Archiwum dla autora ·

Basia

·...

Pierwsza tegoroczna focaccia na tarasie

Brak komentarzy

 

Wreszcie udało się rozpocząć sezon tarasowy i właśnie dziś mieliśmy pierwszą kolację na zewnątrz 🙂

A w zeszłym roku, o ile dobrze pamiętam,  po raz pierwszy jedliśmy śniadanie na tarasie 16 marca…

Ale teraz już nieważne, że długo czekaliśmy  na ciepłą pogodę, najważniejsze, że już jest!

Dziś była pierwsza kolacja na tarasie i pierwsza focaccia w tym roku.

Upiekłam focaccię z dodatkiem suszonych pomidorów i świeżego, już ogrodowego, oregano.

 

Focaccia z suszonymi pomidorami i oregano

 

550 g mąki

ok.400 ml ciepłej wody

30 g świeżych drożdży

oliwa-parę łyżek do ciasta + trochę do polania focaccii z wierzchu  (no i potem jeszcze koniecznie do jedzenia wraz z focaccią)

sól morska

cukier

75 g suszonych pomidorów posiekanych

garść listków świeżego oregano

łyżeczka suszonego oregano

 

 

W szklance ( 250 ml) ciepłej wody wymieszałam  drożdże z łyżeczką cukru, odstawiłam, żeby zaczęły rosnąć.

Gdy drożdże zaczęły wyrastać do  miski miksera wrzuciłam mąkę, sól, wodę z drożdżami, oliwę, dodałam jeszcze około 150 ml wody i wyrabiałam robotem na gładkie ciasto. Gdy było już gładkie, dodałam posiekane suszone pomidory i świeże listki oregano, dodałam również suszone oregano. Jeszcze całość wyrabiałam przez chwilę, a następnie przykryłam ściereczką i zostawiłam w ciepłym miejscu do wyrośnięcia.

Po około godzinie włączyłam piekarnik, rozgrzałam do około 190 stopni.

Ciasto rozwałkowałam na płat wielkości blachy do pieczenia. Położyłam na blasze papier do pieczenia, a na nim rozwałkowane ciasto.

Polałam delikatnie oliwą i wstawiłam do piekarnika.

Piekłam przez około 30 minut.

Gdy ciasto było rumiane, wyjęłam je z piekarnika.

Przełożyłam  gorącą focaccię na deskę i od razu podałam. Taka przecież jest najlepsza!

Focaccia, oliwa, hummus i sałata…czy potrzeba czegoś więcej do szczęścia?

🙂

 

Smacznego,

 

Basia

 

 

Jeżyny, maliny i borówki zapiekane z kruszonką

1 komentarz

Nie wiem, jak właściwie mam nazwać ten dzisiejszy pyszny deser? To są owoce zapieczone w żaroodpornym naczyniu pod warstwą kruszonki, a pod nimi jest jeszcze cienka warstwa ciasta, takiego ucieranego. Jeśli chodzi o owoce, to użyłam mrożonych jeżyn, malin i borówek (czyli czarnych jagód 😉 ). Bardzo dobre!

Do upieczenia tego deseru użyłam naczyń, których używam między innymi do przygotowania creme brulee, takich dość płaskich ramekinów. Tradycyjne  głębsze ramekiny byłyby chyba lepsze, ale moje sa mniejsze,  a tu potrzeba naczyń o pojemności około 200 ml.  Dlatego  wybrałam te płaskie. Myślę, że można też użyć po prostu żaroodpornych filiżanek.

 

Jeżyny, maliny i borówki zapiekane z kruszonką

6 porcji

 

ciasto na spód:

115 g miękkiego masła + nieco do wysmarowania żaroodpornych naczyń

115 g mąki

½ łyżeczki proszku do pieczenia

115 g cukru

szczypta soli

2 jajka

30 ml mleka

 

w sumie około 200 g  jeżyn, malin i borówek

 

kruszonka:

85 g mąki

55 g cukru demerara

55 g zimnego masła, posiekanego

Rozgrzać piekarnik do około 190 stopni.

Najpierw przygotować ciasto na spód.  Ze wszystkich podanych składników wyrobić gładkie ciasto (ja użyłam do tego celu, jak zwykle, robota kuchennego), a następnie rozdzielić je do 6 naczyń wysmarowanych wcześniej masłem.

Przygotować kruszonkę, również najwygodniej przy pomocy robota, połączyć składniki kruszonki i  odstawić, gdy tworzy wyraźne grube grudki.

Owoce, wcześniej trochę rozmrożone, ułożyć w naczynkach na wartwie ciasta, a następnie posypać przygotowaną kruszonką.

Wstawić do piekarnika na około 20-25 minut.

Moje naczynia były płaskie i w związku z tym pieczenie trwało najwyżej 20 minut,  ale przy głębszych naczyniach  czas może sie wydłużyć  pewnie nawet do 30 minut.

Naczynia z gotowym wypiekiem wyjęłam z piekarnika i zostawiłam do przestygnięcia.

Spróbowałam, kiedy tylko ramekiny wystygły  na tyle, że mogłam naczynie z deserem utrzymać w ręce i rozkoszować się nim na tarasie w kwietniowe, niedzielne i bardzo słoneczne popołudnie 🙂

Polecam,

 

Basia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Roladki z kurczaka faszerowane szynką dojrzewającą i suszonymi pomidorami

Brak komentarzy

Kurczak z szynką dojrzewającą i suszonymi pomidorami, o którym dzisiaj piszę, jest prostym, ale jednocześnie bardzo ciekawym  pomysłem na obiad czy kolację.

Aromat szynki dojrzewającej bardzo urozmaica, żeby nie powiedzieć  uszlachetnia, dość nudny  jednak smak filetu z kurczaka.

A do tego sos z pomidorów i kaparów  – bardzo dobre połączenie!

 

Rozgrzałam piekarnik do około 170 stopni.

Filety z kurczaka pokroiłam wzdłuż na cieńsze plastry, takie około 1-1,5 cm grubości.

Plastry kurczaka rozbiłam bardzo lekko,  na każdym połozyłam plaster szynki dojrzewającej, położyłam również i rozsmarowałam nieco, porcję suszonych pomidorów, które wcześniej posiekałam.

Każdy plaster zwinęłam i dla bezpieczeństwa spięłam wykałaczką.

Nie soliłam w ogóle tych zawijasów, szynka dojrzewająca i pomidory suszone sa wystarczająco słone przecież.

Do rondla wlałam i rozgrzałam około 1-2 łyżki oleju (z zalewy pomidorów  suszonych), dodałam posiekany czosnek, podsmażyłam przez chwilę, dodałam grubo pokrojone  pomidory bez skórki. Przyprawiłam sporą ilością oregano,  szczyptą chili, odrobiną octu balsamicznego,  dodałam kapary i wtedy dopiero przypraiwłam sola i cukrem.  Sos zdjęłam z kuchni i odstawiłam.

W naczyniu do zapiekania ułożyłam zawijasy z kurczaka, wyłożyłam na nie sos z pomidorów i wstawiłam do piekarnika.

Piekłam przez około ½ godziny w temperaturze 170 stopni, potem zmniejszyłam temperaturę do 150 stopni i piekłam przez kolejne ½ godziny.

Kiedyś przygotowałam podobne danie jeszcze  z dodatkiem pesto bazyliowego.  Posmarowałam nim filety z kurczaka zanim położyłam na nie szynkę dojrzewająca, więc  jeśli lubicie pesto, to możecie spróbować też takiej wersji.

 

Filet z kurczaka faszerowany  szynką dojrzewającą i suszonymi pomidorami  z sosem z pomidorów i kaparów

3-4 porcje

 

600 g filetu z kurczaka

60 g szynki dojrzewającej (parmeńska czy szwarcwaldzka)

60 g suszonych pomidorów

puszka całych pomidorów bez skóry (jak to jest, że zawsze „pomidory bez skóry“ zawierają skóry? I zauważyłam taką prawidłowość, że im droższe pomidory,  tym mniej starannie obrane i więcej skór mają!)

1-2 łyżki oleju z zalewy pomidorów suszonych

łyżeczka suszonego oregano

2 łyżki kaparów

szczypta chili

2 ząbki czosnku

odrobina octu balsamicznego

sól morska

łyżeczka cukru

 

Smacznego,

 

Basia

 

 

Tarta z malinami i cynamonem

komentarze 2

Mam dla Was propozycję na jutrzejszy niedzielny deser, tartę z malinami i cynamonem.

Można ją zrobić też z innymi owocami, jeśli nie macie malin, albo ich nie lubicie… ale tej drugiej sytuacji, to raczej sobie nie potrafię wyobrazić  🙂

 

ciasto:

250 g miękkiego masła

65 g cukru

2 łyżki oleju roślinnego

1 łyżeczka naturalnego ekstraktu waniliowego

1 lekko ubite jajko

450 g mąki

1 łyżeczka proszku do pieczenia

¼ łyżeczki soli

2 łyżeczki mielonego cynamonu

 

sos malinowy:

500 g malin ( użyłam mrożonych, oczywiście)

130 g cukru

 

cukier puder do posypania gotowej tarty

(ewentualnie ulubione lody )

 

Przy pomocy robota kuchennego utarłam masło z cukrem na gładką masę, podczas miksowania dodałam olej, ubite lekko jajko, wsypałam stopniowo mąkę z proszkiem, sól, cynamon.

Gdy ciasto było już dobrze połączone podzieliłam je na dwie równe części, zawinęłam w folię i włożyłam do zamrażarki na około godzinę.

Przygotowałam sos. Maliny (rozmrożone) zmiksowałam, przetarłam przez sito i przełożyłam do rondla. Dodałam cukier, zagotowałam  i przez około kwadrans gotowałam na niedużej mocy, a następnie odstawiłam do wystygnięcia.

Rozgrzałam piekarnik do około 150 stopni.

Tortownicę o średnicy około 25 cm wyłożyłam papierm do pieczenia, a boki wysmarowałam masłem.

Jedną część ciasta starłam na grubej tarce na dno tortownicy, tworząc w ten sposób spód tarty. Lekko go wyrównałam i położyłam  na nim sos, uważając przy tym, żeby sos nie dotykał do brzegu tortownicy i w związku z tym, żeby się nie przypalił.

Na wierzch starłam drugą porcję ciasta, wyrównałam powierzchnię i wstawiłam do piekarnika.

Piekłam przez około godzinę i kwadrans, na ostatnie 15 minut zwiększając temperature do około 170 stopni.

Gotową, lekko rumianą tartę wyjęłam z piekarnika.

Podałam jeszcze dobrze ciepłą posypaną delikatnie cukrem pudrem wraz z porcją domowego semifreddo i listkiem mięty.

Można  pominąć te dodatki, oczywiście, tylko po co?  🙂

Smacznego,

 

Basia

 

 

Wielkanoc

Brak komentarzy

Jak Wasze przygotowania do Świąt?

Ja czuję się już niemal gotowa do nich.

Babka drożdżowa upieczona i polukrowana, pascha się chłodzi w spiżarce, gotowy jest też mazurek kajmakowy i świąteczny chleb.

Oczywiście, utarty jest chrzan i  przygotowana ćwikła, ugotowany żurek  na jutrzejsze wielkanocne śniadanie.

Jeszcze kilka drobiazgów i można zaczynać wielkanocne świętowanie.

Życzę Wam pogodnych i radosnych Świąt Wielkanocnych, spędzonych w miłej atmosferze i przy smacznie zastawionym stole. Jedzcie, pijcie, cieszcie się sobą i nadchodzącą wreszcie wiosną!

Wesołego Alleluja!

 

 

Basia

 

 

 

 

 

Tarta z orzechami włoskimi i syropem klonowym (a jeśli trzeba, to mazurek)

komentarzy 5

Ta tarta, o której piszę dziś może doskonale wystąpić w charakterze mazurka, więc jeśli jeszcze nie zdecydowaliście, co upiec na tegoroczną Wielkanoc, to szczerze polecam, bo jest naprawdę bardzo ciekawa i smaczna.

Zresztą,  jeśli zawiera w sobie orzechy i syrop klonowy,  to czy mogłaby nie być dobra?

 

ciasto:

250 g mąki

125 g bardzo zimnego masła pokrojonego w mała kosteczkę

½ łyżeczki soli

2-3 łyżeczki cukru

4-5 łyżek lodowatej wody.

 

nadzienie:

250 g grubo posiekanych orzechów włoskich

200 g syropu klonowego

2 ubite jajka

2 łyżki roztopionego masła

2 łyżki alkoholu, ja dałam wódkę, ale może być na przykład rum

szczypta soli

łyżeczka  naturalnej esencji waniliowej

2 łyżki mąki pszennej

¼ (lub nawet jeszcze mniej) cynamonu mielonego

¼ (lub nawet jeszcze mniej) mielonej gałki muszkatołowej

 

Rozgrzać piekarnik do  około 190 stopni.

Z podanych wyżej składników zagnieść szybko ciasto ( ja użyłam robota kuchennego), uformować z niego kulę, zawinąć w folię do żywności i  i wstawić do lodówki na minimum godzinę, ale może leżeć w lodówce nawet 2 dni, jeśli trzeba.

Wyjąć ciasto z lodówki, pozostawić w temperaturze pokojowej, aż będzie je można rozwałkować.

Rozwałkować na cienki, (około 5mm grubości) placek o średnicy około 30 cm i wyłożyć nim odpowiednią formę do pieczenia. Wyrównać brzegi, nakłuć wudelcem.

Na tę „foremkę“ z ciasta wysypać orzechy i równo je rozłożyć.

W misce ubić jajka, ubijając dalej dodać do nich syrop klonowy, roztopione masło, makę i przyprawy, wszystko miksować przez chwilę, a następnie wylać na ułożone wcześniej orzechy.

Wstawić do piekarnika na około 45 minut.

Po około 20 minutach sprawdzić, bo może się okazać, że brzegi zaczynają się przypiekać, wtedy przykryć folią aluminiową i dalej piec.

Nadzienie zacznie się podnosić pdczs pieczenia, ale nie należy się tym przejmować, po wyjęciu z piekarnika, jak się schłodzi, to opadnie.

Upieczoną, ładnie rumiana tartę wyjąć z piekarnika i wystudzić przed podaniem.

 

My zjedliśmy  tę tartę z odrobiną bitej śmietany dosmaczonej podczas ubijania likierem orzechowym.

Było pyszne, polecam!

 

Basia

Grissini

Brak komentarzy

Bardzo lubię, jak w domu jest jakaś „dyżurna“ paczka grissini, włoskich paluszków upieczonych z ciasta chlebowego.

Do tej pory nigdy ich nie piekłam,  kupowałam takie, które dostępne sa w sklepach.

Ostatnio zapragnęłam grissini, ale okazało się, że nie ma ich w domu. Na to moja Córka stwierdziła, że żaden problem, można upiec!

Upiekła je i były wyśmienite!

Wczoraj, kiedy byłyśmy razem na zakupach, wstąpiłyśmy też do Almy. Byłyśmy wygłodniałe starsznie,  chciałam kupić coś do szybkiego przekąszenia w drodze do domu. Kiedy Córka zaproponowała grissini,  stwierdziłam, że nie,  grissini upiekę  sama !

Poprzestałyśmy na jednodniowym soku marchewkowym  🙂

Wprawdzie wczoraj nie udało mi się upiec paluszków, ale dziś już tak.

Mając doświadczenie paluszków pieczonych przez moją Córkę i tych upieczonych przeze mnie, na podstawie innego przepisu, uważam, że jeśli chcemy uzyskać cieniutkie grissini, nie należy do nich dawać zbyt dużo drożdży, ponieważ wyrastają dość mocno.

Zatem jeśli chcemy mieć cieniutkie paluszki, to myślę, że w zupełności wystarczy 20 g świeżych drożdży na 500 g maki. Jeśli  natomiast chcemy, żeby były grubsze, można dać 40 g na tę ilość mąki.

Grissini

 

500g mąki

20/ 40 g świeżych drożdży

300 ml ciepłego mleka

50 g oliwy extra vergine

łyżeczka soli morskiej

2 łyżeczki cukru

 

dodatki:

40 g utartego parmezanu

suszone oregano

mielona kozieradka

mielone chili

albo coś innego, na przykład suszony czosnek, czarnuszka, kminek, grubo zmielona sól morska

 

Drożdże wkruszyć do ciepłego mleka, dodać 2 łyżeczki cukru, wymieszać, zostawić  na kwadrans aż zaczną wyrastać z mleka.

Do  miski wsypać mąkę, sól, dodać oliwę i „rozruszane“ drożdże z mlekiem. Wyrabiać około 10 minut ( ja użyłam robota do tego). Gdy ciasto jest wyrobione, przykryć sściereczką i zostawić do wyrośnięcia na około godzinę.

Rozgrzać iekarnik do 190 stopni.

Ciasto podzielić na części, tyle części, ile chcemy mieć różnych dodatków do paluszków.

Ja zrobiłam 3 rodzaje, zatem podzieliłam na trzy części.

Do jednej dodałam utarty parmezan, do drugiej oregano suszone, a do trzeciej – szczyptę chili i mielonej kozieradki .

Ciasto rozwałkować na grubość około 0,5 cm. Następnie odkrawać cienkie paski o szerokości 0,5 cm i długości takiej, żeby zmieścił się na blasze do pieczenia. Każdy pasek rolować jeszcze na desce albo w rękach, mżna lekko naciągnąć na długość.

Paluszki układać na papierze do pieczenia, zostawiając między paluszkami miejsce na ewentualne wyrośnięcie.

Piec, aż zaczną się rumienić, i będą delkatnie wysuszone, jakieś 10-15 minut.

Grubsze dłużej, cienkie krócej.

Zaraz po upieczeniu musiałam ich spróbować.  Te grubsze maczałam w oliwie, w której zamarynowałam kiedyś oliwki i ma w zwiazku z tym bardzo ciekawy smak.  Pycha!

Polecam!

 

Basia

 

 

Czekoladowe ciasto z orzeźwiającą owocową nutą

Brak komentarzy

To jest fajne czekoladowe ciasto, z orzeźwiającą, owocową nutą. Jest bardzo łatwe w przygotowaniu i ciekawe w smaku.

Od razu czuje się w nim coś niecodziennego, jak na czekoladowe ciasto,  ale trudno jest z początku określić, na czym to dokładnie polega.

To jest ta konfitura w cieście, której wprawdzie nie widać, ale jednak bardzo wpływa na smak. Daje jakąś lekkość, owocową świeżość czekoladzie.

Znów zainspirowała mnie Nigella. Niezmiennie uważam, że jeśli trzeba pomysłu na dobre, i sprawdzone desery, to Nigella jest niezastąpiona. Nigdy mnie nie zawiodła. I choć wydaje mi się, że zrobiłam już wszystkie jej ciasta i torty, to kiedy szukam znów czegoś fajnego, okazuje się, że trafiam na coś nowego, czego nie znałam. Na szczęście 🙂

 

Czekoladowe ciasto z marmoladą pomarańczową i morelową

100 g czekolady gorzkiej

125 g masła

2 jajka ubite

150 g mąki

150 g cukru

300 g cienko pokrojonej marmolady pomarańczowej (Nigella zaleca właśnie taką pomarańczową, ale jeśli się bardzo nie chce – nie każdy  bowiem lubi charakterystyczny, gorzkawy smak pomarańczowej angielskiej marmolady – to morelowej lub malinowej. Ja dałam 150 g marmolady pomarańczowej  (tylko tyle miałam) i 150 konfitury morelowej produkcji mojej Mamy. Myślę też, że pewnie może być problem z kupieniem takiej prawdziwej marmolady z pomarańczy, krojonej ze skórą, ale mam nadzieję, że Alma powinna dać radę 🙂 )

szczypta soli

1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

 

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

W rondlu roztopiłam masło, dodałam do niego połamaną na kawałki czekoladę, kiedy zaczęła się rozpuszczać, zdjęłam z kuchenki i mieszałam łyżką drewnianą, aż całkiem się rozpuściła i stanowiła z masłem gładką masę. Dodałam cukier, marmoladę i konfiturę morelową i dalej mieszałam. Dodałam ubite lekko jajka, a potem ostrożnie dodawałam po łyżce mąkę wymieszaną z proszkiem i ciągle ubijałam. Gdy wszystko było dokładnie wymieszane na jednolita masę, przełożyłam ciasto do wysmarowanej masłem foremki o średnicy 20 cm.

Ciasto wstawiłam do piekarnika. Piekłam około 45 minut,  wyjęłam, kiedy wbity do ciasta patyczek wychodził z niego czysty.

Po chwili stygnięcia wyjęłam ciasto z formy i spróbowałam jeszcze lekko ciepłe.

Ciasto jest bardzo smaczne, zupełnie nie jest ciężkie, wręcz przeciwnie- pomarańcze i morele dodają mu owocowej lekkości.

 

Polecam,

 

Basia

Jajka w kokilkach

komentarze 2

Kiedy zabierałam się dziś rano za przygotowywanie śniadania, pomyślałam, że chciałabym zrobić coś nowego, czego do tej pory nie robiłam.

Oczywiście musiała to być jakaś fajna wersja jajek.

Z pomocą przyszła Nigella i jej pomysł na jajka w kokilkach.

Bardzo spodobały mi się te jajka i myślę, że często będę je przygotowywać, również z różnymi dodatkami. Tym razem jednak zrobiłam wersję podstawową.

 

Jajka w kokilkach

4 jajka

4 łyżki śmietanki kremówki ( 4 x 15 ml)

sól morska

masło do wysmarowania kokilek

ok 2 łyżeczki oliwy, ja dałam przygotowaną w domu oliwę z dodatkiem rozmarynu i czosnku, bardzo delikatnie aromatyczną. Nigella proponuje dodatek oliwy truflowej.

 

 

Nagrzałam piekarnik do około 150 stopni. Naczynka do zapiekania- ramekiny o pojemności około 120 ml- posmarowałam wewnątrz masłem. Do każdego naczynka wbiłam jajko, posypałam odrobiną soli morskiej, wlałam  po łyżce stołowej śmietanki, a na wierzch odrobinę, może pół łyżeczki oliwy z rozmarynem i czosnkiem.

Zagotowałam czajnik wody. Ramekiny ustawiłam w blaszce do pieczenia z wyższym brzegiem, wypełniłam naczynie zagotowaną wodą, mniej więcej do 1/2  wysokości ramekinów. Blaszkę wstawiłam do piekarnika, piekłam 15 minut. Od razu podałam na stół.

Do jajek w koszulkach jedliśmy tosty. Był też twarożek z rzodkiewką i cebulką dymką, pomidorki koktajlowe z mozzarellą i bazylią i oczywiście pyszna kawa.

Miłej niedzieli!

 

 

Basia

 

 

 

Kremowe curry z krewetkami

Brak komentarzy

Wiem, że niektórzy z Was nie zgodzą się ze mną, ale mimo to powiem, że życie bez krewetek byłoby smutne.

Bardzo je lubię i – na szczęście –  lubi je również moja Rodzina 🙂

Najlepsze są najprostsze potrawy z krewetek, na przykład to kremowe curry, które podpatrzyłam w książce „The food of India, a journey for food lovers”.

Kremowe curry z krewetkami

2 porcje

 

 

300 g dużych krewetek obranych, ale z ogonami

1 cebula drobno posiekana

2 łyżki oleju roślinnego

1 ząbek czosnku posiekany

1/2 łyżeczki kurkumy

1/2 łyżeczki cynamonu

1/2 łyżeczki imbiru

1/2 łyżeczki chili

nasiona z 5-7 owoców kardamonu rozgniecione w moździerzu

sok z 1/2  cytryny

sól

50 g mleka kokosowego

170 ml wody

siekana świeża kolendra albo inne świeże zioła do posypania gotowego dania

 

Krewetki polałam sokiem z cytryny, wymieszałam i odstawiłam.

Na grubej patelni rozgrzałam olej, wrzuciłam posiekaną cebulę i podsmażałam ją, aż była lekko brązowa. Dodałam wszystkie przyprawy, czosnek, mleko kokosowe wymieszane z wodą i dalej  dusiłam przez kilka minut. Dodałam krewetki odcedzone z soku cytrynowego.

Wszystko dusiłam jeszcze przez kilka minut.

Takie curry można podać z ryżem, z chlebkami naan albo po prostu z bagietką.

Można je przed podaniem posypać siekaną świeżą kolendrą i wtedy to będzie bardzo po indyjsku 🙂

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress