi, że tak ma być. Ja też nic nie mam przeciwko:-)

Rozsmarowałam powstałą masę w naczyniu prostokątnym o bokach około 20×30 cm, wyłożonym papierem do pieczenia. Zrobiłam następnie drugą warstwę:  300 g czekolady ( 200 mlecznej i 100 gorzkiej) włożyłam w misce do kuchenki mikrofalowej i roztopiłam, dodałam łyżkę masła i około 3 łyżek  śmietanki kremówki i dobrze wymieszałam. Warstwę  czekoladową położyłam na warstwie orzechowej i wyrównałam, a potem naczynie wstawiłam do zamrażarki, żeby deser szybko stężał. Gdy był gotowy, pokroiłam go na kwadraty.

Masa orzechowa jest znacznie bardziej miękka, niż czekoladowa. Być może to  z powodu masła orzechowego. Ja kupiłam gładkie masło Felix, które było bardzo miękkie Może lepsze byłby masło firmy Sante albo Black Rose, bo one są twardsze. Problem z miękkością masy jest wtedy, gdy deser poleży chwilę w temperaturze pokojowej, bo wtedy dół orzechowy robi się miękki.

Ale dla prawdziwych łasuchów, to w sumie nieistotne:-)

Smacznego,

Basia

Muffinki borówkowe

komentarze 4

Pewnie nie napisałabym o tych muffinkach, gdyby nie pewien komentarz, tu na moim blogu.

Moja Córka twierdzi, że za dużo piszę o muffinkach i to jest nudne. Pewnie dla niektórych może być, zgadzam się…

Ale też są pewnie tacy, którzy wcale się tym nie nudzą. Niedawny, niezwykle sympatyczny  wpis od Nowej Fanki muffinek  sprawił, że postanowiłam jednak napisać po raz kolejny, tym razem o muffinkach z borówkami. Piekłam babeczki z tymi owocami już nie raz, bo je bardzo lubię! Zwykle dawałam sporo owoców i choć bardzo smaczne, te muffinki były mało trwałe. Przez swą sporą wilgotność dość szybko  traciły formę, więc szybko trzeba było je zjadać.

Kiedyś pijąc kawę w Coffeheaven spróbowałam sprzedawanych tam właśnie muffinek z borówkami. Wiadomo, że wypieki w gastronomii muszą być trwałe, co niestety często odbija się na smaku Te były jednocześnie smaczne, zwarte i całkiem owocowe.  Z pewnością wytrzymują w gablocie więcej niż jeden dzień. Przyjrzałam się im i postanowiłam upiec podobne.

Wyszły naprawdę fajnie, a Iza twierdzi, że są dużo lepsze niż te z Coffeeheaven 🙂

Jeśli jesteście muffinkowymi zjadaczami, jak ja, to spróbujcie, proszę!

muffinki z borówkami ( dla niektórych pewnie z jagodami…)


12 sztuk

260 g mąki pszennej

40 g mąki ziemniaczanej

2 jajka

szczypta soli

180 g cukru

cukier waniliowy

2 pełne ( z czubkiem) łyżeczki proszku do pieczenia

150 g mleka

100 g oleju

120 g borówek  mrożonych

kilka łyżeczek cukru brązowego do posypania muffinek

Zmiksować dobrze wszystkie składniki oprócz cukru brązowego i  owoców.

Gdy masa będzie wymieszana dodać borówki, mrożone owoce porozdzielać, żeby nie były zmrożone w jednej bryle, tylko luźne kuleczki. Wsypywać je i od razu lekko wymieszać, ciasto zabarwi się na niebiesko, a owoce będą pojedynczo zatopione w cieście.

Przełożyć masę do 12 papilotek, każdą muffinkę posypać brązowym cukrem (około 1/2-1 łyżeczki)

Piec w temperaturze 180 stopni, aż wyrosną i będą złoto-brązowe i trochę popękane z wierzchu. Sprawdzić patyczkiem, czy są upieczone i wyjąć z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Pierwsze truskawki i waniliowy krem mascarpone zamiast tortu

komentarze 2

Kiedy dziś w sklepie zobaczyłam truskawki, nie mogłam się im oprzeć.

Nie kupuję zwykle pierwszych truskawek, tych całkiem szklarniowych. Są niesmaczne, niesłodkie i niearomatyczne.

Te dzisiejsze jednak, wyglądały bardzo apetycznie i wiarygodnie!

Poza tym miałam w planie przygotowanie urodzinowego deseru mojemu Mężowi i truskawki do tego bardzo mi pasowały.

Niektórzy stwierdzą, że urodzinowy powinien być tort, nie deser.

Ale przecież tak niedawno mieliśmy pyszny tort, że lekki, kremowy deser będzie zupełnie na miejscu tym razem.

Zdecydowałam się na deser zainspirowany przepisem zaczerpniętym od Delii Smith. I wprawdzie przepis pochodzi z jej książki „Winter Collection”, to w gruncie rzeczy jest bardzo lekkim kremem zrobionym z serka mascarpone, żelatyny , śmietanki kremówki i jogurtu, który właśnie nadaje temu deserowi lekkości. Delia, jak przystało na zimową kolekcję, podaje ten krem z karmelem i karmelizowanymi orzechami laskowymi.

Do mojej wersji wiosennej dałam jedynie świeże truskawki. Część z nich włożyłam do kremu, kilkoma udekorowałam deser, a jeszcze część zmiksowałam z cukrem i zrobiłam sos do polania gotowego deseru, każdej porcji już na talerzyku.

Zapachniało niemal latem:-)

Waniliowy krem mascarpone

11 g żelatyny

150 g śmietanki kremówki

350 g jogurtu naturalnego

250 g serka mascarpone

75 g cukru

2 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

około 500g truskawek

Do  kubeczka wsypałam żelatynę i zalałam ja kilkoma łyżkami śmietanki kremówki.

Odstawiłam na około 10 minut, żeby napęczniała.

W garnku zagrzałam śmietankę z cukrem, rozpuściłam cukier i zanim zaczęło się gotować zdjęłam z kuchenki, włożyłam żelatynę i rozmieszałam dokładnie, a potem zostawiłam, żeby całość przestygła.

W misce robota miksowałam serek mascarpone, aż był gładki i miękki, dodawałam stopniowo jogurt, wanilię i masę śmietankowo- żelatynową.

W przygotowanej misce ułożyłam truskawki, wlałam część deseru, znów położyłam trochę truskawek i jeszcze warstwę kremu. Wierzch udekorowałam ładnymi truskawkami i wstawiłam do lodówki.

Ten deser miał zastąpić tort, dlatego zrobiłam go w całości w misce. Delia proponuje wyłożenie małych miseczek( np.: ramekinów) folią do żywności i napełnienie ich masą. Gdy się schłodzą trzeba je wyjąć z miseczek i położyć do góry nogami. Z mojego doświadczenia wynika, że ta folia nie jest niezbędna, okrojenie nożem wydaje się być zupełnie dobrym rozwiązanie. Mnie nawet ta folia utrudniła wyjmowanie pojedynczych porcji, kiedy pierwszy raz robiłam ten deser. I teraz już nie zawracam sobie głowy folią 🙂

Smacznego,

Basia

Tort weselny :-)

komentarzy 13

A właściwie 5 tortów, w sumie ponad 20 kilogramów!

Tyle właśnie zrobiłyśmy z Córką i pomocą mojej Mamy.

Samodzielnie wykonany tort weselny, to oczywiście duża satysfakcja, ale wcześniej sporo roboty, jak można się spodziewać.

Moja Córka zażyczyła sobie  na wesele takiego samego tortu, jaki miałyśmy i ja i moja Siostra na naszych weselnych przyjęciach. To jest tort z przepisu mojej londyńskiej Cioci Irki, orzechowy z masą czekoladowo-kawową. Tort taki, jak lubię, czyli bez biszkoptu 🙂

To zresztą było jego ogromną zaletą, bo ten tort musi być zrobiony na minimum kilka dni przed podaniem. Warstwy kruche i orzechowe przełożone masą potrzebują czasu, żeby zmięknąć i się dobrze zespolić. Tak więc mogłyśmy go zrobić, zanim nastał czas najgorętszych przygotowań do ślubu i wesela.

Przygotowanie tortów zajęło  nam 2 dni. jeden dzień pieczenia placków, drugi przygotowania masy i przekładania tortów.

Pracy było naprawdę dużo, ale warto było!

Tort wyszedł fantastycznie i zebrał niemało pochwał.

Na szczęście został kawałek, i dzięki temu mogę Wam o nim nie tylko napisać, ale też pokazać go.

To, czego nie widać na zdjęciu, to dekoracja. Torty ozdobione były dużymi wiórami czekolady. Wióry zrobione zostały przy pomocy szpachelki z rozsmarowanej cienko na dużej, zimnej ceramicznej płycie, rozpuszczonej wcześniej, gorzkiej czekolady. Ten etap pracy był również niezwykle pracochłonny. Szczególnie dla osób, które (jakby na to nie patrzeć) nie są zawodowymi cukiernikami.

Poza wspomnianymi, pracochłonnymi wiórami torty zdobiły też świeże kwiaty w kolorze malinowym, ładnie komponując się z brązem czekolady.

Zanim zabrałyśmy się za produkcję tortu, miałam trochę obaw, czy poradzimy sobie z tym przedsięwzięciem. Najbardziej obawiałam się dekoracji. Nie chciałam, żeby wyglądała… powiedzmy: prywaciarsko.

Myślę jednak, że udało się całkiem nieźle.

I chyba bez obaw zabiorę się kiedyś za przygotowanie toru na wesele moich wnuków, jeśli też zapragną takiego tortu:-)

Tort orzechowy Cioci Irki

( podaję proporcje na tortownicę o średnicy 22-24 cm)

warstwa orzechowa

6 białek

350 g cukru ( drobny kryształ)

250 g zmielonych orzechów laskowych (najlepiej wcześniej zrumienionych)

1/4-1/2 łyżeczki octu

wanilia

ubić białka na pianę, dodać stopniowo cukier, wanilię, ocet. Formować dwa placki, każdy piec w temp.około 160-180 stopni przez około 40 minut.

warstwa krucha

upiec dwa kruche placki o grubości max. 0,5 cm. Na każdym placku położyć posiekanych parę migdałów.

Masa

3 żółtka

1 jajko

175 g cukru pudru

3 łyżki czekolady rozpuszczalnej ( Nesquick)

1 łyżka kakao

1/3 szklanki mocnej, zimnej kawy ( rozpuszczalna może być, oczywiście)

alkohol (opcja, ja uważam z alkoholem, bo wiele razy ścięła mi się masa podczas dodawania wódki do masy)

250 g masła.

powidła śliwkowe, najlepiej, jeśli wymieszane z  utartymi z cukrem płatkami róży.

Jajka ubić na parze z cukrem, ostudzić. Miękkie masło ubić, dodawać do niego stopniowo masę jajeczną, potem kakao, czekoladę, alkohol i kawę.

Przekładać:

warstwa krucha

masa+ cienka warstwa powideł na  masie

warstwa orzechowa

masa

warstwa krucha

masa + powidła

warstwa orzechowa

masa

To są proporcje według oryginalnego przepisu, jeśli jednak lubicie sporo masy w torcie, tak jak ja :-), to proponuję zrobić więcej masy!

Smacznego,

Basia

Prawie potato masala:-)

Brak komentarzy

Bardzo lubię tu opisywać okazałe, pięknie wyglądające dania czy wypieki. Ale nie wszystko, co gotuję i co jemy, jest przecież spektakularne. Często też jedzenie wcale nie wygląda szczególnie pięknie, choć jednocześnie smakuje wyśmienicie. I czasem też (choć szczerze mówiąc bardzo rzadko) gotuję ziemniaki. Czy zatem miałabym o takich różnych „zwykłych” daniach nie pisać? Z pewnością nie opisywałabym ziemniaków gotowanych w osolonej wodzie, po prostu. Ale dzisiejsze „potato masala” warte jest wspomnienia.

Ten pomysł zaczerpnęłam z przywiezionej w zeszłym roku z Londynu książki „The food of India, a journey for food lovers”.

To książka zawierająca mnóstwo tradycyjnych indyjskich przepisów na dania z ryb, mięsa, przeróżnych warzyw i ryżu, receptury deserów i napojów, przepisy na pieczenie różnych rodzajów pieczywa. Mnóstwo ciekawych pomysłów na proste, ale dobrze przyprawione jedzenie dla amatorów kuchni indyjskiej.

Ale wracajmy do „potato masala”  czyli  po prostu ziemniaków, ale za to ugotowanych z różnymi aromatycznymi, orientalnymi przyprawami.

Nie mogłam niestety zrobić tego dania ściśle według przepisu, bo nie miałam świeżych liści curry i jeszcze jakiegoś składnika. Pomyślałam sobie jednak, że z pewnością jakoś wybrnę z kłopotu i brakujące składniki zastąpię innymi, pasującymi według  mnie do tej kompozycji.

Na patelni rozgrzałam olej, na nim zeszkliłam posiekaną cebulę, dodałam imbir, kurkumę, curry i chili. Dodałam ziemniaki pokrojone w kostkę i trochę wody.

Przykryłam, zmniejszyłam moc kuchenki i zostawiłam, żeby ziemniaki się dusiły.

Gdy ziemniaki zmiękły dodałam kopiatą łyżeczkę musztardy francuskiej z całymi ziarnami gorczycy i posoliłam, wszystko wymieszałam i jeszcze przez chwilę dusiłam, aż ziemniaki rozpadały się i były dobrze miękkie. W trakcie duszenia dodałam jeszcze trochę wody, bo zdążyła już wyparować i ziemniaki zaczynały przywierać.

Polecam Wam te ziemniaki w wydaniu indyjskim, bo choć to tylko ziemniaki, to jednocześnie aż ziemniaki! Warto spróbować 🙂

Prawie potato masala

500 g ziemniaków pokrojonych w kostkę o boku około 1,5-2 cm

około 250 ml wody plus ewentualnie więcej, jak wyparuje zbytnio

1/2 łyżeczki imbiru mielonego ( może być świeży, ale ja nie miałam akurat)

łyżeczka curry

1/4 łyżeczki kurkumy

szczypta chili

2 łyżki oleju

2 średnie cebule posiekane drobno

łyżeczka musztardy francuskiej z całymi ziarnami gorczycy

sól

Smacznego,

Basia

Babeczki z kremowymi czapeczkami

komentarze 3

Już jakiś czas nie zabierałam się za pieczenie muffinek i wyraźnie stęskniłam się za nimi.

Dziś miałam trochę więcej czasu, więc postanowiłam coś upiec.

Pomyślałam jednak, że zrobię coś innego troszkę, wprawdzie też babeczki, ale trochę inne.

Podoba mi się ta moda, która ostatnio  nas ogarnęła, moda na cupcakes, anglosaskie babeczki z czapeczkami z przeróżnych kremów. Uwielbiam muffinki  i uważam, że są urocze, a ten kolorowy, pyszny dodatek w postaci odrobiny maślanego czy twarożkowego kremu tylko dodaje im urody i odświętnego charakteru.

Od dawna myślałam, żeby coś takiego przygotować, jednak dopiero wczoraj, gdy zostałam poczęstowana taką babeczką domowego wypieku, sama zmobilizowałam się do tego.

Przygotowałam trochę mniej  ciasta niż zwykle na 12 sztuk, skoro babeczki mają mieć czapeczki, nie mogą same być zbyt wysokie.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.Do miski robota wrzuciłam mąkę z proszkiem, jajko, śmietanę, mleko, cukier, naturalną esencję waniliową, roztopione masło i wszystko wyrobiłam.

Do papilotek włożyłam porcje ciasta i upiekłam.

Gdy były gotowe, wyjęłam z piekarnika i całkiem wystudziłam.

Ubiłam mikserem kremowy serek, dodałam podczas ubijania syrop malinowy i cukier puder.

Masę z serka włożyłam do szprycy do dekoracji.

Wystudzonym babeczkom odcinałam delikatnie górną część, robiłam niewielkie zagłębienie i wkładałam  w nie około łyżeczki galaretki porzeczkowej. Następnie każdą babeczkę przykrywałam wcześniej odciętą z niej częścią.

Na koniec każdą babeczkę udekorowałam porcją kremu i na szczycie odrobiną galaretki porzeczkowej. Delikatnie posypałam kolorowym cukrowym maczkiem.

Fajnie wyszły.

Coś mi się wydaje, że rozpoczął się nowy rozdział w mojej muffinkowej aktywności 🙂

Babeczki z galaretką porzeczkową i kremową czapeczką

na 12 sztuk

200 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100 g masła roztopionego

100 g cukru

100 g śmietany  kwaśnej 18%

50 ml mleka

naturalna esencja waniliowa

mały słoiczek galaretki porzeczkowej (użyłam galaretki własnej roboty z czarnych i czerwonych porzeczek)

ok. 200 g serka kremowego, ja użyłam serka Turek kremowy, pakowanego po 125 g w prostokątne płaskie pudełeczka. Sam serek powinien być dość sztywny, żeby dodanie syropu nie rozrzedziło go zbytnio, uniemożliwiając dekorowanie nim babeczek. Turek w okrągłych opakowaniach ( np po 150 g)  jest raczej zbyt rzadki.

odrobina syropu malinowego (lub innego)

około 2 łyżeczki cukru pudru.

Smacznego,

Basia

Botwinka!

Brak komentarzy

To już prawdziwa wiosna! Na straganach jest botwinka!

Jest wprawdzie jeszcze dość mizerna, korzeń buraka jest cieniutki, ale z pewnością można już botwinkę z niej upichcić.

Właśnie ją ugotowałam i myślę, że mogę zatem uważać sezon wiosenny w mojej kuchni za otwarty.

Przygotowując botwinkę siekam bordowe łodyżki, górę zielonych liści wyrzucam.

Obieram i siekam korzeń buraka, jeśli jest. Jeśli go jednak nie ma, tak jak o tej porze, wspomagam się później kwasem czy koncentratem barszczu, żeby zapewnić zupie, odpowiedni dla botwinki, kolor.

W rondlu na rozgrzanym maśle poddusiłam posiekane łodyżki, dałam do tego odrobinę octu winnego, żeby zupa nie straciła koloru podczas gotowania.

Dodałam po kilku minutach trochę wody, trochę kminku i dalej gotowałam przez kilka minut. Gdy łodyżki były miękkie dodałam więcej wody i przyprawiłam zupę naturalną przyprawą warzywną, solą i cukrem, który zawsze musi się znaleźć w mojej botwince.

Czasem dodaję do botwinki odrobinę mąki, rozrabiam ją dokładnie w zimnej wodzie i przez sitko wlewam do gotującej się zupy, stale mieszając, żeby nie zrobiły się kluski.

Tym razem nie zabielałam zupy mąką, natomiast dodałam do niej śmietanki. Gotową zupę posypałam posiekanym koperkiem. Botwinka MUSI być z koperkiem i nawet moja Córka jest tego zdania, na szczęście!

Dzisiejsza nasza botwinka podana była z ugotowanymi osobno ziemniakami i przepiórczymi jajkami.

Pycha!

Botwinka

4 porcje

pęczek młodej botwinki

łyżka masła

łyżka soku z cytryny albo odrobina octu winnego

( ewentualnie kopiata łyżeczka mąki rozrobiona w zimnej wodzie, jeśli wolicie z mąką)

przyprawa naturalna warzywna

sól według uznania

szczypta kminku

2 pełne łyżeczki cukru lub według uznania

po 2-3 przepiórcze jajka na porcję

ziemniaki ugotowane osobno, ilość -według uznania

pęczek posiekanego koperku, chyba że pęczek jest duży, to mniej

śmietanka słodka do zabielenia zupy. Dobrze ją dodać do niezbyt gorącej zupy, żeby się nie ścięła. Zawsze też lepiej dodać śmietankę do mniejszej ilości i potem dopiero do reszty zupy.

Smacznego,

Basia

Ciasto w angielskim stylu z marcepanem, suszonymi morelami i jabłkami,

Brak komentarzy

To jest bardzo angielskie ciasto!

Lubię takie ciasta, które mają dużo niespodzianek w sobie, bakalii, orzechów albo innych atrakcyjnych i niecodziennych dodatków.

Tu, poza morelami i jabłkami suszonymi, mielonymi orzechami, jest też marcepan.

Pierwszy raz też użyłam wody z kwiatów pomarańczy, którą dostałam ostatnio od mojej Córki.

Zaczęłam od tego, że włączyłam piekarnik, żeby się nagrzał i namoczyłam pokrojone morele i suszone jabłka w brandy.

Moja Mama jesienią obiera, kroi na cienkie plasterki i suszy jabłka. Potem dostajemy od niej papierowe torebki z tym przysmakiem i zwykle zjadamy je błyskawicznie. Czasem uda się  zachomikować trochę tych pyszności i są jak znalazł, na przykład do ciasta.

Marcepan pokroiłam w małą kosteczkę i na desce do krojenia wstawiłam do zamrażarki.

Kiedy owoce mokły w alkoholu wrzuciłam mąkę, mielone orzechy, jajka, cukier, miękkie masło, szczyptę soli, naturalną esencję pomarańczową i wodę pomarańczową do miski robota kuchennego

(Po cichu powiem,  że to w ogóle była inauguracja mojego nowego, KULTOWEGO robota, którego szczęśliwa posiadaczką właśnie się stałam. Ale przecież nieładnie jest się chwalić, więc nic więcej nie powiem na ten temat…)

Kiedy ciasto było doskonale zmiksowane wrzuciłam do niego owoce. Chciałam je odcedzić z tego winiaku, w którym mokły, ale okazało się, że owoce wessały cały płyn!

W końcu dodałam marcepan wyjęty z zamrażarki  i jeszcze raz wymieszałam w robocie.

Tortownicę o średnicy 20 cm wyłożyłam papierem do pieczenia. Przełożyłam do tortownicy ciasto, wyrównałam wierzch i wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do 150 stopni, piekłam około 2 godzin. Gdy ciasto było złociste sprawdziłam patyczkiem,  czy jest gotowe. Patyczek była suchy, więc wyjęłam tortownicę z ciastem z piekarnika.

Kiedy ciasto wystygło trochę musiałam go spróbować!

Bardzo fajne jest i ciekawe, dość kruche i jednocześnie wcale nie jest suche, dzięki owocom. Jest też trochę migdałowe dzięki marcepanowi. No i trochę też jest orientalne, dzięki wodzie pomarańczowej.

Siedząc przy niedzielnym stole i tylko  je skubiąc,  „zmietliśmy” prawie całe…

Aha, no i  robot też się spisał w tej sprawie całkiem nieźle:-)

Ciasto z marcepanem, suszonymi morelami i jabłkami

175g mąki

50 g mielonych orzechów laskowych

około 75-100 ml alkoholu do namoczenia owoców

około 350g suszonych moreli i jabłek pokrojonych, mogą też być inne owoce np.: śliwki suszone, wiśnie, rodzynki lub inne.

100g marcepanu

100g masła

100 g cukru

2 łyżeczki wody pomarańczowej

szczypta soli

2 jajka

naturalna esencja pomarańczowa lub ewentualnie otarta skórka z pomarańczy albo

cytryny

Bardzo polecam,

Basia

Przedwiosenna ratatuja

Brak komentarzy

Zupełnie nie mogę sobie wyobrazić, jak mogliśmy dawniej żyć przez całą zimę bez tych różnych i zupełnie niezimowych, warzyw. Przecież bakłażany, cukinia czy papryka obecne są w sklepach przez cały rok dopiero od niedawna.

Albo na przykład pomidory, też przed kilkunastu laty były nie lada rarytasem w zimie.

Oczywiście jest grupa ludzi, którzy uważają, że w naszym klimacie zima, to pora kapusty, buraków i selerów, nie kupują i nie gotują tych szklarniowych, czy importowanych warzyw.

Ja jednak nie należę do nich i właśnie ogromną przyjemność sprawiła mi przedwiosenna ratatuja, którą ugotowałam. Zupełnie nie przeszkadza mi, że to nie w sezonie, wręcz przeciwnie – sprawia, że jest dla mnie jeszcze bardziej atrakcyjna. Papryka, której użyłam leżała w spiżarce przez jakiś czas, była kupiona pewnie parę tygodni temu i zupełnie o niej zapomniałam. Dzięki temu, że poleżała sobie, była niesamowicie słodka i aromatyczna.

Ratatuja poza tym, że była naprawdę niezwykle smaczna, urzekła mnie swymi barwami,

Czerwona i żółta papryka, zielona cukinia, bakłażan, pomidory, czarne oliwki, zielone listki świeżej bazylii, wszystko to sprawiło,  że danie było uroczo kolorowe, czego wystarczająco, niestety,  nie oddaje to zdjęcie 🙁

Przedwiosenna ratatuja

około 4 porcje

1 średni bakłażan pokrojony w kostkę o boku ok 1,5 cm

1 średnia cukinia pokrojona podobnie jak bakłażan

1 średnia cebula posiekana

garść czarnych oliwek

1 średnia papryka czerwona

1 średnia papryka żółta

kilka połówek suszonych pomidorów pokrojonych w paski

puszka pomidorów krojonych bez skórki

2 rozgniecione ząbki czosnku

1-2 łyżki octu balsamicznego

sól według uznania

łyżeczka cukru

około 1/2 łyżeczki oregano

oliwa do smażenia

listki świeżej bazylii

papryka słodka,  mielona

pieprz świeżo zmielony

Na patelni rozgrzałam oliwę, wrzuciłam paprykę, cebulę i czosnek i wszystko razem przez chwilę smażyłam.

Dodałam bakłażana, cukinię i dalej smażyłam przez parę minut, dodałam pomidory z puszki, potem suszone pomidory i oliwki. Przyprawiłam dodając ocet balsamiczny i resztę przypraw.

Dusiłam jeszcze przez chwilę, w sumie jednak warzywa nie były rozgotowane. Papryka była jędrna, cukinia też.

Dzięki temu niezbyt długiemu czasowi gotowania,  ratatuja nie straciła swoich pięknych barw:-)

A gotowe danie posypałam listkami świeżej bazylii, które dodały mu jeszcze więcej kolorystycznej radości.

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress