Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Twarożek na śniadanie

Brak komentarzy

Śniadanie musi być proste. Wtedy jest  najlepsze.

Świeża bułka z masłem i jajko. Albo  kanapka z twarożkiem, najlepiej z własnoręcznie upieczonego chleba.

Moje śniadania mogą się wydać nudne i bez polotu, ale właśnie takie najprostsze smaki  dają mi rano najwięcej radości.

Często przygotowuję pasty z twarogu. Odkąd pamiętam, moja Córka zawsze bardzo jej lubiła.

Także moja Mama jest ich zdeklarowaną amatorką, więc kiedy mamy okazję ją gościć u siebie,  zawsze pamiętam o przygotowaniu twarożku na śniadanie, właśnie z myślą o Mamie.

Także mój Mąż wykazuje zainteresowanie pastami z twarogu, on jednak –ku naszemu zdumieniu- polewa je octem balsamicznym! Śmieszne, prawda?

Najczęściej  robię twarożek z cebulką dymką  albo szczypiorkiem, często pomidorem, czasem dodaję  świeżego ogórka albo siekaną bazylię.

Dzisiaj zrobiłam twarożek z dodatkiem suszonych pomidorów i okazało się, że to fantastyczne połączenie.

Z chlebem domowej roboty, pierwszym chlebem mojej Córki zrobionym na własnoręcznie przygotowanym zakwasie, to naprawdę najlepsze jedzenie pod słońcem!

Twarożek z suszonymi pomidorami

250-300 g twarogu ( mój był tym razem kupiony „od baby” na placu, ale często kupuję po prostu tłusty z Hajnówki)

6-8 sporych połówek suszonych pomidorów w oliwie z oliwek ( ja miałam teraz pomidory włoskiej firmy Menu, ale używam często też  pomidorów firmy  Iposea, są dostępne w supermarketach)

mała cebula posiekana

listki świeżego oregano

łyżka majonezu

sól- wg uznania

Przyprawa Włoska (Visana) spora szczypta, albo według uznania

Twaróg rozgniotłam w misce widelcem, dodałam pokrojone w paseczki suszone pomidory, posiekaną cebulę, majonez, sól, przyprawę włoską.

Dodałam listki świeżego oregano.

Mój twaróg był tym razem bardzo wilgotny, gdyby jednak  był bardziej suchy, dodałabym trochę zalewy z pomidorów.

Często przygotowuję  śniadaniowy twarożek wieczorem poprzedniego dnia, jednak  w takiej sytuacji nie dodaję ogórków ( rozmiękną nieprzyjemnie przez noc), a jeśli chcę  dać świeże pomidory, to usuwam z nich gniazda nasienne, żeby  nie był zbyt rzadki z powodu soku z pomidorów.

Cebula , szczypiorek i suszone pomidory mogą spokojnie w serku nocować 🙂

Basia

Jadalne kurki z supermarketu

Brak komentarzy

Lubię grzyby, ale się ich boję. Oczywiście tych trujących.

Nie znam się  na grzybach na tyle, żeby śmiało iść i zbierać je. A właściwie nie tyle tylko zbierać, co potem je przyrządzić.

Częste ostatnio doniesienia medialne o zatruciach i ich tragicznych skutkach sprawiają, że z grzybów wybieram te najbardziej charakterystyczne. Maślaki, podgrzybki, prawdziwki czy kurki.

A najlepiej, jeśli pochodzą  z supermarketu, to pewnie mała szansa, żeby były jakieś trujące.

Kupiłam więc pudełko kurek, bo to przecież grzybowy sezon!

Trzeba korzystać z nich, nawet jeśli to mają być tylko supermarketowe kurki ( a nie pachnące lasem , własnoręcznie zebrane świeżutkie kozaki…).

Z owych kurek postanowiłam zrobić tartę, jako że jest to dość proste danie i w naszym domu bardzo lubiane.

Wobec tego rozgrzałam piekarnik do około 190 stopni.

Kurki  umyłam dokładnie a następnie wrzuciłam na gorącą oliwę, poddusiłam je, dolewając do nich nieco wody.  Dusiłam je około 10 minut a następnie posoliłam.

Na naoliwionej blasze ułożyłam arkusz ciasta francuskiego. Brzegi zrolowałam  troszkę i zawinęłam do środka tworząc nieco wyższy brzeg.

Do nieco przestudzonych kurek dodałam opakowanie ricotty, sporo świeżo zmielonego pieprzu, rozgnieciony ząbek czosnku, skropiłam odrobina octu winnego i wymieszałam.

Masę kurkowo-twarogową wyłożyłam na ciasto francuskie, posypałam utartym parmezanem i wstawiłam do nagrzanego piekarnika.

Piekłam około 20 minut, aż brzegi tarty i wierzch zrobiły się złociste.

Wyjęłam z piekarnika i posypałam listkami świeżego oregano.

Smacznego!

Tarta z ricottą i kurkami

250 g świeżych kurek

250 g ricotty

275 g opakowanie ciasta francuskiego

ząbek czosnku

ocet winny

sól

pieprz

około 30-50 g parmezanu

listki świeżego oregano- opcja

Basia

Zupa z cukinii i pieczarek

Brak komentarzy

Cukinia, to dość wielofunkcyjne warzywo. Można zrobić z niej naprawdę wiele.

Usmażyć, udusić, zrobić surówkę i upiec ciasto.

Można też zrobić zupę.

Ja właśnie dziś zrobiłam zupę z cukinią i pieczarkami.

Jeśli nie hodowaliście nigdy cukinii, z pewnością nie wiecie, że z jednej małej sadzonki wyrasta kilka bardzo dłuuuugich pędów, które rodzą wiele owoców. To jest niesamowite, jak cukinie się rozrastają.

Ciągle jest dużo nowych, małych  owoców i z niepokojem myślimy, czy pogoda da im wszystkim  urosnąć i dojrzeć. Szkoda będzie, jeśli zrobi się zima zbyt wcześnie, … a niestety takie są prognozy…

Ale bądźmy dobrej myśli ! Uda się jeszcze niejedna zupa, gratin i coś tam jeszcze z naszej ogrodowej cukinii.

A dziś udała się właśnie zupa.

Wprawdzie ma dość bury kolor ( to za sprawą pieczarek) , ale nie warto zrażać  się kolorem, bo to całkiem dobra zupa.

Na oleju roślinnym zeszkliłam cebulę, dodałam do niej pokrojone drobno pieczarki i cukinię. Dodałam wino. Dusiłam razem przez około 10 minut, dodałam sos sojowy.  Następnie dodałam płatki owsiane i wodę. Wymieszałam i gotowałam przez kolejnych paręnaście minut.

Dodałam chilli, sól i  cukier.

Przelałam całość  do blendera i zmiksowałam.

Potem znów przelałam zupę do garnka, przyprawiłam pieprzem i octem balsamicznym (akurat skończył  mi się ocet winny, ale pomyślałam że barwie zupy on i tak nie zaszkodzi, więc śmiało go użyłam:-) )

Zupę podałam z kleksem śmietany ( bo zawsze bardzo lubiłam zupę ze śmietaną i nic się nie zmieniło  u mnie w tej sprawie).

A dla chętnych również z siekaną natką pietruszki.

Zupa, choć wagowo głównie cukiniowa, w smaku  jest znacznie bardziej grzybowa.

A śmietana bardzo do niej pasuje!

Basia

Zupa z cukinii i pieczarek

około 600 g cukinii

250 g pieczarek

około 2 łyżek oleju roślinnego

½ filiżanki płatków owsianych ( około 75g)

5 filiżanek wody

około 150 ml białego wina

około 1-1 ½ łyżeczki cukru

szczypta cukru

szczypta chilli

2-3 łyżki sosu sojowego

ocet  balsamiczny

sporo świeżo zmielonego pieprzu

przed podaniem:

śmietana i natka pietruszki

Malinowa wajgelia i muffinki

komentarze 4

Mój ogród najpiękniejszy jest wiosną, kiedy kwitną krzewy.

Potem już nie jest tak kolorowo, niestety.

Wprawdzie taras zdobią surfinie i inne kwiaty w donicach, ale ogród jest po prostu głównie zielony.

Nie jestem zapaloną ogrodniczką, to po pierwsze. Poza tym najzwyczajniej nie mam czasu na pielęgnowanie ogrodu. Staram się więc posadzić choć nasturcje i słoneczniki, żeby latem móc cieszyć nimi oko, a dodatkowo mieć z czego układać w wazonie bukiety.

No i właśnie ogromną  przyjemność zrobiła mi wajgelia. Znów zakwitła!

Ona czasem kwitnie powtórnie w okolicy września  i choć znacznie mniej obficie, to zaraz  robi się troszkę weselej ogrodzie.

Ona ma piękny malinowy kolor.

I bardzo pasuje do moich ostatnich muffinek  z brzoskwinią i malinami 🙂

Możecie już być zmęczeni muffinkami, nie dziwię się.

Jednak piszę o nich tym razem głownie dlatego, że zrobiłam je trochę inaczej niż zwykle  z owocami.

Bardzo mi przypadł do gustu ten przepis. Babeczki są zarazem wilgotne i puszyste, bardzo smaczne.

Miłośnicy muffinek, spróbujcie ich,  Wam też się spodobają!

Muffinki z brzoskwiniami i malinami (nowa wersja)

200g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

3 jajka

130 g miękkiego masła

180 g cukru demerara

180g jogurtu naturalnego

spora,  dojrzała,  ale nie bardzo miękka brzoskwinia pokrojona w kosteczkę

maliny( po około 3-4 sztuki  na jedną babeczkę)

Nagrzałam piekarnik do około 190-200 stopni.

Ubiłam w misce mikserem masło z cukrem. Szczerze powiedziawszy nie była to jeszcze całkiem gładka masa, kiedy  dodałam do niej jajka. Następnie dodałam jogurt i chwilę jeszcze miksowałam, dodałam mąkę i proszek do  pieczenia i jeszcze chwilę miksowałam.

Do masy dodałam pokrojoną brzoskwinię i wymieszałam lekko łyżką.

Do papilotek wkładałam porcję  masy a następnie do każdej miseczki  lekko wciskałam kilka malin.

Nie wiedziałam, jak ciasto urośnie, więc nakładałam niedużą porcję do papilotek. Wyszło 18.

Wyrosły niezbyt dużo, niewiele ponad wysokość papilotki. Można zrobić zatem mniej większych.

Ale myślę, że na 12 papilotek to tego ciasta jest za dużo.

Piekłam je około 15 minut, aż były złociste z wierzchu. Zanim wyjęłam z piekarnika sprawdziłam wbijając w nie patyczek. Kiedy był suchy, wyjęłam  muffinki i pozwoliłam im nieco wystygnąć,  zanim przełożyłam  je z formy muffinkowej na talerz.

Basia

Bakłażan i orzeszki piniowe

komentarze 3

Bardzo lubię orzeszki piniowe. Kiedy wiem, że mam je w domu,  sięgam  po nie do spiżarki i podjadam…

I wtedy wcale nie muszą być uprażone (choć takie są najlepsze!),  pyszne są takie zjedzone wprost ze słoiczka.

Ale kiedy ich nie mam,  to bardzo odczuwam ich brak.

Ostatnio przez dłuższy czas ich nie miałam, ciągle zapominałam o ich kupieniu, ale  w końcu kupiłam!

I jak to często bywa, trochę zjadłam w drodze do domu. Na szczęście nie wszystkie.

Więc  zostało  trochę  orzeszków do sałatki 🙂

Zrobiłam sałatkę z grillowanymi bakłażanami.

Nauczyłam się jeść i przyrządzać  bakłażany  mieszkając w Egipcie.  I choć z pewnością ich smak tu i teraz odbiega od tamtego wtedy , oczywiście  jest wynikiem tej  inspiracji.

Pokrojone w plastry lub paski bakłażany smażę na oliwie na  patelni, a potem zostawiam w marynacie zrobionej z octu winnego ( albo lepiej balsamicznego), oliwy, czosnku, cukru i soli.

Takie bakłażany mogą  spokojnie poleżeć w lodówce przez kilka dni, albo nawet dłużej.

Można ich użyć do sałatki, grzanek , można zjeść solo  albo  z pieczywem, można też dodać  do  makaronu albo innych dań. Naprawdę możliwości jest wiele, więc warto je mieć w domu takie już przygotowane.

Tymczasem dzisiejsza sałatka była następująca:

sałata lodowa, bakłażan, pomidor, sos pesto, cebula, feta i prażone orzeszki piniowe. Same smakołyki!

Bakłażana pokrojonego tym razem w plastry usmażyłam na oliwie. Posoliłam i smażyłam z obu stron aż bakłażan był miękki.

Zrobiłam wspomnianą  marynatę z octu balsamicznego, cukru, oliwy z pierwszego tłoczenia i rozgniecionego czosnku i do niej przełożyłam  gotowe już bakłażany.

Na talerzu rozłożyłam pokrojoną w paski sałatę lodową, na niej położyłam plastry bakłażana i pomidora oraz piórka cebuli.

Na wierzchu położyłam pokruszoną fetę,  a następnie polałam całość sosem przygotowanym z pesto, oliwy, octu winnego, cukru, rozgniecionego czosnku i soli.

Posypałam prażonymi orzeszkami piniowymi i ozdobiłam listkami świeżej bazylii.

Sałatka z grillowanym bakłażanem, pomidorami, fetą i sosem pesto

na około 3-4 porcje

około pół sałaty lodowej posiekanej w paski

jeden spory bakłażan, posolony i pokrojony  w plastry, grillowany na oliwie z każdej strony

( marynata: ocet balsamiczny , rozgnieciony ząbek czosnku, sól, cukier)

około 100-150g pokruszonego sera feta

3 średnie pomidory pokrojone w plastry

cebula pokrojona w piórka

na sos:

około 50g pesto

ocet winny

oliwa z pierwszego tłoczenia

sól

cukier

rozgnieciony ząbek  czosnku

do dekoracji :

świeża bazylia

prażone orzeszki piniowe

Spróbujcie,  smacznego!

Basia

Muffinki z morelami i czekoladą

Brak komentarzy

Lubię jeść śniadanie na tarasie.

I nawet, jeśli to ma być szybkie śniadanie,  wolę je na tarasie niż w domu. Myślę sobie wtedy, że niedługo już nie da się wychodzić rano na taras, żeby nie zmarznąć. I bardzo mnie to martwi, bo ciepłolubne jest ze mnie zwierzę!

Wykorzystuję więc lato, ile się da! I szczerze powiem, nie wiem kiedy ostatnio jedliśmy śniadanie wewnątrz domu? Może w jakiś mocno  nieprzyjemny dzień, kiedy deszcz ostro zacinał i zadaszenie tarasu było niewystarczające, żeby uchronić  nas przed zmoknięciem.

Tak więc wychodzimy zjeść śniadanie na tarasie codziennie rano, i choć mam gęsią skórkę i wkładam na siebie ciepłą bluzę, postanowiłam nie zrażać się tym i być dzielną.

Dziś rano poczułam niestety  wyraźnie już nadchodzącą jesień. Choć słonecznie, było jednak rześko i wietrznie,  a słońce już nie tak wysoko jak kilka tygodni temu.

Jedyna korzyść z tego, to fakt , że nie jest już tak bardzo gorąco  i można włączyć piekarnik i wreszcie coś upiec 🙂

A ja dawno nie robiłam przecież  muffinek na słodko!

Najwyższa więc na nie pora.

Muffinki z morelami i czekoladą

200g mąki

1 jajko

70 g oleju

150 ml mleka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody

szczypta soli

150 g cukru

sok z  około ½ cytryny

cukier puder do posypania gotowych babeczek

około 200-250 g moreli świeżych, wypestkowanych, pokrojonych na małe kawałki.

około 50-70 g czekolady gorzkiej posiekanej na drobne kawałki.

cukier puder do posypania z wierzchu gotowych muffinek.

Włączyć piekarnik, żeby nagrzał się do około 200 stopni. W formie do muffinów ułożyć papilotki.

Wszystkie składniki  ciasta dobrze wymieszać w misce, na koniec dodać pokrojone na kawałki morele i czekoladę, wszystko  delikatnie, ale jednocześnie  bardzo starannie wymieszać. Delikatnie przełożyć  masę porcjami  do papilotek.

Wstawić do piekarnika na około 30 minut, gdy wyglądają na upieczone, sprawdzić jeszcze wbitym patyczkiem. Jeśli jest suchy, można   śmiało muffinki  wyciągać z pieca!

Tylko jeszcze  trzeba posypać  je cukrem pudrem i można jeść!

Ciepłe muffinki będą miały  wewnątrz roztopione czekoladowe kawałki , ale gdy babeczki wystygną, również czekolada wewnątrz nich stężeje.

Smacznego!

Basia

Kulki z mięsa i dip z awokado

Brak komentarzy

Pewnie macie już dość kabaczków i cukinii, czemu się nie dziwię, ale moja Córka stwierdziła dziś, że koniecznie trzeba zrobić coś z tej cukinii,  która dwa dni temu została ścięta, bo  zaraz zacznie robić się miękka.  A to w końcu są głównie  jej uprawy!

Powiedziałam, że może zrobię jakąś zapiekankę , bo właśnie  rozmroziłam porcję mięsa mielonego. Ona się skrzywiła na to i dodała, że z tego mięsa trzeba zrobić coś innego, jakieś kulki na przykład!

Nie trzeba było mi tego powtarzać,  zrobiłam kulki z fetą i świeżym oregano. A do nich dip z awokado.

A cukinię zapiekłam pod skorupką parmezanową.

I w ten sposób wszyscy byli zadowoleni.

Grillowane  kulki z mięsa,  fety i świeżego oregano

300g mielonego mięsa ( u mnie było pół na pół chude wołowe i wieprzowe)

70g pokruszonej fety

rozgnieciony bardzo duży ząbek czosnku

1-2 łyżki oliwy do smażenia

sól- delikatnie z solą, bo feta jest słona!

posiekane liście świeżego oregano ( około 3 g, to pewnie ze 2 spore łyżki)

pieprz świeżo zmielony

dip z awokado

dojrzałe, miękkie  awokado

sok z około ½ cytryny

świeżo zmielony pieprz

rozgnieciony ząbek czosnku

około 70 g kwaśnej śmietany

posiekana jedna nieduża cebulka dymka

szczypta cukru

łyżka oliwy z pierwszego tłoczenia

sól

tabasco ( ilość według uznania, dla mnie odrobina)

Mięso wyrobiłam z pokruszona fetą, przyprawami, oliwą. Uformowałam kulki o średnicy około 3 cm. Na rozgrzanej, suchej ( bez tłuszczu)  patelni grillowałam kulki przez parę minut z każdej strony, co chwilę odwracając je.

Przygotowałam dip. Rozgniotłam awokado widelcem. Awokado musi być miękkie jak masło (ja takie uwielbiam!).

Dodałam do niego sok z cytryny, przyprawy, śmietanę, dymkę i wszystko wymieszałam.

Jeśli chodzi o cukinię, to pokroiłam ją na plastry około 1 cm grubości, obsmażyłam szybko na oliwie z obu stron. Ułożyłam w naczyniu do zapiekania w 2 warstwach , posoliłam odrobinę, skropiłam octem balsamicznym,  dałam świeżo zmielony pieprz, rozgnieciony czosnek. przykryłam kołderką z bułki tartej wymieszanej z parmezanem utartym i oliwą i wstawiłam do nagrzanego do około 170-180 stopni piekarnika na około 30 minut. Gdy pierzynka parmezanowa była złocista, wyjęłam z piekarnika.

To taki uproszczony, ale całkiem fajny  gratin :-).

Basia

Muffinki dla Dorotki

komentarze 2

Dziś było pierwsze moje podejście do muffinek niesłodkich.

Moja koleżanka Dorota zapytała mnie ostatnio, czy mam jakiś fajny przepis na takie właśnie wypieki.

Niestety, musiałam zaprzeczyć. Do tej pory nigdy takich jeszcze nie robiłam.

Ale od pewnego czasu właśnie myślałam o wypróbowaniu muffinek na słono, jednak planowałam to robić jesienią, biorąc pod uwagę aktualne upały.  Pytanie Doroty jednak  zmobilizowało mnie do tego, żeby je upiec teraz.

Nie bardzo chciałam całkowicie eksperymentować i wymyślać przepis,  pomyślałam że na pierwszy raz wypróbuję jakiś znaleziony. Zajrzałam na stronę Nigelli Lawson, gdzie jest kilka przepisów na muffinki na słono, wśród kilkudziesięciu słodkich.

Ja często  gotuję według jej pomysłów, czy choćby inspiruję się przepisami Nigelli. I muszę przyznać, że rzadko zdarzają jej się wpadki. Choć oczywiście nie wszystko olśniewa.

Jednak jeśli chodzi o jej muffinki, to w ciemno można piec.

Ten przepis jednak nie jest autorstwa Nigelli, ale pomyślalam, że skoro jest u niej na stronie, to zapewne jest wypróbowany i można bez obawy z niego skorzystać.

Zachęcające w nim jest również to, że wśród składników potrzebnych do pieczenia jest cukinia!

A tej, jak wiecie u mnie dostatek 🙂

Proporcje w tej recepturze oraz czas pieczenia przewidziane są na minimuffinki.

Ja chciałam upiec normalnej, standardowej wielkości babeczki, więc trochę zmieniłam parametry.

Muffinki z serem i cukinią

na 12 sztuk standardowej wielkości

200g mąki

2 jajka

100g sera utartego, ja dałam Djugas. Może być też Parmezan, Cheddar czy Comte np.

2 małe cukinie lub 1 średnia. Utarte na tarce z grubymi oczkami i bardzo dobrze odciśnięte.

2 łyżeczki proszku do pieczenia

2 łyżki oliwy

pieprz świeżo zmielony

sól- trzeba uważać z soleniem, bo ser jest słony. Proponuję dać sporą szczyptę i spróbować. Może wystarczy? Mnie tak!

150  ml mleka

ja dałam jeszcze ząbek czosnku rozgnieciony i  listki świeżego oregano.

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni .

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia i  utarty ser.

W osobnej misce rozbiłam mikserem jajka, oliwę, mleko i cukinię.

Połączyłam składniki, dodałam przyprawy.

Do formy na muffinki wyłożonej papilotkami przełożyłam masę i wstawiłam do nagrzanego piekarnika. Piekłam 35 minut, wilgotna cukinia  sprawia, że ciasto musi mieć wystarczająco dużo czasu, żeby się upiekło.

Muffinki wyszły naprawdę pyszne! Polecam.

Miały tylko jedną wadę, trudno je było oderwać od papilotek. I nie wiem, czy papilotki były jakieś nienajlepsze( pierwszy raz używałam właśnie tych, czyli  kupionych kiedyś w Czechach i również czeskiej produkcji), czy wynikało to z niewielkiej ilości tłuszczu w cieście ( tylko 2 łyżki oliwy i tłuszcz  zawarty w serze)? Następnym razem  ( z pewnością niedługo to będzie) upiekę w innych papierkach i opowiem Wam, jak wyszło.

Czasem  tak się zdarza, kiedy muffinki  zjada się zaraz po upieczeniu ,  natomiast zostawione  na kilka godzin czy do następnego dnia,  już łatwo odchodzą od papierków. I nie jestem pewna, czy tym razem  uda mi się sprawdzić, czy podobnie będzie z tymi, …  bo już zostały  tylko dwie i nie wiadomo jak długo potrwa ten stan . Mimo tej niedogodności z papilotkami 🙂

Basia

Pierwszy patison

1 komentarz

No i przyszła pora na patisona.

Nasza przydomowa uprawa zaczyna dość  intensywnie dojrzewać. Zanosi się na to, że najbliższe tygodnie upłyną pod znakiem cukiniowo-patisonowo-kabaczkowych potraw. Może się nie znudzą…?

Ale z pewnością zmuszą do  kreatywności kulinarnej .

Tymczasem wróćmy do patisona, który jest dość oryginalny w kształcie i to mnie w nim pociąga 🙂

A poza tym jest  trochę twardszy od cukinii i kabaczka, a to  sprawia, że trzeba go gotować  czy smażyć trochę dłużej niż tamte. Po ugotowaniu pozostaje bardziej jędrny niż cukinia i kabaczek.

Patison  został zebrany dość późno,  jak się okazało. Mimo, że niewielki, okazał się mieć grubą i już niejadalną skórę i gniazdo z twardymi pestkami.

Ale gdyby był nieco młodszy, to by można go zjeść nawet na surowo. Miałam kiedyś taką znajomą, która młode patisony brała do pracy w charakterze przegryzki. Kroiła na plastry , soliła i zjadała.

Ja natomiast z  naszego pierwszego patisona zrobiłam gratin, czyli taką warzywną zapiekankę.

Tym razem poza pomidorami i cebulą oraz  chrupiącą skorupką  z parmezanu pomieszanego z bułką tartą i oliwą do gratin dodałam pesto. Wyszło smakowicie.

Gratin z patisona, pomidorów i pesto

jako danie główne dla 2 osób

jako dodatek  dla  4

1 patison ( można też być  cukinia albo kabaczek) obrany, pozbawiony pestek i  pokrojony na plastry o grubości około 1 cm

3 średnie pomidory( nacięte, sparzone i obrane ze skóry)

cebula pokrojona w piórka

oliwa do smażenia

pesto , ja dałam 100g świeżego  mrożonego. Jeśli  dacie gęste  pesto ze słoika, to trzeba nieco je rozrzedzić dodając trochę wody. Tyle tylko, żeby dało się wylać na warstwę pokrojonego patisona.

rozgnieciony ząbek czosnku

pieprz, sól – do smaku

ocet winny

bułka tarta  około 30-40g

parmezan utarty około 60-70 g

oliwa  około 30 g

oregano suszone i świeże

ewentualni bazylia

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Na patelni usmażyłam na oliwie z obu stron plastry patisona. Właściwie podsmażyłam je tylko.

W naczyniu do zapiekania ułożyłam plastry patisona, polałam je sosem pesto, do którego dodałam rozgnieciony czosnek i  nieco octu winnego( około ½ łyżeczki). Położyłam cebulę i pokrojone na plastry obrane pomidory. Całość posypałam suszonym oregano i  dobrze wymieszaną bułką z parmezanem i oliwą. Wstawiłam do nagrzanego piekarnika na około ½ godziny.

Gdy na wierzchu pojawiła się złocista chrupiąca skorupka wyjęłam z piekarnika. Przed podaniem dodałam listki świeżego oregano i bazylii.

Basia

Bałkańskie klimaty

Brak komentarzy

Pora na chłodniki ciągle trwa, i oby jak najdłużej.

Oby jak najdłużej trwało lato!

Późno się  zaczęło, więc  niech i późno skończy 🙂

Zrobiłam zatem tarator, to taki chłodnik o bułgarskich  korzeniach. Mój  Mąż należy do amatorów chłodników,  dlatego często je robię.

Klasyczny tarator, to chodnik z kwaśnego mleka bułgarskiego (takiego sztywnego, że niemal można kroić nożem), ogórków, czosnku, oliwy i kopru.

Czasem  Bułgarzy dodają do niego  wody albo siekanych orzechów włoskich.

Pamiętam jak przed laty podczas wakacji  z Rodzicami w Bułgarii znajomy Bułgar przyrządzał dla nas ten chłodnik. Pamiętam,  jak wielki nieobrany ogórek nacinał szybkimi  ruchami noża,  a potem siekał w przeciwną stronę, cały czas trzymając w ręce.  Robił to z ogromną wprawą!

Czosnek też siekał, energicznie i bardzo drobno, tym razem już na desce do krojenia.

Jeszcze koper, oliwa, sól i wszystko zostało szybko wymieszane w garnku.

Jedliśmy tarator z białym, pszennym bułgarskim chlebem i bardzo wszystkim  on smakował.

Wielokrotnie robiłam go w domu, ale chyba nigdy już nie smakował tak samo, jak tam na wakacjach w Bułgarii…

Tym razem zrobiłam go trochę inaczej. Nie kroiłam ogórka, tylko wrzuciłam do blendera i zmiksowałam z jogurtem i resztą składników. W ten sposób otrzymałam chłodnik, który można pić. A do tego ma piękny zielony kolor dzięki ogórkom i zmiksowanemu koprowi.

Myślę, że warto wypróbować obie wersje.

Tarator

na 2-3 porcje

400 g opakowanie zimnego jogurtu  (ja dałam gęsty grecki jogurt, ale może być też  zwykły jogurt czy kefir)

ząbek czosnku rozgnieciony

1-2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

kilka ogórków w sumie około 200g, najlepiej zimnych, wprost z lodówki

kilka łyżek siekanego koperku ( zostawić trochę do dekoracji)

sól

ewentualnie odrobina octu winnego, jeśli mleko zsiadłe czy jogurt jest mało kwaśny

szczypta cukru

Można wszystko zmiksować, albo zrobić według wspomnianego  klasycznego przepisu.

Jeśli chłodnik przygotowany jest dużo wcześniej przed podaniem, należy go wstawić do lodówki i wyjąć tuż przed serwowaniem. Najlepszy jest zdecydowanie chłodny!

A pozostając w klimacie bałkańskim, proponuję Wam jeszcze coś do taratoru.

Omlet z fetą, ziemniakami i cebulą.

Myślę, że można potraktować ten zestaw jako cały obiad.

My  jedliśmy ten omlet na śniadanie, ale równie dobrze można go zrobić na lunch czy obiad.

Prawdziwa grecka feta ( przywieziona właśnie przez Córkę z wakacji) doskonale skomponowała się z masą jajeczną omletu. Polecam!

Omlet z fetą, ziemniakami i cebulą

5 jajek dobrze ubitych

1 duży lub 2 mniejsze ziemniaki posiekane dość drobno ( kilkumilimetrowej grubości plasterki przekrojone na mniejsze kawałki)

olej lub oliwa do smażenia

nieduża cebula drobno posiekana

około 100g fety pokruszonej niezbyt drobno

pieprz

Na rozgrzanym tłuszczu podsmażyłam posiekane ziemniaki, gdy były już dość miękkie dodałam cebulę i smażyłam razem, aż cebula zeszkliła się. Trzeba uważać, żeby się nie przypaliła (można też smażyć ziemniaki i cebulę osobno i połączyć  dopiero wtedy,  gdy są gotowe).

Do  miękkich ziemniaków i cebuli dodałam fetę, rozłożyłam równomiernie na całej powierzchni a następnie wylałam na to masę jajeczną. Popieprzyłam całość,  ale  nie posoliłam, mając na uwadze słoną dosyć fetę.

Podczas smażenia podważałam omlet od dołu, żeby masa jajeczna spływała na dół. Kiedy z wierzchu nie było już zbyt wiele takiej płynnej,  przełożyłam omlet na drugą stronę używając dużego talerza ( można też uzyć dużej pokrywki, o średnicy podobnej do średnicy patelni). Po chwili smażenia  z drugiej strony przełożyłam  omlet z patelni na talerz. Trzeba uważać , żeby go nie przypalić z żadnej strony. Najszybciej zawsze przypala się cebula i niestety  wtedy staje się gorzka.

Omlet z fetą jest doskonały.

Robiłam go po raz pierwszy, ale jestem pewna, że będzie częstym gościem na naszym stole!

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress