Archwium dla ·

kuchnia wegetariańska

· Kategoria...

Wielkanoc!

Brak komentarzy

Wielkanoc!

Już właściwie półmetek Wielkanocy, ale ciągle przecież można przyjmować życzenia, dlatego życzę Wam Wesołego Alleluja!

Najmilszych, najcieplejszych i najradośniejszych Świąt.

Jestem pewna, że świetnie udały się Wasze mazurki, baby i pasztety. Prawda?

Nasze wypieki i inne świąteczne wyroby też wyszły całkiem nieźle.

Pasztet, ćwikła i wielkanocny sos polski, to naprawdę udane połączenie. Dobrze, ze zostało jeszcze trochę na jutro!

Ale w tym zestawie potrzeba przecież jeszcze chleba… Spokojnie, nie zapomniałam o nim! Upiekłam mój świąteczny chleb.

Ale o pieczeniu chleba opowiem innym razem.

Z paschy nie odciekło właściwie nic. Mokra była tylko ściereczka lniana, w którą  zapakowana  była pascha. Więc najprawdopodobniej ser był dobrze odciśnięty.

Nieskromnie powiem, że jak zwykle pascha zebrała mnóstwo pochwał.

Myślę, że zupełnie słusznie, bo była rzeczywiście warta grzechu :-).

Mazurek-niemazurek zniknął z patery z ciastami chyba w pierwszej kolejności. Takie „niby nic”, a cieszy podniebienie. I miło rozpływa się w ustach…

Dobrze, że Święta Wielkanocne nie kończą się dziś.

Mamy na szczęście jeszcze jeden dzień łasuchowania!

I tego właśnie Wam życzę na jutro.

A o konsekwencjach będziemy myśleć później…:-)

Basia

Ćwikła i chrzan

Brak komentarzy

Pasztet już jest upieczony. Na Wielkanoc pasztet musi być.

To wprawdzie nie jest konkurs, ale zwykle są u nas  trzy pasztety na święta : nasz, mojej Mamy i Teściowej.

Kupione wędliny w ogóle nie cieszą się wtedy popularnością  przy naszym stole, tylko pasztety!

Ale do pasztetu musi jeszcze coś być, dlatego obowiązkowo jest ćwikła z chrzanem i wielkanocny sos polski.

Odkąd wiem, że gotowane buraki mają wyskoki indeks glikemiczny, straciłam do nich sympatię.  Produkty o wspomnianym wysokim indeksie glikemicznym sprzyjają tyciu, więc  łatwo zrozumieć moją do nich niechęć, prawda?

Jednak mimo tego nie wyobrażam sobie Wielkanocy bez pasztetu i ćwikły.

Moja ćwikła ma zdecydowany smak  ( jak cała moja kuchnia :-))i jest dość ostra z powodu dodanego chrzanu.

Ugotowane w mundurkach buraki ( i obrane potem, oczywiście) ścieram na grubej tarce, a właściwie przy pomocy takiej ręcznej maszynki, która ma wymienne tarki z różną wielkością oczek. Do starcia buraków na ćwikłę używam największych oczek. Z maszynki wychodzą wtedy  długie,  dość grube, błyszczące  wióry buraków.

Przyprawiam je cukrem, solą, kminkiem ( jestem z Krakowa  i uwielbiam kminek ;-)) i KONIECZNIE octem balsamicznym!

Do tego jeszcze  trochę tartego chrzanu i ćwikła gotowa.

Ale to nie wszystko,  bo jeszcze musi być odpowiedni sos chrzanowy. U moich Rodziców w domu na Wielkanoc zawsze robiło się sos chrzanowy z dodatkiem siekanych jajek i  śmietany.

Mam sentyment do sosu chrzanowego.

Kiedyś w jakiejś  książce kucharskiej na temat polskiej kuchni znalazłam przepis na wielkanocny sos polski. Ale  dlaczego polski? Podobno szczypiorek nazywany jest często  w świecie „polskim ziołem”, do tego sosu dodaje się właśnie  sporo siekanego szczypiorku i koperku, więc to stąd pewnie ta nazwa.

Jest z pewnością mocno wiosenny przez te dodatki. I naprawdę doskonale pasuje do pasztetu, gotowanych jajek i  wędlin, czyli tego wszystkiego, co jemy na Wielkanoc. Jeśli nie mieliście do tej pory pomysłu na chrzan, to według mnie warto spróbować tego :

Wielkanocny Sos Polski

2 gotowane jajka

około 3 łyżek siekanego szczypiorku

około 2 łyżek  siekanego koperku

5-6 łyżek śmietany  ( ja dałam 18% śmietanę Zott)

2 łyżki  majonezu

2 łyżki chrzanu utartego ( ja dałam chrzan Motyl, najbardziej go lubię)

cukier, sól

ewentualnie ocet winny

Jajka posiekać drobniutko, wymieszać z majonezem i śmietaną, dodać siekany szczypiorek i koperek, dodać chrzan, wymieszać  a następnie przyprawić solą, cukrem i ewentualnie octem winnym.

Smacznego,

basia

Krem z brokułów

Brak komentarzy

Późno zjedzone śniadanie często sprawia, że kolejnym posiłkiem jest dopiero kolacja. Tak było i tym razem. To w sumie zrozumiałe, choć jednocześnie trochę smutne.

Żeby choć trochę  poprawić ten nastrój żalu, ugotowałam zupę.

No bo zupa to przecież nic takiego, prawie nic.

I choć wreszcie robi się wiosennie ciepło,  a zupy są podobno  na zimną porę, pomyślałam że zielona zupa (jak wiosna!)  chyba jednak nie podlega tej zasadzie.

Ugotowałam krem z brokułów z dodatkiem ( kolejnego ulubionego przeze mnie!) sera  Cheddar. Bo moja rodzina to miłośnicy serów i ich namiętni zjadacze.

Dzięki mojej koleżance Ewie, o której pisałam przy okazji szarlotki, mamy często w domu doskonałe sery prosto z Anglii. Tak jak wspomniany właśnie Cheddar  Montgomery niepasteryzowany.

To świetny, po prostu szlachetny i niepowtarzalny, ostry angielski ser, który kruszy się podczas krojenia i gdy ścierany jest na tarce,  a roztapia i rozpływa się, gdy jest podgrzewany. Fantastycznie komponuje się z wieloma zupami, tak jak z tą brokułową.

Ale z pewnością można do zupy dodać inny, ostry i  rozpływający się  ser (ale absolutnie nie może to być ser ciągnący i gumowy!!).  Może być Gruyere, albo jakiś inny Cheddar, który dostępny jest w naszych dobrych sklepach. Ostatecznie może być  też Parmezan albo Dziugas.

Spróbujecie?

Zupa krem z brokułów

3 porcje

1 nieduży brokuł

1 średni ziemniak  pokrojony w niedużą kostkę

1 cebula

2 rozgniecione ząbki czosnku

bulion z drobiu albo z kostki ( ja dałam 1,5 kostki bulionu warzywnego)

2 łyżki mąki

2 łyżki oliwy nie z pierwszego tłoczenia

100ml białego wina

łyżeczka octu winnego

sól, cukier

pieprz świeżo zmielony

filiżanka utartego sera Cheddar

około 1200ml wody

Na dużej patelni rozgrzałam oliwę, położyłam posiekaną cebulę i czosnek, podsmażyłam  aż cebula się zeszkliła. Następnie dodałam pokrojonego w kosteczkę ziemniaka i pokrojonego na różyczki brokuła.

Podsmażyłam, aż zmiękły.

Posypałam mąką i dalej smażyłam przez chwilę, wreszcie dolałam wodę i dodałam kostki bulionu.

Dodałam sporo pieprzu, posoliłam, dodałam szczyptę cukru, wino i ocet winny.

Gotowałam jeszcze przez chwilę, aż warzywa zmiękły.

Wtedy przelałam zupę do blendera, zmiksowałam na krem.

Przelałam  do garnka, podgrzałam.

Nalałam zupę do miseczek, posypałam ulubionym serem i listkami świeżej kolendry.

I humor powrócił, … przynajmniej do kolacji!

Basia

Kotleciki z cukinii

Brak komentarzy

Przyznam, że mam wiele pokory wobec kuchni wegetariańskiej, a właściwie wobec tych którzy przez całe lata potrafią wymyślać i gotować wyłącznie wegetariańskie dania.

Myślę, że trzeba być bardzo kreatywnym, żeby ciągle mieć jakiś fajny pomysł na jedzenie,  bez mięsa w ogóle!

A przecież  wcale nie jestem  jakimś ekstremalnym mięsożercą … Mogę przez długi czas żywić się ziarnami , mlekiem  i  serami i wcale nie odczuwam potrzeby zjedzenia kawałka mięsa. Jednak podziwiam tych, którzy potrafią tak  przez całe życie.

Pozostając w tej  wegetariańskie konwencji  mam dla Was ciekawy pomysł, a mianowicie  kotleciki z cukinii.

Można je podać  zarówno na ciepło (np.: na obiad czy kolację), jak i na zimno. Taka wersja na zimno (można je dużo wcześniej przygotować) może być elementem menu na imprezę z jedzeniem typu „finger food”,  czyli takim jakie  najbardziej lubię przygotowywać na imprezy! Małe i ładne kanapeczki, crostini, koreczki  etc. Na raz do buzi!

W wersji obiadowej rozmiar kotlecików może być większy, oczywiście. Jednak z doświadczenia wiem, że te mniejsze, choć bardziej pracochłonne, zawsze bardziej się podobają.

Do tych kotlecików dobrze przygotować sos. Wprawdzie ja lubię ich smak niezakłócony innym smakiem, ale moja rodzina lubi sosy i ostatnio ze smakiem zjadła cukiniowe kotleciki z sosem tzatziki.

Kotleciki cukiniowe

2 nieduże cukinie (w sumie około 450g)

1 jajko i 1 białko

około 130 g bułki tartej

ser cheddar  około 70g ( ewentualni parmezan albo dziugas, o którym pisałam przy okazji przepisu na pappardelle z suszonymi pomidorami i kurczakiem)

cebulka dymka

spora szczypta gałki muszkatołowej i  cynamonu

pieprz mielony

pół łyżeczki octu winnego

pół łyżeczki soli

olej do smażenia

Włączyłam piekarnik, żeby nagrzał się do około 200st.

Około 8 łyżek bułki odłożyłam, resztę położyłam na papierze do pieczenia , włożyłam do nagrzanego piekarnika i  zrumieniłam. Zrumienioną  wyjęłam z piekarnika i zostawiłam, żeby wystygła.

Cukinie obrałam, odcięłam końce i starłam na grubej tarce. Położyłam utartą cukinię na sitku, posoliłam i zostawiłam na kwadrans. Następnie mocno odcisnęłam sok z cukinii. Wylałam około ¾ szklanki zielonego soku.

W misce wymieszałam utratą i odciśniętą cukinię, odłożoną część bułki tartej, utarty cheddar, posiekaną dymkę, jajko i białko, wszystkie przyprawy.

Rozgrzałam olej na patelni.

Formowałam małe kulki o średnicy około 3cm i obtaczałam w zrumienionej wcześniej bułce,  potem je lekko spłaszczyłam i smażyłam na rozgrzanym tłuszczu z obu stron, aż się  zrumieniły .

Jeszcze tylko tzatziki  (produkcji mojej Córki)  z kosmiczną ilością czosnku 🙂  i danie gotowe!

Niech żyje kuchnia wegetariańska!

Zupa z soczewicy

Brak komentarzy

Jak ładnie się zrobiło wokół, wiosennie! Kilka ostatnich dni było pięknych i słonecznych,  ścięłam  w ogrodzie trochę gałęzi  forsycji  i mam nadzieję,  że zakwitną  w domu niebawem.

Dziś  jednak znów się  zachmurzyło, pada, jest szaro.

Pomyślałam, że to ostatni dzwonek, żeby  ugotować zupę z soczewicy, za chwilę już nie będzie wypadało!

Zupa z soczewicy kojarzy się zimowo, zresztą w ogóle zupy przewidziane są chyba na chłodne dni, prawda?

Wielokrotnie gotowałam zupę z soczewicy i z soczewicą, jednak taką jak dziś,  zrobiłam  po raz pierwszy.

To była zupa krem z soczewicy z pikantną marmoladą z szalotki.

Soczewica  (zielona) jest,  wraz z ciecierzycą,  moim ulubionym warzywem strączkowym. Ma wyższość nad wszystkimi innymi w związku z krótkim  czasem  gotowania i brakiem  konieczności moczenia jej godzinami przed ugotowaniem. To są naprawdę istotne zalety, bo można  zachciankę na soczewicę zrealizować niemal na zawołanie.

Jedyną wadą dań z soczewicy jest ich dość bury kolor, co czyni je mało reprezentacyjnymi. Na szczęście smak rekompensuje ich mało atrakcyjny wygląd.

Do garnka wlałam litr wody, wsypałam 150g  suchej soczewicy. Zagotowałam i zmniejszyłam ogień. Dalej gotowałam. Na patelni podsmażyłam, a właściwie zeszkliłam na łyżce oliwy,  posiekaną średnią cebulę i rozgnieciony ząbek czosnku . Gdy cebula z czosnkiem były gotowe, wrzuciłam  je do garnka z soczewicą i dalej gotowałam razem. Dodałam majeranek, pieprz i dalej gotowałam. Gdy soczewica była miękka odstawiłam. Przełożyłam  wszystko do blendera, posoliłam i zmiksowałam na gładki krem.

Podczas, gdy soczewica się gotowała, moja Córka usmażyła naszą ukochaną marmoladę z cebuli. Tym razem była to marmolada z szalotki, ale równie dobra jest zarówno z czerwonej  jak i zwykłej,  białej.

Przyrządzenie jej jest dziecinnie proste,  wyczytałam ten przepis w książce na temat kuchni francuskiej.  Pokrojoną w cienkie talarki cebulę smaży się na oliwie z dodatkiem masła ( znacie trzy najważniejsze produkty, bez których nie może się obejść kuchnia francuska? 1.masło 2.masło i 3.masło!), doprawia solą , cukrem trzcinowym, creme de casis i octem winnym. Palce lizać!

Zmiksowaną zupę zagotowałam jeszcze raz i  dolałam do niej około 50-70 ml czerwonego wina . Wymieszałam dobrze. Zupa była gotowa.

Wlałam zupę na talerz, położyłam porcję marmolady cebulowej.  Pięknie pasowały do siebie, mimo braku szczególnej urody.

Jak dobrze, że jednak zdążyłam  ugotować tę zupę przed wiosną!

Basia

Zupa z soczewicy z pikantną marmoladą z szalotki

  • 150 g zielonej soczewicy
  • litr wody
  • średnia cebula
  • 30-70 ml czerwonego wina
  • oliwa nie z pierwszego tłoczenia
  • majeranek
  • pieprz
  • rozgnieciony ząbek czosnku

marmolada z szalotki:

  • 300g szalotki, albo innej cebuli pokrojonej w cienkie plasterki
  • łyżeczka oliwy
  • 15 g masła
  • 30-35 g cukru brązowego  muscovado lub ostatecznie demerara
  • 1 łyżka octu winnego albo lepiej balsamicznego
  • ½ łyżki Creme de Casis
  • ½ łyżeczki soli

Na rozgrzanym maśle z oliwą smażyć cebulę przez około 5 minut, ciągle mieszać, nie przypalić.

Dodać cukier, sól, likier, ocet , zmniejszyć płomień i dalej mieszać i smażyć aż zbrązowieje. Bardzo uważać, żeby się nie przypaliło, bo będzie gorzkie.

Wystudzoną marmoladę można przechowywać w lodówce przez 2 tygodnie. A jeść ją można z mięsami, łososiem, serami  i wszystkim innym.  Pasuje naprawdę do wszystkiego!

Piękny Jaś

Brak komentarzy


Pisałam tu kiedyś o diecie mojego Męża. To jest redukcyjna dieta  białkowa, czyli z małą ilością węglowodanów.  Dieta trwa już kilka tygodni i działa! I tak,  jak waga spada,   mnie równie skutecznie kurczą się pomysły na akceptowane w tej diecie dania.
Ciągle mięso, ryby, mięso, ryby…
Chyba zapomnę, jak się gotuje makaron! A tak bardzo lubię to robić…
Ale wracając do białka, skoro nie mam wyjścia, to  trudno, dalej będzie białko.  Ale tym razem postawiłam na roślinne.

Fasola. Piękny Jaś. Ślicznie się nazywa, prawda? Ale fasola, jak fasola…
Z nadzieją, że swą urodę w całej okazałości zaprezentuje w daniu,  wrzuciłam Jasia do garnka, zalałam zimną wodą i zaczęłam się zastanawiać nad tym, co dalej z tym fantem zrobić?
Przypomniałam sobie, że kiedyś gotowałam doskonałą ciecierzycę z przepisu Nigelli  Lawson.
I oczywiście, jak zwykle,  zrobiłam po swojemu!
To jest całkiem bezmięsne danie, wobec tego może uchodzić  za wegetariańskie. Nie jest z pewnością zbyt piękne, choć nazwa fasoli mamiła bardzo, ale naprawdę jest smaczne.
Jeśli nie macie pomysłu  na fasolę, a macie na nią ochotę, to spróbujcie. A jeśli znudziła się Wam fasolka po bretońsku, tym bardziej polecam.
Po namoczeniu odlałam wodę z fasoli i zalałam ją czystą, wrzuciłam posiekaną cebulę i majeranek i ugotowałam, zabrało to chyba około 2 godzin. Większość wody wyparowała( w międzyczasie dolałam jej trochę), zostało jej około szklanki.
W blenderze zmiksowałam  oliwę (nie z pierwszego tłoczenia), posiekaną cebulę, kawałek (około 3 cm) suszonej papryczki chili, 2 zmiażdżone ząbki czosnku, łyżkę octu winnego, świeżo zmielony pieprz. Wylałam zawartość blendera na gorącą  patelnię i podsmażyłam przez chwilę, aż zaczęło dobrze bulgotać i gorycz ze zmiksowanej cebuli wyparowała sobie. Dodałam  ugotowaną, ale nierozpadającą się fasolę ( wraz z cebulą, z którą się gotowała) do bulgoczącej mikstury cebulowo-czosnkowej, zmniejszyłam ogień  i podusiłam jeszcze przez chwilę, aż fasola zmiękła całkiem i wszystkie smaki zintegrowały się.
Powstało bardzo treściwe danie,  szczególnie przyjemna była dla mnie ta zespalająca ziarna fasoli kremowa papka, lekko pikantna  i wyraźnie czosnkowo-cebulowa. Mniam!
Pomyślałam, że choć jest bardzo smaczna, to może jednak trzeba ją czymś orzeźwić?
Pokroiłam w plasterki niedużą cukinię, podsmażyłam ją przez chwilkę na łyżeczce oliwy, dodałam octu winnego , soli pieprzu i koniecznie cukru! Lekko chrupiącą jeszcze, ale wyraźnie  słodko-kwaśną cukinię zdjęłam z ognia i połączyłam z fasolą, a dla przełamania monotonii kolorystycznej tej „bomby białkowej” dodałam kilka paseczków  czerwonego suszonego pomidora i  listki zielonej natki pietruszki.
Czy Jaś jest piękny? Można dyskutować, ale w tym wydaniu był naprawdę bardzo smaczny.
Pikantna fasola Piękny Jaś z czosnkiem cebulą i cukinią
250 g fasoli
2 cebule ( jedna do gotowania fasoli, druga do miksowania z oliwą)
około 60 ml oliwy nie z pierwszego tłoczenia
2 spore ząbki czosnku
3 cm kawałek suszonej papryczki chili
nieduża cukinia
sól
pieprz
ocet winny łyżka do mikstury z cebulą  + łyżka do cukinii
łyżeczka cukru
pomidor suszony pokrojony na paseczki
siekana natka pietruszki
Smacznego,
Basia

Hummus bi tahini

Brak komentarzy

Niedawno (pisząc o ciecierzycy) obiecałam Wam, że powiem więcej ma temat hummusu. To mój kolejny, ukochany, arabski przysmak. Jest niezwykle popularny w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
Hummus, to dla mnie coś z gatunku „mała rzecz, a cieszy!” Receptura jest w sumie dziecinnie prosta, bo hummus to nic innego, jak ciecierzyca ugotowana i zmiksowana na gładką masę z dodatkiem pasty sezamowej i odpowiednich przypraw.
Ale jak zwykle, tajemnica tkwi właśnie w proporcjach i przyprawieniu.
Ja nauczyłam się robić hummus od Egipcjan i pozostaję wierna temu sposobowi przygotowania.
Tam podaje się go w charakterze „sałatki”, jak mówią, i zwykle je się go wraz z typowym arabskim płaskim chlebem ( podobnym do pity), co ma tylko dwie skórki, a pomiędzy nimi pustą przestrzeń.
Ja podaję w formie dipu, z kawałkami świeżo opieczonej pity albo własnoręcznie upieczonymi arabskimi chlebkami albo, ostatecznie, z kromeczkami świeżutkiej, chrupiącej bagietki.
Teraz, kiedy wszędzie wokół mamy dziesiątki miejsc serwujących dania kuchni orientalnych, można spotkać i takie, które podają hummus. Jeśli nie chce się Wam robić tego w domu, to może warto tam spróbować? Czasem można też kupić hummus w puszce w sklepach ze zdrową żywnością albo z importowanymi produktami orientalnymi, ale tego nie polecam raczej.
Jeśli jednak macie ochotę spróbować prawdziwego hummusu domowej roboty, to wypróbujcie mój przepis.
To nie może nie wyjść!

Hummus bi tahini ( hummus z tahiną)

200g ugotowanej i odsączonej ciecierzycy. Może być też z puszki.
Jeśli jednak gotujecie sami, ciecierzycę należy namoczyć dzień wcześniej. Zachowajcie trochę wody z gotowania żeby rozrzedzić hummus , jeśli będzie trzeba. Ja dodałam około 50g wody z gotowania.
70g pasty sezamowej jasnej Tahini , do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością albo produktami orientalnymi
parę łyżek zimnej wody
2 ząbki czosnku
2 – 3 łyżki soku z limonki, cytryny albo ostatecznie octu winnego
cukier, sól do smaku
oliwa extra vergine do polania gotowego dipu.
kawałki pity albo bagietki do „maczania”, czyli nabierania hummusu
Ugotowaną ciecierzycę włożyłam do blendera. Dobrze miksowałam przez dłuższą chwilę, dodałam wodę z gotowania ciecierzycy, sok z limonki, rozgniecione ząbki czosnku.
Osobno wymieszałam w misce tahinę z 3 łyżkami zimnej wody. Kiedy wlejecie wodę do tahiny, najpierw będzie rzadka papka, która podczas dalszego mieszani a będzie gęstnieć. Trzeba mieszać, aż masa będzie całkiem gładka. Może trzeba będzie dolać nieco więcej wody?
Gładką tahinę z wodą dodałam do miksowanej masy z ciecierzycy, dodałam sól i cukier. Jeśli chodzi o ilości, to tu musicie sami zdecydować o proporcjach. Może ½ łyżeczki soli i 1 łyżeczka cukru? Zależy od Waszych upodobań do solenia.
Ja gotowy hummus przykryłam szczelnie folią do żywności i wstawiłam do lodówki. Nie musicie tak robić, można go podawać od razu po zrobieniu. Jednak jeśli trochę „odpocznie” przed podaniem, będzie miał szansę dobrze zaabsorbować czosnek i jego smak się wyostrzy.
Jeśli macie pitę czy choćby bagietkę, rozgrzejcie piekarnik do 220 stopni i włóżcie je tam na chwilę, na około 5-8minut. Staną się chrupiące, jakby właśnie upieczone i doskonale będą smakowały zanurzone w ciecierzycowo- czosnkowo-sezamowej paście! Mniammmmm…

Basia

Curry z ciecierzycy

Brak komentarzy

Lubicie ciecierzycę? Ja bardzo ją lubię! Zakochałam się w niej wiele lat temu,  będąc po raz pierwszy w Egipcie. Ciecierzyca jest bardzo znana i  często używana w kuchniach krajów basenu Morza Śródziemnego. U nas była bardzo mała znana,  jeszcze całkiem niedawno. Zresztą ciągle chyba jest mało popularna. Często, kiedy pytam w sklepie o nią , spotykam się z pytaniem  „a co to jest?” albo asekuracyjną odpowiedzią  „ nie mamy czegoś takiego”!
Ciecierzyca, groch włoski, cieciorka czasem.  Groch, który po ugotowaniu,  kształtem i wielkością przypomina obrane orzechy laskowe. Mogę go  jeść tak wprost z garnka, jak orzeszki solone!
I można z niego zrobić różne fajne rzeczy do jedzenia.
Ciecierzyca jest  podstawą do hummusu (o którym wkrótce napiszę!), można dodawać ją do sałatek, zapiekanek, gotowanych różnych warzyw, można też dobrze przyprawić   i podać ugotowaną zamiast ryżu czy ziemniaków,  do mięsa albo  łososia. Można zrobić wiele.  Można, tak jak ja dzisiaj,  zrobić curry z ciecierzycy. Takie trochę orientalne, wegetariańskie danie. Jeśli lubicie kmin rzymski, to powinno się Wam spodobać.






Curry z ciecierzycy

Na około 3 porcje:
puszka ciecierzycy (420g),  ja po prostu ugotowałam, wcześniej przez noc moczoną, ciecierzycę  (około 200g suchej)
2 łyżeczki kminu rzymskiego zmielonego
2 łyżeczki kolendry mielonej
2 łyżeczki Red Curry Paste
2-3 cm świeżego imbiru , utartego na drobnej tarce
150 ml rosołu warzywnego-może być z kostki( 1 kostka)
szczypta chili
sól, pieprz, cukier – tyle ile lubicie
3 ząbki czosnku
2 pomidory obrane i pokrojone w kostkę- ja użyłam pomidorów krojonych z puszki, około ½ puszki
3-4 łyżki oleju
250g pieczarek pokrojonych w  plasterki
cebula posiekana
około 100g mleka kokosowego
płatki migdałów do posypania gotowego dania przed podaniem
siekana kolendra albo natka pietruszki

Na patelni rozgrzać połowę oleju, wrzucić zgnieciony czosnek, kolendrę i kmin, zamieszać, smażyć około 3 minuty . Bardzo uważać, żeby nie przypaliło się.
Następnie wrzucić pomidory i Red Curry Paste i  jeszcze przez chwilę gotować, dodać mleko kokosowe, chili.
Na drugą  patelnię wlać pozostały olej i na nim smażyć cebulę i pieczarki, uważając żeby się nie przypaliły. Nie mają być brązowe!  Cebula ma być zeszklona, pieczarki lekko podsmażone, około 5 minut.
Gdy będą gotowe przerzucić pieczarki do pasty pomidorowo-przyprawowej, dodać ciecierzycę ( odsączoną) i gotować jeszcze chwilę. Przyprawić jeśli trzeba  solą, pieprzem, cukrem.
Podawać posypane płatkami migdałów i siekana kolendrą, względnie natką pietruszki.



Facebook

Likebox Slider for WordPress