Zupa z dyni i czerwonej papryki

Brak komentarzy

Zapragnęłam ostatnio zjeść zupę z dyni. Właściwie, nie powinno z tym być kłopotu, bo wciąż mam jeszcze w spiżarce parę tych naszych ogrodowych, ale problem w tym, że chciałam zjeść jakąś inna zupę niż te, które gotowałam dotychczas.

Zaczęłam przeglądać przepisy w książkach kucharskich i te dostępne w internecie i okazuje się, że panuje pewna monotonia w tym względzie. Można znaleźć na wszelkie sposoby ugotowane zupy z dodatkiem kolendry, imbiru, curry czy kuminu (nota bene uwielbiam takie zupy dyniowe!), albo takie z mlekiem kokosowym. Te pierwsze czasem mają dodatek śmietanki, albo kwaśnej śmietany i właściwie poza tym są do siebie bardzo podobne, a te z mlekiem kokosowym również ugotowane są w gruncie rzeczy podobnie.

Musiałam więc znaleźć jakiś swój pomysł… Ugotowałam zupę z dyni z dodatkiem czerwonej papryki, chili i cynamonu. Nieskromnie powiem, że pyszną!

Choć dynia miała już piękny pomarańczowy kolor, dodatek czerwonej papryki jeszcze tę barwę upiększył, a cynamon, którego dałam naprawdę bardzo niewiele, może 1/2 łyżeczki, zaznaczył tylko ciekawy, i chyba nie do końca określony aromat.

Dynię przygotowałam według sposobu, o którym ostatnio pisałam, upiekłam kawałki dyni w piekarniku, żeby już miękką obrać łatwo ze skóry. Na patelni, na oliwie poddusiłam pokrojoną cebulę i paprykę, dodałam czosnek. Na koniec dodałam miąższ dyni, trochę wody i przez chwilę całość jeszcze dusiłam. Następnie przerzuciłam warzywa do blendera, zmiksowałam. Dodałam gorącej wody (tyle, żeby była właściwa konsystencja zupy), sos sojowy, sól, cukier demerara, kilka kropli octu winnego, cynamon, chili i zmiksowałam wszystko dokładnie. Na patelni wyprażyłam grubo posiekane orzechy laskowe. Gotową zupę posypałam orzechami.

Zupa z dyni i papryki

około 3-4 porcji około 500 g miąższu z dyni ( waga po upieczeniu i po zdjęciu skóry)

2 ząbki czosnku

1 średnia cebula posiekana

1 średnia papryka pozbawiona nasion i pokrojona

2 łyżki oliwy

sos sojowy

sól

2 łyżeczki cukru demerara

1/2 łyżeczki cynamonu mielonego

szczypta chili

odrobina octu winnego

orzechy laskowe posiekane i wyprażone.

 

 

Smacznego,

 

Basia

Makaron z szynką dojrzewającą, pomidorami i kaparami

1 komentarz

A co powiecie na makaron z szynką dojrzewającą, pomidorami i kaparami?

Myślę, że to dobry pomysł!

Właśnie go ugotowałam i polecam.

Poza niezaprzeczalnymi walorami smakowymi ma jeszcze inna zaletę, jest daniem z gatunku ekspresowych. Przygotowanie sosu zajęło mi tyle czasu, ile gotował się makaron, i ani minuty dłużej 🙂

Użyłam do jego przygotowania szynki szwarcwaldzkiej z Lidla, ale oczywiście może być jakaś inna surowa szynka dojrzewająca.

Wstawiłam wodę na makaron, posoliłam ją. Gdy się zagotowała, wrzuciłam do niej makaron.

Na patelni rozgrzałam odrobinę oliwy, gdy była gorąca, wrzuciłam na patelnię szynkę pokrojoną na 1,5- 2 centymetrowej szerokości paski.

Dodałam też posiekany czosnek. Przez chwilę smażyłam, dodałam pomidory pokrojone w kostkę o boku około 1,5- 2 cm. Smażyłam przez chwilę, dodałam suszone pomidory pokrojone w paseczki i odcedzone z zalewy kapary, bardzo  lekko wszystko wymieszałam.

Odcedzony makaron przełożyłam na patelnię i całość jeszcze raz delikatnie wymieszałam.

Na talerzu makaron posypałam utartym parmezanem.

 

Makaron  z szynką dojrzewającą, świeżymi i pomidorami i kaparami

2 spore porcje

 

łyżka oliwy

100 g szynki dojrzewającej  np szwarcwaldzkiej lub parmeńskiej

300 g świeżych pomidorów

50 g suszonych pomidorów

2 ząbki czosnku

20 g kaparów

 

200 g makaronu pappardelle

sól do ugotowania makaronu

 

parmezan do posypania

 

 

Smacznego,

 

Basia

Gulasz wołowy z papryką

Brak komentarzy

Moja Córka narzeka, że za rzadko gotuję mięso, a szczególnie wołowinę. To prawda, że nie jestem jakoś szczególnie mięsożerna i nie ciągnie mnie do mięsnych dań,  również do ich gotowania.

No to dziś będzie trochę mięsa, w sam raz na jesienny chłód 🙂

 

Gulasz z papryką

 

900 g wołowiny pokrojonej w kostkę o boku około 1,5-2 cm

140 g boczku w plastrach pokrojonego w paseczki

2 cebule posiekane

papryka czerwona pokrojona w kostkę, podobnie jak mięso

papryka zielona jw

3 ząbki czosnku rozgniecione

2 duże, albo 4 średnie ziemniaki pokrojone w kostkę, jak mięso i papryka

2  średnie marchewki pokrojone w plasterki, lub mniejsze kawałki, jeśli marchewki są grube

około 400 g przecieru pomidorowego

6 łyżek sosu sojowego

5 łyżek oliwy

2 spore łyżki papryki słodkiej mielonej

szczypta chili

gorąca woda

 

 

Na gorącej oliwie podsmażyć boczek z cebulą, nie przypalić i nie rumienić cebuli.

Dodać czosnek i przez około 2 minuty jeszcze smażyć.

Dodać mięso i smażyć ze wszystkich stron, dodać paprykę mieloną, sos sojowy i przecier pomidorowy, gdy zawrze dodać szklankę  gorącej wody, zagotować i jak znów zawrze, zmniejszyć moc kuchenki, przykryć i zostawić, niech się dusi przez co najmniej 2 godziny. Wołowina, niestety, potrzebuje dużo czasu… Najlepiej zapomnieć, że się gotuje 🙂

Kiedy mięso już jest miękkie, dodać pokrojone ziemniaki i marchew, lekko posolić i dolać gorącej wody, jeśli trzeba, ale pewnie będzie trzeba.

Po kolejnych 15 minutach dodać pokrojoną paprykę i dalej dusić.

Gdy papryka będzie miękka, po pewnie 10 minutach, wyłączyć i zdjąć z kuchenki.

 

Smacznego,

 

Basia

 

Czekoladowo-kawowo-migdałowy tort urodzinowy

komentarzy 14

Moje urodziny i  urodzinowa wizyta Gości, były okazją do upieczenia tortu.

Dawno nie robiłam takiego tortu z prawdziwego zdarzenia! Chyba w zeszłym roku, ostatnio…

Najpierw trzeba było zdecydować,  jaki to będzie tort? Nie było łatwo…

Ale w końcu decyzja została podjęta: tort czekoladowy z masą kawowo-migdałową.

Zaczęłam od upieczenia ciasta czekoladowego.

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Roztopiłam czekoladę ( roztopiłam w kuchence mikrofalowej, ale można również w gorącej kąpieli) i rozmieszałam ją z wodą. Przestudziłam.

W misce robota ubiłam masło z 250 g cukru na puszystą masę, dodałam przestudzoną czekoladę, dodałam po kolei żółtka. Dodawałam stopniowo, ciągle miksując, mąkę z proszkiem i sodą, dodałam wanilię i jogurt. Ubiłam osobno białka na sztywna pianę, dodałam 50 g cukru i przez chwilę jeszcze ubijałam. Przełożyłam pianę do miski z czekoladowym ciastem i dokładnie, ale ostrożnie wymieszałam, żeby nie było białych śladów na czekoladowym cieście.

Ciasto przełożyłam do tortownicy o średnicy 24 cm, wyłożonej papierem do pieczenia na spodzie i z wysmarowanym masłem brzegiem.

Piekłam około 1 godziny i 10 minut, aż ciasto było upieczone, czyli patyczek wbity do ciasta wyjmowałam suchy.

Ciasto zostawiłam do wystygnięcia.

Gdy całkiem wystygło (piekłam ciasto wieczorem, a przekładałam je dopiero następnego dnia rano) przekroiłam ostrożnie na 4 części.

Przyszła kolej na masę.

Do masy najpierw trzeba ugotować  budyń i go wystudzić.

Ubiłam żółtka z cukrem na puszysty krem. Zrobiłam to przy pomocy robota kuchennego, jak zwykle. Pod koniec ubijania dodałam mąkę (jedną i drugą).

Zagotowałam w rondlu mleko z wanilią, gorące powoli wlewałam do ubitych żółtek, ciągle miksując. Następnie przelałam masę do rondla, żeby zagotować całość,  ciągle mieszając, żeby nie zrobiły się kluchy. Gdy masa zgęstniała odstawiłam do ostygnięcia. Studziłam w zlewie pełnym zimnej wody z dodatkiem kostek lodu, żeby woda była jeszcze zimniejsza i masa szybciej wystygła 🙂

W międzyczasie trzeba przygotować migdały, to znaczy uprażyć je najpierw (najlepiej w piekarniku, ale można tez na patelni. I najlepiej uprażyć od razu wszystkie migdały, te do masy i te do obsypania tortu)). Trzeba uważać, żeby nie przypaliły się. Następnie na patelni skarmelizować  cukier z wodą i dodać do karmelu uprażone migdały. Wymieszać i przełożyć np na talerz, żeby wystygły.

Gdy będą zimne zmiksować je i odstawić.

Miękkie masło miksować w misce robota na puszysty krem, dodawać stopniowo masę budyniową i ciągle ubijać. Dodać  kawę (o której wspominam wymieniając składniki masy) i dalej ubijać. Pod koniec ubijania dodać zmielone, karmelizowane migdały.

 

A teraz przekładanie toru. Pierwszą warstwę tortu, czyli pierwszy blat czekoladowy, dobrze skropić ponczem kawowym (trzeba ponczem tak gospodarować, żeby wystarczył na 4 warstwy).

Następnie ten pierwszy, nasączony blat posmarowałam galaretką porzeczkową (tylko tę jedną, pierwszą warstwę), a na nią położyłam warstwę masy i dokładnie rozsmarowałam.  Położyłam kolejny blat, nasączyłam kawowym ponczem i rozsmarowałam masę. Tak postępowałam z kolejnymi warstwami.

Po położeniu ostatniej warstwy posmarowałam masą dokładnie cały tort ze wszystkich stron i obsypałam  prażonymi płatkami migdałów.

Tort należy wstawić do lodówki, najlepiej na całą noc. Jeśli nie ma tyle czasu, to choć na kilka godzin, jednak absolutnie najlepiej jeśli mamy co najmniej kilkanaście godzin na to.

Przed podaniem wyjąć tort i pozostawić w temperaturze pokojowej przynajmniej kwadrans przed podaniem, a tuż przed  krojeniem przygotować naczynie z gorącą wodą i ostry nóż. Zanurzać nóż w gorącej wodzie i kroić kawałki tortu. W ten sposób kroi się go idealnie!

Polecam, to naprawdę fajny tort.

 

Tort czekoladowo-kawowo-migdałowy

ciasto czekoladowe:

120 g gorzkiej czekolady połamanej na kawałki

ok. 6 łyżek wody

240 g miękkiego masła

250 g + 50 g cukru

4 jajka, oddzielone żółtka od białek

400 g mąki

1 łyżeczka sody

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1/2 łyżeczki soli

200 g jogurtu naturalnego

1 łyżeczka naturalnego ekstraktu z wanilii

masa:

360 g masła

budyń do masy:

500 ml pełnotłustego mleka

1 łyżeczka naturalnej esencji lub ekstraktu z wanilii

4 żółtka

125 g cukru

30 g mąki pszennej

30 g maki kukurydzianej

6 łyżek mocnej kawy ( espresso albo mocna kawa zrobiona z kawy rozpuszczalnej

migdały karmelizowane:

125 g migdałów w płatkach

125 g cukru

3 łyżki wody

poncz kawowy do nasączenia blatów:

około 200 ml mocnej kawy

5 łyżeczek cukru

około 50 ml wódki

 

nieduży słoik galaretki lub dżemu z czarnej porzeczki

 

125 g uprażonych płatków migdałowych do obsypania tortu

 

Smacznego,

Basia

 

 

 

Czekoladowe babeczki z czekoladowym nadzieniem

Brak komentarzy

A co powiecie na czekoladowe babeczki z czekoladowym nadzieniem i odrobiną czekoladowego sosu w dzisiejsze niedzielne, słoneczne popołudnie?

Jeśli tylko macie w domu tych parę składników, które potrzebne są do ich upieczenia, to w  ciągu zaledwie pół godziny możecie mieć ten pyszny deser 🙂

Czekoladowe babeczki z czekoladowym nadzieniem 

12 sztuk

 

babeczki:

230 g mąki

55 g kakao

1 łyżka proszku do pieczenia

szczypta soli

120 g cukru demerara

2 jajka

250 ml śmietanki kremówki

75 g oleju roślinnego ( albo 85 g roztopionego masła)

około 70 g czekolady gorzkiej albo deserowej podzielonej na 12 kawałków

 

sos:

czekolada gorzka

śmietanka kremówka

Golden Syrup

 

Rozgrzałam piekarnik do około 180 stopni.

Wszystkie składniki ciasta na babeczki ( oprócz czekolady)  wymieszałam szybko robotem.

Do formy na muffiny wyłożonej papilotkami włożyłam porcje ciasta, rezerwując około 1/4 całości. Do każdej porcji lekko wcisnęłam kawałek czekolady i przykryłam pozostałą częścią ciasta (tą zarezerwowaną).

Wstawiłam do piekarnika na około 20 minut.

W międzyczasie przygotowałam sos, roztopiłam czekoladę, dodałam do niej śmietankę i nieco Golden Syrup, wymieszałam, aż sos był całkiem gładki ( nie podaję proporcji, bo każdy musi sam ocenić, jaka gęstość sosu mu odpowiada i w ogóle ile tego sosu chce podawać do jednej babeczki. Myślę, że 100 g czekolady w zupełności wystarczy do przygotowania sosu do wszystkich babeczek)

Kiedy babeczki wyrosły i były gotowe (sprawdziłam patyczkiem, wbijając go nie w samo centrum, gdzie rozpuściła się czekolada, tylko nieco z boku) wyjęłam je z piekarnika.

Po chwili, gdy lekko przestygły wyjęłam je z formy.

Najlepiej smakują jeszcze ciepłe, podane również z lekko ciepłym sosem.

 

Smacznego,

 

Basia

 

 

 

Najpyszniejsze naleśniki z Nutellą

komentarze 4

 

Kiedy podczas ostatnich zakupów sięgałam po słoik Nutelli, celowo wybrałam największy z dostępnych. Tak dawno nie robiłam naszych ulubionych naleśników, że najwyższa pora je przygotować. Niedzielne popołudnie wydawało się być doskonałą porą na to.

Prawdę powiedziawszy, bardzo się dziwię,  jak to się stało, że jeszcze nigdy nie pisałam o tych naleśnikach…?

Pomysł zaczerpnięty jest z książki Nigelli Lawson „Nigella Express”,  jak zwykle jednak jest nieco zmieniony. Zasadnicza zmiana dotyczy ciasta na naleśniki. Ja zwykle naleśniki smażę wg przepisu z książki Smaki świata Francja, Beverly Leblanc. Moja Córka natomiast twierdzi, że najlepsze są te z przepisu znajdującego się w książce „Desery” autorstwa Pierre Herme. Tym razem zrobiłyśmy właśnie te z ulubionego przepisu Córki.

Poza tym, nie miałam w domu likieru Frangelico, dlatego zastąpiłam go syropem Noisette firmy Monin pomieszanym z alkoholem.

Te naleśniki, choć mogą wydawać się tylko naleśnikami z Nutellą, to jednak są absolutnie fenomenalnym deserem. Polecam go wszystkim łasuchom!

 

Naleśniki z Nutellą

8 naleśników

około 250-300 g Nutelli

około 50 g roztopionego masła ( odrobina do posmarowania naczynia do zapiekania, reszta do zmieszania z Frangelico i polania naleśników przed pieczeniem)

50 ml Frangelico (albo syrop o smaku orzechów laskowych np firmy Monin z dodatkiem alkoholu, ja dałam po prostu trochę wódki)

około 40 g orzechów laskowych posiekanych

 

ciasto na naleśniki

2 jajka

10 g roztopionego masła

100 g mąki

wanilia ( u nas to była pasta z wanilii Nielsen-Massey)

1/2 łyżeczki soli

250 ml pełnotłustego mleka

30 ml wody

( opcjonalnie 15 ml Grand Marnier-  ja nie dałam)

tłuszcz do smażenia

 

Rozgrzać piekarnik do około 180 stopni

Wszystkie składniki ciasta, oprócz wody, zmiksować, zostawić w temperaturze pokojowej na około 2 godziny.  Przed smażeniem dodać wodę i dokładnie wymieszać.

Na rozgrzanej patelni, posmarowanej tłuszczem, smażyć naleśniki z obu stron i odstawić.

Roztopić masło, posmarować naczynie do zapiekania, resztę masła wymieszać z Frangelico albo syropem i alkoholem.

Połowę naleśnika smarować Nutellą, złożyć na pół, znów posmarować połowę (czyli ćwiartkę) i złożyć. Posmarować tak wszystkie naleśniki. Układać naleśniki wolnym brzegiem do góry, naleśniki mają zachodzić na siebie. Wierzch polać masłem wymieszanym z likierem lub syropem i posypać posiekanymi  orzechami. Wstawić do piekarnika na około 15 minut. Wyjąć, gdy wierzch będzie przyrumieniony, a brzegi naleśników  widocznie chrupiące.

 

 

Smacznego!

…choć myślę, że  to nie może nie smakować 🙂

 

Basia

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Krem z brokułów i sera pleśniowego

Brak komentarzy

 

Dzisiaj mam dla Was przyjemnie zieloną zupę – krem z brokułów z serem pleśniowym.

To bardzo prosta zupa, przygotowana z paru dosłownie składników. Potrzeba tylko kilkunastu minut i obiad jest gotowy!

Brokuł podzielony na różyczki wrzuciłam do garnka z gotującą się wodą i przez chwilę go gotowałam, żeby tylko lekko zmiękł, ale żeby pozostał soczyście zielony. Gdy zmiękł, odcedziłam go.

Na patelni, na oliwie zeszkliłam posiekaną cebulę, dodałam rozgnieciony ząbek czosnku, dodałam różyczki brokuła, dodałam około 700ml wody i dalej gotowałam.

Po kilku minutach gotowania przełożyłam zupę do blendera i zmiksowałam, do miksowania dodałam podzielony na mniejsze kawałki ser pleśniowy. Ser powinien być miękki, taki gładki, kremowy i rozpływający się, jak na przykład gorgonzola, albo ser o podobnej konsystencji.

Zmiksowaną zupę doprawiłam solą, sporą ilością pieprzu świeżo zmielonego i odrobiną octu winnego, ozdobiłam ostatnimi już listkami ogrodowej bazylii.

Bardzo głodni mogą zupę zjeść ze świeżym chlebem albo (przygotowanymi na patelni albo w piekarniku) grzankami z bułki czy bagietki.

Albo z czymś zupełnie innym, na co mają akurat ochotę 🙂

 

Krem z brokułów i sera pleśniowego

 

1 brokuł podzielony na rózyczki

1 cebula posiekana

oliwa do smażenia

rozgnieciony ząbek czosnku

100 g miekkiego i kremowego sera pleśniowego ( np gorgonzola)

sól, pieprz, ocet winny

 

 

Smacznego,

 

Basia

 

Makaron z grzybami i pieczoną dynią

Brak komentarzy

 

Jesień, to czas dyni i grzybów. Podobnie wielu jeszcze innych warzyw i owoców, ale  akurat one są według mnie absolutnie przypisane do tej pory roku. Oczywiście możemy zamrażać je i korzystać z nich potem przez całą zimę i dalsze pory. Bardzo to cenię, zresztą! Pewnie też można je jakoś produkować poza sezonem, choć nie wiem, czy się to robi?

Jednak dynia, czy grzyby jesienią mają swój niepowtarzalny charakter.

W dzisiejszej mojej propozycji połączyłam dynię z grzybami i bardzo było to smaczne, choć niezwykle proste połączenie: makaron z dynią i grzybami.

Proporcje mogą być różne, amatorzy grzybów mogą dać ich więcej, a wielbiciele dyni mogą natomiast  zredukować ilość grzybów i dodać więcej dyni.

Zaczęłam od przygotowania dyni. Rozgrzałam piekarnik  do około 180 stopni i włożyłam do niego dynię pozbawioną pestek i pokrojoną wraz ze skórą na „łódeczki” o szerokości kilku centymetrów,.  To jest najfajniejszy, według mnie, sposób „opracowywania” dyni. Odkąd stosuję go, nie mam problemów z obieraniem skóry z dyni. Piekę więc tę pokrojoną dynię, aż będzie dość miękka, żeby pokroić ją, czyli przez około 20-30 minut. Następnie wyjmuję z piekarnika, studzę i potem z łatwością zdejmuję skórkę z niej.

Taką właśnie upieczoną wcześniej dynię pokroiłam w kostkę o boku około 1,5- 2 cm i odstawiłam.

Na patelni, na oliwie zeszkliłam cebulę, dodałam czosnek oraz obrane i pokrojone grzyby i podsmażyłam całość . Posoliłam, dodałam pieprz i kiedy już były miękkie dodałam do nich pokrojoną dynię, a potem śmietankę i chwilę całość dusiłam. Dodałam chili, naprawdę odrobinę octu winnego, pieprz i oregano.

Ugotowałam w międzyczasie makaron.

Makaron odcedziłam, zostawiłam nieco wody z gotowania, na wypadek, gdyby sos był za gęsty.

Przełożyłam makaron do sosu i wymieszałam, trzeba było jednak dodać nieco wody, więc użyłam tej z gotowania makaronu. Trzeba też sprawdzić na tym etapie, czy całość nie potrzebuje więcej przyprawienia, bo jest możliwe, że trzeba dodać na przykład  więcej soli. Dodałam listki świeżego oregano i wymieszałam.

Można taki makaron posypać parmezanem, jednak ja tego nie zrobiłam i muszę przyznać, że zupełnie mi go tu nie brakowało 🙂

 

Makaron z pieczoną dynią i grzybami

około 4-5 porcji

 

około 400-500 g dyni pokrojonej wraz ze skórą w „łódeczki”( waga przed pieczeniem)

około 300-400 g oczyszczonych grzybów (dałam maślaki)

nieduża posiekana cebula

rozgnieciony ząbek czosnku

około 200 ml śmietanki kremówki

szczypta chili

sól

pieprz

ocet winny

oregano

listki świeżego oregano

oliwa do smażenia

300-350g makaronu ( waga przed gotowaniem, oczywiście)

 

Smacznego,

 

 

Basia

 

 

 

 

 

Niby-sernik, czyli deser waniliowy z ricottą i malinami

Brak komentarzy

Z sernikiem ten deser ma w sumie tylko tyle wspólnego, że również zawiera ser 🙂

A właściwie miękką ricottę.

I jest niezwykle prostym deserem dla miłośników malin i bitej śmietany, czyli dla mojej rodziny i dziejszego Gościa, na przykład 🙂

Tegoroczny urodzaj malin (teraz szczególnie pysznych i zniewalająco słodkich) sprawia, że nie mogę się powstrzymać, ilekroć widzę je na straganie. Kupuję, zjadam połowę w drodze do domu, a potem zastanawiam się, co tu zrobić z reszty? Koniecznie jakiś deser ze świeżymi malinami! Bo przecież zaraz już ich nie będzie….

Niby-sernik czyli krem waniliowy z malinami i ricottą

4 porcje

 

250 ml śmietanki kremówki

ok. 40 g cukru pudru

100 g miękkiej ricotty

1 łyżeczka (mojej ulubionej) pasty waniliowej Madagascar Bourbon, Pure Vanilla Bean Paste, Nielsen-Massey

1 kopiata łyżeczka żelatyny rozpuszczonej w niedużej ilości (około 50 ml) gorącej wody

około 200-250g świeżych malin ( kilka zostawić do dekoracji)

listki mięty do dekoracji

kilka kawałków gorzkiej czekolady rozpuszczonej( w kuchence mikrofalowej albo gorącej kąpieli, ja rozpuszczam czekoladę w kuchence mikrofalowej) i wymieszanej ze śmietanką kremówką (tyle śmietanki, żeby czekolada miała lekko płynną konsystencję, w sam raz do ozdobienia/polania deseru)

 

Śmietankę kremówkę ubiłam, dodałam pod koniec ubijania cukier i wanilię. Dodałam ricottę i jeszcze dalej przez chwilę ubijałam. Rozgniotłam delikatnie maliny i dodałam do miksowanego kremu. Na koniec dodałam rozpuszczona i przestudzona żelatynę i  dobrze wszystko wymieszałam.

Krem przełożyłam do pucharków, ozdobiłam odłożonymi malinami i wstawiłam do lodówki. Przed podaniem ozdobiłam czekoladą (roztopioną wcześniej i wymieszaną ze śmietanką) i listkami mięty.

 

Smacznego,

 

 

Basia

Lazania z dynią i pieczonym butternut squash

Brak komentarzy

O istnieniu butternut squash dowiedziałam się od Ewy kilka lat temu. To owoc,  albo – jeśli wolicie- warzywo z rodziny dyniowatych i, w gruncie rzeczy, najbardziej do niej podobne pod względem smaku i jakości miąższu. Zupełnie nie wiem, czemu nie można kupić go w Polsce? Nie widziałam tu ani owoców, ani nasion. No i oczywiście nie ma polskiej nazwy, wiec będę się męczyć w odmianie tego słowa….

Butternut squash popularny jest w USA i Australii, w Wielkiej Brytanii, jak mówi Ewa, znany jest podobno od niedawna.

W zeszłym roku Ewa dała nam jedną rozsadę butternuta, ale nie udało nam się wyhodować dojrzałego owocu. Wprawdzie zawiązał się, ale zgnił zanim dorósł 🙁

W tym roku dostałam od Ewy kilka sadzonek. Posadziłam  je wraz z innymi dyniami i cukiniami w ogrodzie. Udało mi się wyhodować tylko dwa owoce. Reszta zawiązanych owoców gniła jeszcze w początkowym stadium. Czyżby  nie podobało im się tu? Może powinny być sadzone wcześniej? Spróbuję znów w przyszłym roku, bo bardzo podoba mi się ten butternut!

I właśnie  przygotowałam lazanię (albo, jeśli wolicie, to lasagne) z dynią i  jednym z tych dwóch moich „butternutów”.

Zaczęłam od przygotowania butternuta. Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni i włożyłam do niego cały owoc, piekłam przez około 20 minut. Wyjęłam z piekarnika, przekroiłam na ćwiartki, położyłam na blaszce  i znów włożyłam do piekarnika. Tym razem na około 30 minut. Włożyłam tam również kawałki dyni, obranej i pokrojonej na mniejsze części.

Najpierw wyjęłam dynię, zmiksowałam ją z cynamonem, imbirem, gałka muszkatołową, solą, cukrem demerara i Golden Syrup. Odstawiłam zmiksowaną dynię.

Przygotowałam ser, wymieszałam ricottę z około połową utartego parmezanu i połową mozzarelli.

Gdy butternut zaczął się delikatnie złocić tu i ówdzie, wyjęłam go z piekarnika, zdjęłam skórę i pokroiłam w niedużą kostkę, taką o boku około 1,5 czy 2 cm.

Niezbyt duże naczynie do zapiekania wysmarowałam oliwą, położyłam na dnie 1/3 sosu z dyni, następnie położyłam warstwę lazanii, a na niej 1/2 ricotty z mozzarellą i parmezanem, wyłożyłam równą warstwę pokrojonego w kostkę butternuta i polałam 1/3 sosu z dyni. Znów położyłam warstwę lazanii, na niej drugą połowę ricotty, posmarowałam dokładnie  ostatnią częścią sosu dyniowego, posypałam resztą mozzarelli i parmezanu. Dobrze, żeby ta górna warstwa lazanii był dokładnie przykryta serem i sosem, żeby makaron mógł zmięknąć i nie wysechł podczas pieczenia. Tego farszu i sosu nie jest bardzo dużo, wiec trzeba dobrze nimi gospodarować.

Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do około 160 stopni na około 50 minut, w połowie czasu pieczenia przykryłam lazanię folią aluminiową, bo obawiałam się, że za bardzo się przypiecze i wyschnie.

Wyjęłam ją z piekarnika, gdy była złocista z wierzchu. Lazanię, przykrytą folią aluminiową, pozostawiłam w temperaturze pokojowej na około 20 minut przed podaniem.

Myślę, że w polskich warunkach, w sytuacji braku butternuta, można zamiennie użyć więcej dyni (i postępować dokładnie tak, jak z butternut squash). Można na przykład użyć dwu rodzajów dyni, w różnych kolorach. Ale jeśli będzie to tylko jeden rodzaj, to i tak na pewno wyjdzie fantastycznie, bardzo polecam! Bo to naprawdę bardzo smaczne i ciekawe danie.

 

Lazania z dynią i pieczonym butternutem 

ok. 4 porcje

 

1 butternut squash

około 300 g dyni bez skóry i pestek

1/2 łyżeczki mielonego cynamonu

1/4 łyżeczki mielonej gałki muszkatołowej

1/8 łyżeczki mielonego imbiru

1/4 łyżeczki mielonego pieprzu

łyżka cukru demerara

1/2 łyżeczki soli do sosu dyniowego i troche do posypania butternuta już pokrojonego i upieczonego.

łyżka Golden Syrup (  albo zamiast druga łyżka cukru demerara)

oliwa do posmarowania naczynia

ok. 150 g miękkiej ricotty

125 g pokrojonej drobno mozzarelli

75 g utartego parmezanu

5 arkuszy gotowej lazanii (na każdą warstwę zużyłam 2 i pół)

 

 

Smacznego,

 

Basia

 

Facebook

Likebox Slider for WordPress