I love curry!

komentarze 2

Wypatrzyłam fajną książkę w księgarni amerykańskiej: „I love curry”.

Wpisuje się ona  dobrze w moją aktualną sympatię do tych dań i do kuchni indyjskiej w ogóle.

Chcąc więcej gotować po indyjsku, będę musiała zapewne wzbogacić nieco moje zasoby przypraw, ale tymczasem radzę sobie przy pomocy tego co mam.

Nie jestem zresztą pewna,  czy znajdę wszystko to, czego potrzebuję? Świeże liście curry, świeże liście laurowe? Słyszałam, że  można gdzieś kupić mrożone liście laurowe, ale nie sprawdziłam jeszcze tego. Na szczęście garam masala, mieloną kolendrę i kmin rzymski, czy świeży imbir można już dość łatwo kupić, a to przecież podstawa kuchni indyjskiej.

W „I love curry” są przepisy na przekąski,  grzanki, warzywne i mięsne curry, różne dodatki, takie jak chlebki naan, ryżowy pilaw, różne czatneje (chutney), raity i  sałatki, po prostu takie normalne, codzienne jedzenie.

Przeglądając książkę wybrałam kilka przepisów, które zamierzam  szybko wykorzystać.

Zaczęłam tymczasem od przepisu na „golden chicken korma”, który z powodu braku kilku przypraw nieco zmodyfikowałam. I choć nie jadłam oryginalnego dania, myślę, że ta moja zmodyfikowana wersja jest równie smaczna:-)

Aromatyczne curry z kurczaka z mlekiem kokosowym

4-5 kawałków udek z kurczaka

posiekana cebula

olej

pół łyżeczki mielonego imbiru ( świeży zdążył wyschnąć zanim go zużyłam i musiałam ratować się mielonym!)

pół łyżeczki mielonego cynamonu

pół łyżeczki mielonego curry

pół łyżeczki kolendry mielonej

szczypta chili

1/4 łyżeczki kurkumy

rozgnieciony spory ząbek czosnku

3 goździki

2 liście laurowe

sól według uznania

5 pełnych łyżeczek mleka kokosowego w proszku rozpuszczonego w około 200 ml wody

ok. 2 łyżki soku cytryny

liście świeżej kolendry

prażone płatki migdałów do posypania dania

Na rozgrzaną patelnię wlałam 2-3 łyżki oleju, dodałam przyprawy, wymieszałam i przez chwilę smażyłam, uważając żeby się nie przypaliły,  dodałam posiekaną cebulę i zeszkliłam ją. Od razu dodałam, na wszelki wypadek, trochę wody, bo nie chciałam, żeby przyprawy  albo cebula się przypaliły i były gorzkie. Dodałam kawałki kurczaka, posoliłam je trochę i podsmażyłam z obu stron, a następnie dodałam rozpuszczone mleko kokosowe i wymieszałam całość. Zmniejszyłam moc gotowania, przykryłam i zostawiłam na około 20 minut, od czasu do czasu mieszając i czasem dolewając nieco wody . Gdy kurczak był już miękki dodałam sok z cytryny i jeszcze raz wymieszałam.

Gotowe curry posypałam listkami świeżej kolendry i prażonymi płatkami migdałów.

Danie doskonale smakuje podane z makaronem ryżowym, albo po prostu z ryżem.

Smacznego,

Basia

Pierwsze truskawki i waniliowy krem mascarpone zamiast tortu

komentarze 2

Kiedy dziś w sklepie zobaczyłam truskawki, nie mogłam się im oprzeć.

Nie kupuję zwykle pierwszych truskawek, tych całkiem szklarniowych. Są niesmaczne, niesłodkie i niearomatyczne.

Te dzisiejsze jednak, wyglądały bardzo apetycznie i wiarygodnie!

Poza tym miałam w planie przygotowanie urodzinowego deseru mojemu Mężowi i truskawki do tego bardzo mi pasowały.

Niektórzy stwierdzą, że urodzinowy powinien być tort, nie deser.

Ale przecież tak niedawno mieliśmy pyszny tort, że lekki, kremowy deser będzie zupełnie na miejscu tym razem.

Zdecydowałam się na deser zainspirowany przepisem zaczerpniętym od Delii Smith. I wprawdzie przepis pochodzi z jej książki „Winter Collection”, to w gruncie rzeczy jest bardzo lekkim kremem zrobionym z serka mascarpone, żelatyny , śmietanki kremówki i jogurtu, który właśnie nadaje temu deserowi lekkości. Delia, jak przystało na zimową kolekcję, podaje ten krem z karmelem i karmelizowanymi orzechami laskowymi.

Do mojej wersji wiosennej dałam jedynie świeże truskawki. Część z nich włożyłam do kremu, kilkoma udekorowałam deser, a jeszcze część zmiksowałam z cukrem i zrobiłam sos do polania gotowego deseru, każdej porcji już na talerzyku.

Zapachniało niemal latem:-)

Waniliowy krem mascarpone

11 g żelatyny

150 g śmietanki kremówki

350 g jogurtu naturalnego

250 g serka mascarpone

75 g cukru

2 łyżeczki naturalnego ekstraktu waniliowego

około 500g truskawek

Do  kubeczka wsypałam żelatynę i zalałam ja kilkoma łyżkami śmietanki kremówki.

Odstawiłam na około 10 minut, żeby napęczniała.

W garnku zagrzałam śmietankę z cukrem, rozpuściłam cukier i zanim zaczęło się gotować zdjęłam z kuchenki, włożyłam żelatynę i rozmieszałam dokładnie, a potem zostawiłam, żeby całość przestygła.

W misce robota miksowałam serek mascarpone, aż był gładki i miękki, dodawałam stopniowo jogurt, wanilię i masę śmietankowo- żelatynową.

W przygotowanej misce ułożyłam truskawki, wlałam część deseru, znów położyłam trochę truskawek i jeszcze warstwę kremu. Wierzch udekorowałam ładnymi truskawkami i wstawiłam do lodówki.

Ten deser miał zastąpić tort, dlatego zrobiłam go w całości w misce. Delia proponuje wyłożenie małych miseczek( np.: ramekinów) folią do żywności i napełnienie ich masą. Gdy się schłodzą trzeba je wyjąć z miseczek i położyć do góry nogami. Z mojego doświadczenia wynika, że ta folia nie jest niezbędna, okrojenie nożem wydaje się być zupełnie dobrym rozwiązanie. Mnie nawet ta folia utrudniła wyjmowanie pojedynczych porcji, kiedy pierwszy raz robiłam ten deser. I teraz już nie zawracam sobie głowy folią 🙂

Smacznego,

Basia

Tort weselny :-)

komentarzy 13

A właściwie 5 tortów, w sumie ponad 20 kilogramów!

Tyle właśnie zrobiłyśmy z Córką i pomocą mojej Mamy.

Samodzielnie wykonany tort weselny, to oczywiście duża satysfakcja, ale wcześniej sporo roboty, jak można się spodziewać.

Moja Córka zażyczyła sobie  na wesele takiego samego tortu, jaki miałyśmy i ja i moja Siostra na naszych weselnych przyjęciach. To jest tort z przepisu mojej londyńskiej Cioci Irki, orzechowy z masą czekoladowo-kawową. Tort taki, jak lubię, czyli bez biszkoptu 🙂

To zresztą było jego ogromną zaletą, bo ten tort musi być zrobiony na minimum kilka dni przed podaniem. Warstwy kruche i orzechowe przełożone masą potrzebują czasu, żeby zmięknąć i się dobrze zespolić. Tak więc mogłyśmy go zrobić, zanim nastał czas najgorętszych przygotowań do ślubu i wesela.

Przygotowanie tortów zajęło  nam 2 dni. jeden dzień pieczenia placków, drugi przygotowania masy i przekładania tortów.

Pracy było naprawdę dużo, ale warto było!

Tort wyszedł fantastycznie i zebrał niemało pochwał.

Na szczęście został kawałek, i dzięki temu mogę Wam o nim nie tylko napisać, ale też pokazać go.

To, czego nie widać na zdjęciu, to dekoracja. Torty ozdobione były dużymi wiórami czekolady. Wióry zrobione zostały przy pomocy szpachelki z rozsmarowanej cienko na dużej, zimnej ceramicznej płycie, rozpuszczonej wcześniej, gorzkiej czekolady. Ten etap pracy był również niezwykle pracochłonny. Szczególnie dla osób, które (jakby na to nie patrzeć) nie są zawodowymi cukiernikami.

Poza wspomnianymi, pracochłonnymi wiórami torty zdobiły też świeże kwiaty w kolorze malinowym, ładnie komponując się z brązem czekolady.

Zanim zabrałyśmy się za produkcję tortu, miałam trochę obaw, czy poradzimy sobie z tym przedsięwzięciem. Najbardziej obawiałam się dekoracji. Nie chciałam, żeby wyglądała… powiedzmy: prywaciarsko.

Myślę jednak, że udało się całkiem nieźle.

I chyba bez obaw zabiorę się kiedyś za przygotowanie toru na wesele moich wnuków, jeśli też zapragną takiego tortu:-)

Tort orzechowy Cioci Irki

( podaję proporcje na tortownicę o średnicy 22-24 cm)

warstwa orzechowa

6 białek

350 g cukru ( drobny kryształ)

250 g zmielonych orzechów laskowych (najlepiej wcześniej zrumienionych)

1/4-1/2 łyżeczki octu

wanilia

ubić białka na pianę, dodać stopniowo cukier, wanilię, ocet. Formować dwa placki, każdy piec w temp.około 160-180 stopni przez około 40 minut.

warstwa krucha

upiec dwa kruche placki o grubości max. 0,5 cm. Na każdym placku położyć posiekanych parę migdałów.

Masa

3 żółtka

1 jajko

175 g cukru pudru

3 łyżki czekolady rozpuszczalnej ( Nesquick)

1 łyżka kakao

1/3 szklanki mocnej, zimnej kawy ( rozpuszczalna może być, oczywiście)

alkohol (opcja, ja uważam z alkoholem, bo wiele razy ścięła mi się masa podczas dodawania wódki do masy)

250 g masła.

powidła śliwkowe, najlepiej, jeśli wymieszane z  utartymi z cukrem płatkami róży.

Jajka ubić na parze z cukrem, ostudzić. Miękkie masło ubić, dodawać do niego stopniowo masę jajeczną, potem kakao, czekoladę, alkohol i kawę.

Przekładać:

warstwa krucha

masa+ cienka warstwa powideł na  masie

warstwa orzechowa

masa

warstwa krucha

masa + powidła

warstwa orzechowa

masa

To są proporcje według oryginalnego przepisu, jeśli jednak lubicie sporo masy w torcie, tak jak ja :-), to proponuję zrobić więcej masy!

Smacznego,

Basia

Wesołego Alleluja!

1 komentarz

Wesołego Alleluja!

Kochani, wszystkim Wam życzę najmilszych, najsmaczniejszych i najpogodniejszych Świąt Wielkanocnych.

Jednocześnie  chcę usprawiedliwić swój brak aktywności w ostatnich dniach, który jest spowodowany przygotowaniami do niezwykle ważnej rodzinnej uroczystości, jaką jest  ślub mojej Córki.

Liczę  zatem na Waszą wyrozumiałość 🙂

Kochani, jeszcze raz życzę Wam Wesołych Świąt i do przeczytania wkrótce!

A teraz lecę do dalszych przygotowań…

🙂

Basia

Prawie potato masala:-)

Brak komentarzy

Bardzo lubię tu opisywać okazałe, pięknie wyglądające dania czy wypieki. Ale nie wszystko, co gotuję i co jemy, jest przecież spektakularne. Często też jedzenie wcale nie wygląda szczególnie pięknie, choć jednocześnie smakuje wyśmienicie. I czasem też (choć szczerze mówiąc bardzo rzadko) gotuję ziemniaki. Czy zatem miałabym o takich różnych „zwykłych” daniach nie pisać? Z pewnością nie opisywałabym ziemniaków gotowanych w osolonej wodzie, po prostu. Ale dzisiejsze „potato masala” warte jest wspomnienia.

Ten pomysł zaczerpnęłam z przywiezionej w zeszłym roku z Londynu książki „The food of India, a journey for food lovers”.

To książka zawierająca mnóstwo tradycyjnych indyjskich przepisów na dania z ryb, mięsa, przeróżnych warzyw i ryżu, receptury deserów i napojów, przepisy na pieczenie różnych rodzajów pieczywa. Mnóstwo ciekawych pomysłów na proste, ale dobrze przyprawione jedzenie dla amatorów kuchni indyjskiej.

Ale wracajmy do „potato masala”  czyli  po prostu ziemniaków, ale za to ugotowanych z różnymi aromatycznymi, orientalnymi przyprawami.

Nie mogłam niestety zrobić tego dania ściśle według przepisu, bo nie miałam świeżych liści curry i jeszcze jakiegoś składnika. Pomyślałam sobie jednak, że z pewnością jakoś wybrnę z kłopotu i brakujące składniki zastąpię innymi, pasującymi według  mnie do tej kompozycji.

Na patelni rozgrzałam olej, na nim zeszkliłam posiekaną cebulę, dodałam imbir, kurkumę, curry i chili. Dodałam ziemniaki pokrojone w kostkę i trochę wody.

Przykryłam, zmniejszyłam moc kuchenki i zostawiłam, żeby ziemniaki się dusiły.

Gdy ziemniaki zmiękły dodałam kopiatą łyżeczkę musztardy francuskiej z całymi ziarnami gorczycy i posoliłam, wszystko wymieszałam i jeszcze przez chwilę dusiłam, aż ziemniaki rozpadały się i były dobrze miękkie. W trakcie duszenia dodałam jeszcze trochę wody, bo zdążyła już wyparować i ziemniaki zaczynały przywierać.

Polecam Wam te ziemniaki w wydaniu indyjskim, bo choć to tylko ziemniaki, to jednocześnie aż ziemniaki! Warto spróbować 🙂

Prawie potato masala

500 g ziemniaków pokrojonych w kostkę o boku około 1,5-2 cm

około 250 ml wody plus ewentualnie więcej, jak wyparuje zbytnio

1/2 łyżeczki imbiru mielonego ( może być świeży, ale ja nie miałam akurat)

łyżeczka curry

1/4 łyżeczki kurkumy

szczypta chili

2 łyżki oleju

2 średnie cebule posiekane drobno

łyżeczka musztardy francuskiej z całymi ziarnami gorczycy

sól

Smacznego,

Basia

Naleśniki z twarogiem i suszonymi pomidorami

komentarze 2

Kupiłam na Kleparzu pyszny twaróg od baby. Był naprawdę pyszny, niekwaśny i dobrze odciśnięty, dlatego kupiłam go dużo. Chyba sporo za dużo…

Postanowiłam więc coś z niego ugotować, inaczej z pewnością by się zepsuł, zanim zjedlibyśmy go.

I wtedy uświadomiłam sobie, jak dawno nie smażyłam naleśników!

To pewnie przez te ciągłe diety odchudzające mojego Męża:-)

Bo przecież naleśniki są fantastyczne! Można do nich (prawie tak jak do makaronu) dać niemal wszystko.

I choć z dzieciństwa pamiętam wyłącznie naleśniki z serem na słodko, dla mnie nadzienie do nich może być, jak wspomniałam, przeróżne.

Pomyślałam, że do twarogu na pewno dobrze będą pasowały suszone pomidory.

Pokroiłam je zatem i wymieszałam z dobrze rozgniecionym przy pomocy widelca serem,  podsmażyłam delikatnie posiekaną drobno cebulę, a gdy przestygła, dodałam do sera. Właściwie, to chciałam dodać świeże oregano, ale  to rosnące w ogrodzie zaczyna dopiero puszczać nowe listki i nie było czego zerwać. W związku z tym dodałam posiekane listki świeżej bazylii, którą miałam w domu, a oregano dałam jedynie suszone.

Poza tym dodałam trochę utartego parmezanu, świeżo zmielonego pieprzu, odrobinę soli i nieco śmietany, bo masa wydawała mi się trochę za sucha.

Najlepszy przepis na naleśniki znalazłam kiedyś w książce „Smaki świata Francja” (Beverly Leblanc) i od tamtej pory zawsze z niego korzystam. Z porcji wychodzi zwykle 9 cienkich naleśników smażonych na patelni o średnicy 20 cm. Pierwszy jest na spróbowanie dla kucharki, dokładnie tak, jak w książkowym przepisie 😉

Na każdym usmażonym naleśniku położyłam porcję sera, a potem zwinęłam nalesnik w rulon.Można oczywiście złożyć je tradycyjnie, na pół i jeszcze raz na pół. Można zwinąć jak krokiety, jak kto lubi!

Zwinięte naleśniki przed podaniem podsmażyłam na odrobinie oliwy, aż zrobiły się złociste i lekko chrupiące na brzegach.

Naleśniki ( przepis podstawowy wg „Smaki świata Francja”)


115 g mąki

szczypta soli

1-2 łyżki cukru

2 jajka

300 ml mleka

30 g roztopionego masła

olej do smażenia

W książce proces wykonania jest trochę inaczej opisany, ale według mnie najlepiej, najwygodniej i najszybciej jest zmiksować w blenderze wszystkie składniki ciasta, po prostu.

Ciasto powinno się odstawić na około pół godziny, przed smażeniem. Można je nawet przez 24 godziny przechowywać w lodówce, ale na 15 minut przed smażeniem należy je wyjąć z lodówki. Szczerze powiem, że ja zwykle nie mam czasu na leżakowanie ciasta i smażę naleśniki zaraz po zmiksowaniu ciasta.

Rozgrzaną patelnię najlepiej posmarować olejem przy pomocy pędzla kuchennego, wtedy  tłuszczu będzie w sam raz. Smażyć naleśniki przez 1 minutę z każdej strony, lub do momentu  gdy ciasto się zetnie, ciasto będzie odstawało od brzegów a naleśniki będą miały pożądany, lekko złocisty kolor.

nadzienie  z twarogu i suszonych pomidorów


350 g twarogu

około 80 g suszonych pomidorów w oleju cienko pokrojonych

60 g utartego parmezanu

średnia cebula posiekana i zeszklona

kilka łyżek kwaśnej śmietany 18 %

szczypta soli

świeżo zmielony pieprz

świeże i suszone zioła ( oregano, bazylia lub takie, jak lubicie)

Smacznego,

Basia

Babeczki z kremowymi czapeczkami

komentarze 3

Już jakiś czas nie zabierałam się za pieczenie muffinek i wyraźnie stęskniłam się za nimi.

Dziś miałam trochę więcej czasu, więc postanowiłam coś upiec.

Pomyślałam jednak, że zrobię coś innego troszkę, wprawdzie też babeczki, ale trochę inne.

Podoba mi się ta moda, która ostatnio  nas ogarnęła, moda na cupcakes, anglosaskie babeczki z czapeczkami z przeróżnych kremów. Uwielbiam muffinki  i uważam, że są urocze, a ten kolorowy, pyszny dodatek w postaci odrobiny maślanego czy twarożkowego kremu tylko dodaje im urody i odświętnego charakteru.

Od dawna myślałam, żeby coś takiego przygotować, jednak dopiero wczoraj, gdy zostałam poczęstowana taką babeczką domowego wypieku, sama zmobilizowałam się do tego.

Przygotowałam trochę mniej  ciasta niż zwykle na 12 sztuk, skoro babeczki mają mieć czapeczki, nie mogą same być zbyt wysokie.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.Do miski robota wrzuciłam mąkę z proszkiem, jajko, śmietanę, mleko, cukier, naturalną esencję waniliową, roztopione masło i wszystko wyrobiłam.

Do papilotek włożyłam porcje ciasta i upiekłam.

Gdy były gotowe, wyjęłam z piekarnika i całkiem wystudziłam.

Ubiłam mikserem kremowy serek, dodałam podczas ubijania syrop malinowy i cukier puder.

Masę z serka włożyłam do szprycy do dekoracji.

Wystudzonym babeczkom odcinałam delikatnie górną część, robiłam niewielkie zagłębienie i wkładałam  w nie około łyżeczki galaretki porzeczkowej. Następnie każdą babeczkę przykrywałam wcześniej odciętą z niej częścią.

Na koniec każdą babeczkę udekorowałam porcją kremu i na szczycie odrobiną galaretki porzeczkowej. Delikatnie posypałam kolorowym cukrowym maczkiem.

Fajnie wyszły.

Coś mi się wydaje, że rozpoczął się nowy rozdział w mojej muffinkowej aktywności 🙂

Babeczki z galaretką porzeczkową i kremową czapeczką

na 12 sztuk

200 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

100 g masła roztopionego

100 g cukru

100 g śmietany  kwaśnej 18%

50 ml mleka

naturalna esencja waniliowa

mały słoiczek galaretki porzeczkowej (użyłam galaretki własnej roboty z czarnych i czerwonych porzeczek)

ok. 200 g serka kremowego, ja użyłam serka Turek kremowy, pakowanego po 125 g w prostokątne płaskie pudełeczka. Sam serek powinien być dość sztywny, żeby dodanie syropu nie rozrzedziło go zbytnio, uniemożliwiając dekorowanie nim babeczek. Turek w okrągłych opakowaniach ( np po 150 g)  jest raczej zbyt rzadki.

odrobina syropu malinowego (lub innego)

około 2 łyżeczki cukru pudru.

Smacznego,

Basia

Zakręcona kanapka po indyjsku

1 komentarz

Zakręcona kanapka po raz kolejny.

Bo wszyscy przecież lubią kanapki!

Tym razem kanapka na indyjską modłę 🙂

I raczej dla tych, co lubią pikantne jedzenie. Stopień ostrości można oczywiście regulować, dodając mniej lub więcej chili i imbiru.

Kluczową sprawą jest upieczenie mięsa z kurczaka, wcześniej odpowiednio  przyprawionego. Dlatego pokroiłam filety z kurczaka w podłużne paski o szerokości około 3 cm. W miseczce wymieszałam garam masala, imbir, kmin rzymski, chili, sok z cytryny i oliwę z oliwek. Posmarowałam kawałki kurczaka ze wszystkich stron, ułożyłam na blaszce do pieczenia, delikatnie posoliłam  i wstawiłam do piekarnika. Piekłam około 45 minut w piekarniku o temperaturze około 220 stopni.

Wyjęłam gotowe kawałki kurczaka z piekarnika i odstawiłam, żeby przestygły.

Pokroiłam pomidora, ogórka, cebulkę dymkę i wymieszałam z naturalnym jogurtem, przygotowując coś w rodzaju indyjskiego raita, czyli takiej jakby sałatki, która delikatnie przyprawiona ma stanowić łagodzący dodatek do bardzo ostrych indyjskich potraw z mięsa. Dlatego, poza odrobiną soli, nie dodałam już nic do  tej mieszanki warzyw i jogurtu.

Na koniec dodałam pokrojonego w kosteczkę kurczaka i wymieszałam.

Na gorącej, suchej patelni położyłam kolejno placki tortilla, z obu stron je podgrzewałam, żeby zmiękły.

Na miękkim placku położyłam porcję nadzienia, a potem zwinęłam placek w rulon o średnicy około  4-5 cm. Każdy rulon przekroiłam na ukos i przed podaniem posypałam  natką pietruszki, ale byłoby zdecydowanie bardziej po indyjsku, gdybym użyła kolendry, której niestety nie  miałam  domu.

Zakręcona kanapka po indyjsku

3 porcje

3 placki tortilla

2 filety z kurczaka

( łyżeczka garam masala, łyżeczka kminu rzymskiego, szczypta chili, szczypta imbiru, sok z 1 małej cytryny, 2 łyżki oliwy)

2 nieduże pomidory

pół ogórka

cebulka dymka

około 250g jogurtu naturalnego

natka lub  świeża kolendra

Smacznego,

Basia

Botwinka!

Brak komentarzy

To już prawdziwa wiosna! Na straganach jest botwinka!

Jest wprawdzie jeszcze dość mizerna, korzeń buraka jest cieniutki, ale z pewnością można już botwinkę z niej upichcić.

Właśnie ją ugotowałam i myślę, że mogę zatem uważać sezon wiosenny w mojej kuchni za otwarty.

Przygotowując botwinkę siekam bordowe łodyżki, górę zielonych liści wyrzucam.

Obieram i siekam korzeń buraka, jeśli jest. Jeśli go jednak nie ma, tak jak o tej porze, wspomagam się później kwasem czy koncentratem barszczu, żeby zapewnić zupie, odpowiedni dla botwinki, kolor.

W rondlu na rozgrzanym maśle poddusiłam posiekane łodyżki, dałam do tego odrobinę octu winnego, żeby zupa nie straciła koloru podczas gotowania.

Dodałam po kilku minutach trochę wody, trochę kminku i dalej gotowałam przez kilka minut. Gdy łodyżki były miękkie dodałam więcej wody i przyprawiłam zupę naturalną przyprawą warzywną, solą i cukrem, który zawsze musi się znaleźć w mojej botwince.

Czasem dodaję do botwinki odrobinę mąki, rozrabiam ją dokładnie w zimnej wodzie i przez sitko wlewam do gotującej się zupy, stale mieszając, żeby nie zrobiły się kluski.

Tym razem nie zabielałam zupy mąką, natomiast dodałam do niej śmietanki. Gotową zupę posypałam posiekanym koperkiem. Botwinka MUSI być z koperkiem i nawet moja Córka jest tego zdania, na szczęście!

Dzisiejsza nasza botwinka podana była z ugotowanymi osobno ziemniakami i przepiórczymi jajkami.

Pycha!

Botwinka

4 porcje

pęczek młodej botwinki

łyżka masła

łyżka soku z cytryny albo odrobina octu winnego

( ewentualnie kopiata łyżeczka mąki rozrobiona w zimnej wodzie, jeśli wolicie z mąką)

przyprawa naturalna warzywna

sól według uznania

szczypta kminku

2 pełne łyżeczki cukru lub według uznania

po 2-3 przepiórcze jajka na porcję

ziemniaki ugotowane osobno, ilość -według uznania

pęczek posiekanego koperku, chyba że pęczek jest duży, to mniej

śmietanka słodka do zabielenia zupy. Dobrze ją dodać do niezbyt gorącej zupy, żeby się nie ścięła. Zawsze też lepiej dodać śmietankę do mniejszej ilości i potem dopiero do reszty zupy.

Smacznego,

Basia

Sałatka z wędzonym łososiem, krewetkami i dressingiem balsamicznym

Brak komentarzy

Słoneczna wiosna, która zagościła wreszcie u nas, poza zdecydowanie pozytywnym wpływem na samopoczucie, zapewne wpłynie też trochę na codzienne menu.

Choć u nas w domu zimą nie jada się tłusto i ciężko,  jednak zmiana pory roku zawsze widoczna jest na talerzu. Choćby dzięki sezonowym warzywom, na przykład takim jak szparagi, które często potrafią zdominować naszą domową kuchnię.

Albo kiedy pojawia się gruntowa sałata, mogę ją jeść codziennie, zmieniając tylko dodatki.

Na sałatę i szparagi przyjdzie jeszcze troszkę poczekać, ale  nawet mając do dyspozycji dotychczasowy wybór produktów, można przecież dodać potrawom wiosennej lekkości .

Takim lekkim daniem będzie dzisiejsza sałatka, z wędzonym łososiem i krewetkami oraz dressingiem z octem balsamicznym.

Zwykle do łososia i krewetek przygotowanych na zimno dodaję sos typu „Tysiąc wysp”, czyli różowy sos majonezowy. To jest ulubiony sos w naszym domu, używany właśnie do łososia. Poza majonezem używam do jego przyrządzenia słodko-pikantnego sosu chili i ewentualnie odrobiny ketchupu.

Tym razem jednak „chodził” za mną lekki dressing, taki słodko-kwaśny, najlepiej na bazie octu balsamicznego. Przyrządziłam go mieszając kilka łyżek octu balsamicznego z łyżeczką cukru pudru, paroma łyżkami oliwy Monin „Garlic & chili” i szczyptą soli.

A skoro sos już był gotowy, pozostało tylko ułożyć sałatę i dodatki.

Sałatę lodową pokroiłam, masłową poszarpałam na mniejsze kawałki.

Na talerzu ułożyłam sałatę, pokrojonego na paski wędzonego łososia, rozmrożone i pozbawione chitynowych ogonów krewetki, połówki pomidorków koktajlowych, plasterki ogórka, cząstki ugotowanego na twardo jajka, posypałam posiekaną dymką, odrobiną utartego parmezanu i na końcu wyprażonymi na suchej patelni orzeszkami piniowymi.

Chętnie dałabym gałązki świeżego koperku…ale moja Córka nie lubi koperku (jak można nie lubić koperku??), więc znów użyłam świeżej bazylii. Dobrze chociaż, że  ja lubię bazylię:-)

Sałatka z wędzonym łososiem, krewetkami i dressingiem balsamicznym


pół małej główki sałaty lodowej

pól małej główki sałaty masłowej

50 g wędzonego łososia

20 dużych krewetek

2 jajka na twardo

łyżka prażonych orzeszków pinii

siekana dymka

10 pomidorków koktajlowych przekrojonych na pół

kawałek świeżego ogórka pokrojonego w plasterki

dressing balsamiczny (lub różowy sos majonezowy)

świeża bazylia ( albo koperek!!)

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress