Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

komentarzy 5

Nie miałam wcale tego pisać, bo moja Córka stwierdziła, że to nudne! Ciągle te muffinki i muffinki. No więc trudno, jak nie,  to nie…

Ale tak się złożyło, że miałam okazję  poczęstować  czekoladową muffinką  Martę (wierną czytelniczkę tego bloga 🙂 ),  a ona właśnie poprosiła o przepis na nie, więc jednak napiszę!

Zaczęło się od tego, że zobaczyłam w Almie wiśnie suszone, sprzedawane na wagę (nawiasem mówiąc nieprzyzwoicie drogie).

Zaraz wyobraziłam sobie ich smak i aromat… no i musiałam kupić choć trochę.

W drodze powrotnej do domu , jak to zwykle bywa z różnymi  właśnie kupionymi przysmakami, sięgałam do woreczka z wiśniami i podjadałam. Na szczęście trochę oszczędziłam!

Zaczęłam zastanawiać się,  do czego mogę ich użyć? Ale biorąc pod uwagę, że właśnie kończyły się już w domu poprzednie wypieki,  a jak już wspominałam nie lubię, gdy nie ma niczego słodkiego w domu, zdecydowałam się na upieczenie bardzo czekoladowych muffinek z wiśniami. Połączenie czekolady i wiśni, to przecież sprawdzone i udane połączenie. Tym razem również.

Bardzo czekoladowe muffinki z wiśniami

12 sztuk

250 g mąki

2 łyżeczki  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

czekolada gorzka pokrojona w małą kostkę

4 kopiate łyżki dobrego kakao

175 g cukru

250 ml mleka

80 g oleju roślinnego

1 jajko

garść suszonych wiśni

Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni.

W misce wymieszałam  mąkę, sodę i proszek, kakao, cukier, dodałam mleko, jajko i olej. Szybko  wymieszałam, nie przejmując się pozostałymi w cieście grudkami, dodałam pokrojoną czekoladę i wiśnie i szybko wymieszałam. Do papilotek ułożonych w muffinkowej blaszce nakładałam sporą porcję ciasta, całość tego co przygotowałam zmieściłam w  12 papierowych miseczkach.

Piekłam około 20 minut, sprawdziłam patyczkiem. Gdy patyczek był  czekoladowy tylko tam, gdzie natrafił na rozpuszczona czekoladę,  a śladów niedopieczonego  ciasta nie było na nim, wyjęłam muffinki z piekarnika.

Smacznego,

Basia

Kurczak w herbacie :-)

komentarze 4

Wyjęłam z zamrażarki  kilka kawałków kurczaka i zastanawiałam się, co z nich zrobić na kolację?

I już niewiele brakowało, żebym zdecydowała się na  kurczaka tandoori , kiedy wpadł mi pewien pomysł do głowy.

Kurczak marynowany w herbacie!

Kiedyś, parę lat temu, pewien mój Kolega (również  prawie kolega po fachu, bo iranista) opowiadał mi o swoim pobycie w Afganistanie. Stamtąd  właśnie przywiózł przepis na kurczaka marynowanego w herbacie.  Przypominam sobie, że zachwycał się tym daniem. Minęło kilka dobrych lat od tej rozmowy, nie pamiętam dokładnie przepisu. Wiem jedynie, że mięso zalewa się mocnym,  herbacianym naparem i w nim pozostawia na jakiś czas…. Resztę musiałam zaimprowizować:-)

Zaczęłam od zaparzenia czarnej  herbaty,  4 kopiate łyżeczki  wsypałam do dużego zaparzacza ( Mąż kupił sobie taki do parzenia zielonej herbaty), wstawiłam go do miski szklanej  i zalałam wrzątkiem. Napar był naprawdę bardzo mocny i ciemny. Myślę, że można użyć każdej herbaty, ja użyłam herbaty przywiezionej przez mojego Męża ze Sri Lanki, ale nie pamiętam dokładnie, jaka to herbata. Następnym razem spróbuję to zrobić z Earl Grey, moją ulubioną!

Do miski z naparem włożyłam kawałki kurczaka ( uda i podudzia), płyn przykrywał mięso całkiem.

Zostawiłam kurczaka w tej marynacie na kilka godzin, pewnie można zostawić tak na noc.

Rozgrzałam piekarnik do około 200 stopni.

Naczynie żaroodporne posmarowałam oliwą, włożyłam do niego posiekaną cebulę, następnie kawałki ciemnego od esencji kurczaka, wlałam mniej więcej połowę płynu, w którym moczył się kurczak, kawałki skropiłam sosem sojowym, octem balsamicznym, posypałam curry, pieprzem  i posmarowałam rozgniecionym czosnkiem. Wstawiłam do piekarnika. Po około 20 minutach zmniejszyłam temperaturę  pieczenia do około 160 stopni . Po kolejnych 20-30 minutach odwróciłam kawałki kurczaka, bo zaczęły się trochę przypiekać, skropiłam jeszcze raz octem balsamicznym i sosem sojowym i dalej piekłam. W sumie pieczenie trwało około 2 godzin. Celowo piekłam tak długo,  choć  kurczak z pewnością już wcześniej był gotowy, bo uwielbiam mięciutkie mięso kurczaka, które wręcz ześlizguje się z kości. I tak właśnie było  tym razem. Po upieczeniu mięso kurczaka było  ciemne  (głównie z wierzchu, głębiej  było jaśniejsze) i  bardzo soczyste i kruche. W smaku nie było czuć  konkretnie herbaty, ale wyraźnie smak był bogatszy.   Kurczak w tym wydaniu jest dość  delikatny, więc jeśli lubicie pikantne dania, to proponuje dać więcej curry albo dodać chili na przykład.

Kurczak marynowany w herbacie ( może trochę po Afgańsku)

6 sporych kawałków kurczaka

4 kopiate łyżeczki  czarnej herbaty i tyle wody, żeby mocny  napar przykrył kurczaka

parę łyżek sosu sojowego ( 3-4)

parę łyżek octu balsamicznego ( j.w.)

curry

pieprz

3 rozgniecione  ząbki czosnku

oliwa ( całkiem niekoniecznie, według mnie można w ogóle nie smarować naczynia oliwą, bo z kurczaka wytopi się pewnie wystarczająco dużo tłuszczu. Ja następnym razem z pewnością nie dam żadnego tłuszczu).

Smacznego,

Basia`

P.S. Moi Drodzy, dziś mija rok odkąd zaczęłam pisać tego bloga.

Dziękuję  serdecznie wszystkim, którzy zaglądają tu i liczę na Waszą dalszą obecność.  Dziękuję też ogromnie za wszystkie komentarze i proszę o więcej!


Pozdrawiam Wszystkich,


Basia

Buchty

komentarzy 5

Ciasto drożdżowe  nigdy nie było moją mocną stroną.  Nigdy  też specjalnie nie lubiłam go jeść i  to pewnie dlatego  tylko parę razy  upiekłam  coś drożdżowego.  Moja Mama  w przeciwieństwie do mnie bardzo lubi i  często piecze ciasta drożdżowe.  Pamiętam z dzieciństwa,  pieczone przez nią buchty, takie bułki  nadziewane powidłami, które piecze się w jednej formie, blisko obok siebie poukładane. Przed pieczeniem polewa się je roztopionym tłuszczem, dzięki temu po upieczeniu bułki z łatwością oddziela się jedną od drugiej, mimo, że właściwie wydają się być „zrośnięte”. Akurat te drożdżowe bułki bardzo lubiłam!

Ostatnio właśnie sobie o nich przypomniałam i  „chodziły za mną” przez jakiś czas… Aż dziś postanowiłam je upiec.

Wyciągnęłam przepis , który podyktowała mi  kiedyś Mama  i zabrałam się  za pieczenie.

Buchty drożdżowe

około 15 sztuk w tortownicy o średnicy 26 cm

500 g mąki

2 jajka

200 g roztopionego masła, choć w Mamy przepisie była margaryna. Ja nie używam margaryny w ogóle.

Jakieś 20-30 g z tego masła trzeba zostawić do polania bułek z wierzchu

skórka otarta z jednej cytryny

wanilia ( dałam  naturalny ekstrakt z wanilii)

40 g drożdży

szklanka mleka ( dałam 220 g)

150 g cukru + łyżka do wyrośnięcia drożdży

spora szczypta soli ( pamiętam, że  moje pierwsze ciasto drożdżowe, dawno temu, upiekłam bez soli…Odtąd, choć nie piekłam,  bardzo dobrze pamiętam, że sól MUSI BYĆ!)

około pół małego słoika powideł, ja dodałam jeszcze do powideł śliwkowych trochę konfitury z róży

Drożdże rozkruszone wymieszałam z ciepłym mlekiem,  dodałam  łyżkę cukru i zostawiłam do wyrośnięcia.  Szybko wyrosły i dosłownie zaczęły „wychodzić’ z kubka!

Wtedy do miski wsypałam mąkę, cukier, sól, jajka, wlałam  mleko z drożdżami, dodałam wanilię, roztopione masło, dodałam skórkę z cytryny  i wyrobiłam dobrze. Zostawiłam w ciepłym miejscu na około godzinę, żeby wyrosło.

Formę wyłożyłam papierem do pieczenia na dnie, boki posmarowałam masłem.

Z ciasta formowałam  kulki, robiłam w nich dołek, w który wkładałam porcje powideł, zaklejałam i tą zaklejoną stroną  w dół układałam bułki w tortownicy.

Według mnie ciasto było trochę za rzadkie, trudno było formować bułki, a potem trochę się rozpływały w tortownicy. Myślę, że następnym razem dam nieco mniej mleka.

Gdy ułożyłam wszystkie, polałam masłem , głównie w te miejsca, gdzie bułki się ze sobą łącżą.

Piekłam około 30 minut. Z wierzchu bułki były dobrze przyrumienione, lekko brązowe raczej a nie złote. Wbiłam patyczek, żeby sprawdzić, czy są  gotowe.  Cudnie pachniało w całym domu! Córka powiedziała, że to zapach dobrej piekarni;-)

Nie mogliśmy się doczekać, aż wystygną całkiem i zabraliśmy się za próbowanie…

I w ten sposób w ciągu kwadransa  zniknęła połowa bułek!

Pyszne, polecam!

Basia

Spaghetti z krewetkami

Brak komentarzy

Krewetki i inne owoce morza nie należą do powszechnie lubianych. I choć grono ich amatorów ciągle rośnie,  nadal  jest bardzo wielu ich zagorzałych przeciwników. Choć pewnie duża część z nich nigdy  nie jadła  krewetek, swą niechęć opierają raczej na  strachu przed nowym i do tego takim dziwnym jedzeniem, tak sądzę. Nie pamiętam kiedy ja je polubiłam, ale było to naprawdę dawno temu.

Pamiętam, jak kiedyś przed laty, w jednej z krakowskich restauracji zamówiliśmy z Mężem  krewetki panierowane. I dostaliśmy takie właśnie: piękne i duże, usmażone na złoto. Niestety… panierowane były w całości, razem z chitynowymi pancerzami!

Przez długi czas ciężko było kupić duże krewetki, dostępne były głownie te małe, koktajlowe.

Smak ich jest nieporównywalny. Dlatego bardzo przyjemnie, że można z łatwością już dostać te duże, za przyzwoite całkiem pieniądze. Kupiłam właśnie ostatnio takie ( w Auchan), 16 złotych kosztowała 500 gramowa  paczka pojedynczo mrożonych, obranych,  dużych krewetek.

A skoro już są  krewetki, to polecam  dzisiejszy makaron.

Spaghetti z krewetkami i suszonymi pomidorami

porcja dla 3-4 osób  w zależności od stopnia głodu 🙂

250 g makaronu

220-250g rozmrożonych krewetek

oliwa czosnkowa

sól

2 cebulki dymki posiekane

ok. 100ml białego wina

ok. 150 g suszonych pomidorów pokrojonych na paski na przykład

szczypta cukru

szczypta chili

parmezan do posypania (według uznania)

natka pietruszki  (j.w.)

Ugotować makaron zgodnie z przepisem.

Na dużej rozgrzanej patelni smażyć dymkę na oliwie czosnkowej, aż się zeszkli. Dodać pomidory suszone, chili , rozmrożone krewetki  i wino i razem dusić. Doprawić solą i cukrem.

Ugotowany i odcedzony makaron (trochę wody odlanej  z makaronu warto zostawić i dodać do sosu, gdyby ten  zbyt odparował podczas gotowania) przełożyć na patelnię z sosem z krewetkami i wymieszać, dodać siekaną natkę, jeśli lubicie, albo jakieś inne zioła

Porcje na talerzu posypać parmezanem, według uznania również.

Smacznego,

Basia

Muffinki zamiast szarlotki

Brak komentarzy

Dziś mam coś dla miłośników szarlotki z cynamonem i dla fanów muffinek równocześnie.

Przepyszne muffinki z jabłkami i cynamonem…palce lizać!

Zwróciłam  dziś uwagę na jabłka, które kupiłam już dobrych kilka dni temu.

To były Szare Renety. Kupiłam je z myślą o czymś, czego w rezultacie nie ugotowałam, więc renety zostały .  Trzeba je było koniecznie wykorzystać, bo zaczęły już się marszczyć.

Biorąc pod uwagę moją muffinkową miłość , zaczęłam przeglądać przepisy właśnie na muffinki.

Prawdę powiedziawszy, nie mogę się zwykle oprzeć wypróbowaniu nowych receptur na te wypieki, a z jabłkami babeczek jeszcze nie piekłam.  Dlatego bez zbędnej zwłoki zabrałam się właśnie za nie, podpatrując przepis u Nigelli w „Kitchen”.

Muffinki upiekły się wyśmienicie, wyrosły bardziej, niż te,  które do tej pory piekłam.

Dzięki sporej ilości jabłek są lekkie i owocowe, dzięki cynamonowi  prawdziwie szarlotkowe, a za sprawą posypki na wierzchu z orzechami, cukrem i cynamonem delikatnie chrupiące.

Udany pomysł!

Muffinki z jabłkami i cynamonem

na 12 sztuk

250 g mąki

100g oleju roślinnego

2 jajka

2 łyżeczki proszku do pieczenia

szczypta soli

2 łyżeczki cynamonu ( 1 + 1)

2 duże Szare Renety

125 cukru demerara plus 4 łyżeczki na posypkę

100g miodu

60g jogurtu naturalnego

80g migdałów i orzechów laskowych  grubo posiekanych (jedne i drugie nieobrane)

Rozgrzałam piekarnik do około 190 stopni.

Obrałam jabłka i pokroiłam w małą kostkę (około 1cm X 1 cm), odstawiłam na chwilę.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia i  1 łyżeczkę cynamonu.

W drugiej misce wymieszałam widelcem cukier, jajka, jogurt, olej, miód.

Do miski z mąką wlałam wymieszaną masę, dodałam jabłka i  połowę orzechów i migdałów i szybko wymieszałam całość.

W osobnej misce wymieszałam  posypkę, czyli pozostałe orzechy i migdały,  pozostały cukier i łyżeczkę cynamonu.

Do formy na muffinki  włożyłam papilotki , do każdej nałożyłam porcję ciasta, było go naprawdę dużo. Papilotki były całkiem pełne. Z wierzchu posypałam przygotowana posypka i wstawiłam do piekarnika. Piekłam około 20 minut, kiedy były rumiane, a patyczek w nie wbity wychodził suchy, wyjęłam muffinki z piekarnika. Gdy nieco ostygły ostrożnie wyjęłam je z formy. Pyszne są zarówno ciepłe jak i przestudzone.

Smacznego,

Basia

Postanowienia noworoczne i łosoś po azjatycku

Brak komentarzy

Z nadejściem nowego roku zwykle pojawiają się też noworoczne postanowienia.

Ciągle słyszymy, że ten chce schudnąć 5 kilogramów, tamten 10. Jedni postanawiają zadbać o tężyznę fizyczną,  inni zrobią porządek w papierach, albo będą czytać więcej książek.

Moja Córka też zapytała mnie, jakie jest moje postanowienie na rozpoczęty właśnie rok?

I trochę się zdziwiła, kiedy powiedziałam, że moim postanowieniem noworocznym, jest robić  sobie więcej przyjemności!

Tak, nie zamierzam sobie specjalnie niczego odmawiać, bo to nie uczyni mnie szczęśliwszą, a więcej przyjemności ,  z pewnością tak!

Tak więc zaczynam rok z silnym postanowieniem częstszego dogadzania sobie,  przecież szczęśliwa kobieta w domu, to szczęśliwi domownicy, czyż nie?

Dogadzanie sobie będę realizować w rożny sposób,  ale  będzie polegało też na gotowaniu pysznych i wartościowych dań. Takim jest ugotowany właśnie łosoś  po azjatycku podpatrzony u Jamiego Olivera w książce „ Jamie’s 30-minute meals”.

Mój łosoś musiał być jednak dostosowany do tego, co było w domu, więc nie jest wierną kopią tego, co zrobił Jamie. Myślę jednak, że ta modyfikacja zupełnie mu nie zaszkodziła.

Łosoś po azjatycku

około 500 g łososia pokrojonego na kawałki

mała cebula czerwona grubo posiekana

ok. 3 łyżek sosu sojowego

spora szczypta imbiru mielonego ( może oczywiście być świeży, ale ja go nie miałam, stąd  mielony)

płaska łyżka cukru demerara

świeżo zmielony pieprz

sok z 2 małych cytryn  ( mogą być limonki, nawet będzie lepiej!)

spora szczypta chili

1-2 łyżki sosu rybnego

oliwa  z oliwek

Cebulę, sos sojowy i wszystkie inne  przyprawy zmiksowałam w blendrze. Płaskie naczynie do zapiekania wysmarowałam oliwą, włożyłam kawałki łososia i polałam zmiksowanym sosem.

Wstawiłam do piekarnika rozgrzanego do około 220 stopni i zapiekłam około 15-20 minut, aż łosoś zarumienił się z wierzchu i był gotowy.

Łososia, który był niezwykle smaczny mimo prostoty jego przygotowania,  zjedliśmy z sałatą lodową i bagietką czosnkową, którą zapiekałam w piekarniku wraz z łososiem przez ostatnich 5-10 minut pieczenia.

Polecam!

Basia

Noworoczne gwiazdki

Brak komentarzy


Szczęśliwego Nowego Roku!

Mam nadzieję, że spędziliście Sylwestra miło i smacznie.

Niech cały ten, właśnie  rozpoczęty, rok będzie dla Was udany

Kulinarne również:-)

Życzę Wam, zatem,  dobrych i sprawdzonych przepisów.

A skoro o przepisach mowa, to przyznam, że zwykle niezbyt chętnie  korzystam z przepisów zamieszczanych w czasopismach, zauważyłam  parokrotnie, że są nierzetelne i  niewypróbowane. Zdecydowanie wolę przepisy ze sprawdzonych książek kucharskich.

Tym razem jednak, za namową Córki,  zdecydowałam się spróbować recepturę zamieszczoną w ostatnim Twoim Stylu. Zachęcił nas sos karmelowy, który miał się znaleźć w opisywanych tam muffinkach, bo do karmelu  (i do muffinek!) obie mamy wielką słabość 🙂

Dziś rano mój Mąż zapragnął jakiegoś noworocznego wypieku,  stąd wziął się pomysł na dzisiejsze pieczenie.

Korzystając z dzisiejszego święta oraz z równie świątecznej silikonowej foremki, którą ostatnio dostałam, upiekłam noworoczne śmietankowo-karmelowe muffinki-gwiazdki.

Przyznam, że do tej pory z dystansem podchodziłam do silikonowych foremek do pieczenia. Jakoś nie mogłam uwierzyć w to, że takie „plastikowe” foremki nie topią się w rozgrzanym piekarniku…

Dziś spróbowałam w nich upiec i okazało się, że to działa!

Silikonowych foremek nie trzeba nawet natłuszczać, po prostu wlewa się do nich ciasto i tyle.

Przepis z Twojego Stylu najpierw wzbudził we mnie wątpliwość,  bo gdy zaczęłam ubijać cukier z jajkami, to okazało się, że ich  proporcje uniemożliwiają raczej ubicie na „puszystą masę”, jak wskazywał przepis, ale po dodaniu śmietanki i mleka całość poszła  już do przodu! Poza tym nie bardzo było wiadomo, ile muffinek wyjdzie z przepisu. Ja upiekłam tym razem gwiazdki z innej formy, ale sądząc po ilości mąki w przepisie myślę,  że takie ilości, jakie podaję poniżej, wystarczają na 12 standardowych  muffinek.

Do tego wypieku użyłam sosu karmelowego zrobionego ze skarmelizowanego cukru,  do którego dodałam śmietankę kremówkę i trochę masła ( do cukru z wodą, rozgrzanego i zrumienionego na brązowo- po prostu karmelu- dodać śmietankę i  mieszać, aż zrobi się gładka masa,  dodać trochę masła i jeszcze wymieszać).

Noworoczne gwiazdki śmietankowo-karmelowe

250 g mąki

70 g masła

130 g cukru

2 jajka

łyżeczka proszku do pieczenia

ok. 40 ml śmietanki  36%

ok. 80 ml mleka

ok. 80 ml  domowego sosu karmelowego

2 garści ( plus te do dekoracji) różnych orzechów, ja dałam włoskie i laskowe

Masło zmiksować  z cukrem, dodać po kolei  jajka, wlać śmietankę i mleko, miksować  i dodać sos karmelowy.

Dodać mąkę z proszkiem i dalej miksować, dodać  orzechy i jeszcze wymieszać dokładnie.

Przełożyć masę do foremek (papilotek np.) , na wierzchu na każdej babeczce położyć kilka orzechów i piec przez około 20 minut w temperaturze 180-200 stopni, aż będą złocisto- rumiane.

Gotowe muffinki  wyjąć i wystudzić.

Są naprawdę niezwykle smaczne, gorąco polecam, nawet jeśli nie macie takich okolicznościowych foremek 🙂

Basia

Bigos!

Brak komentarzy

Okres pomiędzy świętami Bożego Narodzenia i Nowym Rokiem, to bardzo przyjemny czas. Życie wtedy płynie jakoś tak inaczej, odświętniej, leniwiej. Świat wokół wciąż zdobią dekoracje świąteczne, wielu ludzi ma wtedy wolne dni, i pewnie mamy w domach jeszcze  różne świąteczne pyszności, dzięki którym  ciągle jeszcze świętujemy .

Nawet, jeśli musimy chodzić do pracy w tych dniach, pracuje się całkiem miło.

Z tym właśnie okresem kojarzy mi się najlepszy bigos.

Bigos, który powstaje właśnie po świętach. Do takiego bigosu dodaje się kawałki  upieczonych świątecznych mięs, których jak zwykle zrobiliśmy się za dużo :-),  suszone grzyby i  koniecznie dużo suszonych śliwek!

Nie obejdzie się też bez cebuli, garści owoców jałowca, rozgniecionych porządnie w moździerzu, no i bez czerwonego wina, rzecz jasna.

Bigos musi być „stary”. To nie może być po prostu  ugotowana kapusta .

Tej „starości” w ekspresowym tempie dodają suszone śliwki ( można też wykorzystać śliwki z kompotu wigilijnego, jeśli  go trochę zostało). A jeśli trzeba superekspresu, to polecam dobre powidła śliwkowe, koniecznie domowe! W mgnieniu oka przeistoczą wspomnianą ugotowaną świeżą kapustę w  szlachetny bigos.

Moja Córka lubi kawałki kiełbasy w bigosie, więc nawet jeśli  w bigosie są już pieczone mięsa, zawsze dodaję  też sporo kiełbasy,  … bo zwykle zanim bigos jest gotowy, połowa kiełbasy jest już z niego wybrana 🙂

W zależności od kwaśności kiszonej  kapusty dodaję świeżej kapusty,  jeśli kapusta jest bardzo kwaśna, a jeśli jest zupełnie odwrotnie i potrzeba ją właśnie dokwasić,  dodaję koncentrat pomidorowy.

Jeśli chodzi o przyprawy, to poza wspomnianymi wcześniej rozgniecionymi owocami  jałowca  daję liście laurowe, pieprz, angielskie ziele i koniecznie kminek.

Mój bigos jest słodko-kwaśny, taki lubimy najbardziej. Dobrze, żeby był aromatyczny i esencjonalny, ale jednocześnie,  żeby kapusta nie było rozgotowana. Trzeba więc znaleźć umiar jeśli chodzi o czas jego gotowania. Parę godzin na małym ogniu wystarczy.  A jeśli, przez przypadek , nawet troszkę się przypali, to prawdopodobnie też mu  to nie zaszkodzi ! Potem dobrze go schłodzić. Taki bigos może poleżeć dobrych kilka dni w lodówce czy innym chłodnym miejscu, można też go zamrozić, jeśli jest potrzeba.

A w ogóle, to jest niezastąpiony podczas spontanicznych spotkań towarzyskich, o które w tym przyjemnym okresie tak łatwo.

Zatem zapraszam do gotowania bigosu!

Basia

Indyk bożonarodzeniowy

Brak komentarzy

Święta, Święta i ..po Świętach!

Kończy się drugi dzień, a trzeciego nie ma w programie, niestety.

Poleniuchowałoby się jeszcze…

Ale z drugiej strony, zgubne byłoby dla figury ciągłe jedzenie. Przecież nie ma co się czarować: są święta, jest jedzenie!

No właśnie, wczoraj był  bożonarodzeniowy indyk faszerowany.

Tak jak wspominałam, oparłam się na przepisie pochodzącym z The Silver Spoon, czyli indyk był trochę po włosku.

Przed Świętami przejrzałam trochę przepisów i ten mnie najbardziej zachęcił. Pokazałam go Córce, a ona zaakceptowała, i tak decyzja została podjęta. Nie mam zbyt dużego doświadczenia  jeśli chodzi o przyrządzanie indyka, piekłam go do tej pory zaledwie parę razy.

Ten, którego miałam teraz przygotować,  miał ciekawe nadzienie, choć nie bardzo wyszukane.

Potrzebowałam do niego włoskie kiełbaski. Nie bardzo wiedziałam skąd mam je wziąć, a poza tym  te włoskie kiełbaski, to są takie surowe, niewędzone  przyprawione koprem włoskim i anyżem, jakoś nie miałam na nie ochoty. Być może mogłabym zastąpić je białą kiełbasą, ale w rezultacie zdecydowałam się   poeksperymentować. Zdecydowałam się na cienkie kiełbaski drobiowe w stylu frankfurterek.

Pokroiłam je w drobne plasterki , pokroiłam też w paseczki plastry wędzonego boczku.

Dodałam zamoczoną wcześniej w wodzie, a następnie odciśniętą  bułkę, całe suszone śliwki, orzechy laskowe również w całości.  Dałam  miękkie masło, szczyptę soli  i chili, sporo pieprzu.

Wymieszałam dobrze  wszystkie składniki farszu ,  włożyłam farsz do indyka, a Córka zaszyła szczelnie nadzienie w ptaku i związała mu nogi.

Indyk odrobinę posolony,  trafił do brytfanny wyłożonej papierem do pieczenia,  a potem  został obłożony  z wierzchu  na korpusie plastrami boczku i kawałkami  masła.

Odkąd  kiedyś po pieczeniu indyka nie mogłam domyć mocno zapieczonej  brytfanny, zawsze już przezornie kładę  w niej na spód papier do pieczenia:-)

Wstawiłam  brytfannę do nagrzanego do 200 stopni piekarnika na tryb pieczenia z góry i z dołu, po około godzinie zmniejszyłam moc piekarnika i dalej piekłam, polewając kilkakrotnie indyka  tłuszczem, który wytapiał się oraz wodą. Po kolejnej godzinie zdjęłam plastry boczku, które zaczęły już się przypiekać, przełączyłam na tryb z termoobiegiem, żeby pomóc indykowi się trochę zarumienić. W sumie pieczenie trwało około 3 godzin. Zawsze mam  problem z czasem pieczenia indyka. Boję się żeby nie był niedopieczony i zwykle wychodzi ł za bardzo wyschnięty.  I choć wiem, że indyk jest gotowy, kiedy po wbiciu patyczka w okolice pomiędzy nogą i piersią wypływa z niego przeźroczysty sok, dopiero tym razem naprawdę zastosowałam się do tej wskazówki.

Dzięki temu czas pieczenia indyka tym razem był optymalny.

Po wyjęciu z piekarnika przez kwadrans indyk odpoczywał sobie przykryty folią aluminiową, aż wreszcie ( po zdjęciu szwów) został podany na stół.

Towarzyszyły mu podsmażane cząstki ziemniaków, a dla chętnych również, jak to było w dotychczasowej tradycji,  pozostałe z kolacji wigilijnej potrawy.

🙂

Basia

Bożonarodzeniowy indyk faszerowany

indyk ( około 4 kg)

300g kiełbasek ( ja dałam drobiowe typu frankfurterki, ale na pewno można dać jakieś wieprzowe lub inne)

100g boczku wędzonego w plastrach do farszu  + plastry do obłożenia indyka

150 g śliwek suszonych kalifornijskich

100 g orzechów laskowych

większa bułka pszenna podzielona na mniejsze kawałki,  zamoczona w wodzie i odciśnięta

około 50 g masła do farszu plus drugie tyle do obłożenia indyka przed pieczeniem.

sól, pieprz, chili

Wesołych Świąt!

Brak komentarzy

Wesołych Świąt!

Wprawdzie  Święta  już trwają, ale na życzenia nigdy nie jest za późno:-)

Ogrom pracy przed Wigilią i Świętami  sprawił, że  zupełnie nie miałam czasu  na pisanie.

Ale najważniejsze, że Wigilia się pięknie udała.

Goście dopisali i  było bardzo wesoło.  Wszystkie potrawy  wigilijne wyszły smakowicie. Śpiewaliśmy kolędy  i rozpakowywali górę  prezentów  od Aniołka,  aż przyszedł czas na Pasterkę.

Poza zaplanowanymi wcześniej potrawami wigilijnymi pojawiła się na naszym stole jeszcze jedna potrawa, którą  przygotowała Synowa mojej Siostry, moczka.

Moczka, którą jadłam pierwszy raz w życiu, to  słodka śląska potrawa bożonarodzeniowa, która  w różnych częściach Śląska przyrządzana jest inaczej, zawsze jednak na bazie pierników, suszonych moreli, śliwek i innych  suszonych owoców, rodzynek , migdałów  i orzechów.  Dawniej moczkę gotowało się w piwie albo w wywarze z jarzyn z dodatkiem łbów rybich. Na szczęście dzisiejsza moczka jest już inna 🙂  Owoce i bakalie gotowane są w kompocie wraz ze specjalnymi  piernikami i czekoladą,  tworząc rodzaj leguminy.

Moczka spotkała się w naszym domu z bardzo życzliwym przyjęciem!

W mojej rodzinie był taki  zwyczaj,  że w pierwszy dzień Świąt Bożego Narodzenia nie gotowało się żadnych specjalnych potraw. Jadło się pozostałe z Wigilii dania oraz oczywiście przygotowane z myślą o Świętach, upieczone wcześniej pasztety czy  mięsa.

Gospodyni jednak nie robiła typowego obiadu. Świętowała.

Dwa lata temu gościliśmy na Boże Narodzenie Rodzinę z Londynu. Wigilię przygotowaliśmy my, natomiast oni przygotowali dla nas następnego dnia tradycyjny Christmas Dinner.

To były niezapomniane Święta!

Mam nadzieję, że jeszcze uda się kiedyś zorganizować takie Święta…

Zatęskniłam trochę za nimi, dlatego postanowiłam przełamać dotychczasową tradycję  i  zrobić bożonarodzeniowy obiad w tym roku.

Będzie faszerowany  indyk,  przygotowany w oparciu o przepis na Christmas Turkey  z książki  The Silver Spoon.

Idę więc  zabrać się za niego!

Do zobaczenia wkrótce 🙂

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress