Kolejna odsłona cukinii

komentarze 2

Dziś dalszy ciąg cukiniowego sezonu w mojej kuchni .

Okazało się, że urodzaj podobny do tego  u nas  na grządce koło domu, spotkał moich Teściów na działce. Zostaliśmy obdarowani dwiema naprawdę solidnymi, zielonymi cukiniami.

Jak już  tu pisałam,  najbardziej lubię takie całkiem małe, młodziutkie egzemplarze, zwykle z błyszczącą skórką. Przyrządzam je w całości, to znaczy i ze skórą i z gniazdami nasiennymi, które właściwie są jeszcze zupełnie niewykształcone i niemal niewidoczne.

Jednak dość powszechne jest w Polsce, jak zauważyłam,  hodowanie tych warzyw do gigantycznych rozmiarów.  Może na marmoladę czy jakąś marynatę nadają się takie wyrośnięte cukinie, jednak  ja gotować z nich nie lubię.

Na szczęście  te sprezentowane cukinie, choć dość duże, miały jeszcze miękką skórkę i nie wymagały obierania. Gniazda nasienne miały  wprawdzie już widoczne pestki, ale były jeszcze miękkie  i nadawały się  do jedzenia.

Postanowiłam jedną z nich nafaszerować i zapiec.

Do przygotowania farszu użyłam mięsa mielonego,  kaszy jęczmiennej i jeszcze kilku składników.

Natomiast sos przygotowałam ze świeżych pomidorów i czerwonej papryki.

Myślę, że równie dobrze można zrobić po prostu sos pomidorowy,  ale teraz koniecznie z letnich, uduszonych i  przetartych pomidorów, doprawionych czosnkiem i ziołami.

Cukinia faszerowana kaszą jęczmienną i mięsem, zapiekana  z fetą i  sosem ze świeżej papryki i pomidorów

spora cukinia ( albo kabaczek) pokrojona na plastry ok. 4 cm grubości

posiekana cebula

filiżanka kaszy jęczmiennej suchej ( około 150 g)

około 250 g mięsa mielonego ( ja użyłam chudej wołowiny)

około 50 g suszonych pomidorów

garść czarnych oliwek posiekanych grubo

2 ząbki czosnku

oliwa do smażenia

świeże oregano i tymianek

pieprz świeżo zmielony, sól, cukier

ok.50 g fety

szczypta chili

na sos:

1 łyżka oliwy do smażenia

3 -4 średnie pomidory

mała lub pół dużej czerwonej papryki

ząbek czosnku

ocet balsamiczny

sól, cukier

szczypta chili

Ugotowałam kaszę jęczmienną. Ja robię to podobnie do gotowania ryżu.  Na rozgrzany olej wrzuciłam kaszę ( 1 filiżankę), chwilę ją prażyłam, następnie wlałam 2,5 filiżanki wody.  Zagotowałam, a następnie zmniejszyłam płomień. Posoliłam przykryłam i gotowałam na małym ogniu. Następnie po około 15 minutach wyłączyłam i pozwoliłam jej „dojść” do siebie. W tym czasie rozgrzałam piekarnik do około 180 stopni.

Na patelni rozgrzałam oliwę i zeszkliłam cebulę, dodałam mięso mielone i wymieszałam z cebulą.

Z plastrów cukinii wycięłam wnętrze,  tworząc jakby foremki dla farszu. Każdy kawałek miał spód i ścianki z cukinii. Wycięte wnętrze cukinii posiekałam a następnie poddusiłam na oliwie, połączyłam  z mięsem i kaszą. Dodałam posiekane suszone pomidory, czosnek, zioła, posoliłam trochę i dałam pieprz. Dodałam posiekane grubo oliwki.

Każdą cukiniową foremkę wypełniłam farszem tworząc kopczyk na wierzchu.  Ułożyłam cukiniowe foremki z farszem w naczyniu do zapiekania.

Zrobiłam sos.

Na oliwie poddusiłam posiekaną paprykę i pomidory, dodałam rozgnieciony czosnek. Gdy  warzywa były miękkie,  zmiksowałam je w blenderze,  a następnie przetarłam przez sito, żeby pozbawić sos skórek z papryki i pomidorów.

Doprawiłam chlustem octu balsamicznego, solą, chili i  cukrem.

Sos wlałam do naczynia z cukinią, na każdy nafaszerowany kawałek wlałam łyżkę sosu.

Na tym położyłam pokruszoną  fetę i  listki świeżego tymianku. Wstawiłam naczynie do piekarnika i piekłam  przez około 45 minut, aż feta na wierzchu się zarumieniła,  a cukinia zmiękła.

Przed podaniem danie posypałam jeszcze listkami świeżych ziół.

Smacznego!

Basia

Pierwszy patison

1 komentarz

No i przyszła pora na patisona.

Nasza przydomowa uprawa zaczyna dość  intensywnie dojrzewać. Zanosi się na to, że najbliższe tygodnie upłyną pod znakiem cukiniowo-patisonowo-kabaczkowych potraw. Może się nie znudzą…?

Ale z pewnością zmuszą do  kreatywności kulinarnej .

Tymczasem wróćmy do patisona, który jest dość oryginalny w kształcie i to mnie w nim pociąga 🙂

A poza tym jest  trochę twardszy od cukinii i kabaczka, a to  sprawia, że trzeba go gotować  czy smażyć trochę dłużej niż tamte. Po ugotowaniu pozostaje bardziej jędrny niż cukinia i kabaczek.

Patison  został zebrany dość późno,  jak się okazało. Mimo, że niewielki, okazał się mieć grubą i już niejadalną skórę i gniazdo z twardymi pestkami.

Ale gdyby był nieco młodszy, to by można go zjeść nawet na surowo. Miałam kiedyś taką znajomą, która młode patisony brała do pracy w charakterze przegryzki. Kroiła na plastry , soliła i zjadała.

Ja natomiast z  naszego pierwszego patisona zrobiłam gratin, czyli taką warzywną zapiekankę.

Tym razem poza pomidorami i cebulą oraz  chrupiącą skorupką  z parmezanu pomieszanego z bułką tartą i oliwą do gratin dodałam pesto. Wyszło smakowicie.

Gratin z patisona, pomidorów i pesto

jako danie główne dla 2 osób

jako dodatek  dla  4

1 patison ( można też być  cukinia albo kabaczek) obrany, pozbawiony pestek i  pokrojony na plastry o grubości około 1 cm

3 średnie pomidory( nacięte, sparzone i obrane ze skóry)

cebula pokrojona w piórka

oliwa do smażenia

pesto , ja dałam 100g świeżego  mrożonego. Jeśli  dacie gęste  pesto ze słoika, to trzeba nieco je rozrzedzić dodając trochę wody. Tyle tylko, żeby dało się wylać na warstwę pokrojonego patisona.

rozgnieciony ząbek czosnku

pieprz, sól – do smaku

ocet winny

bułka tarta  około 30-40g

parmezan utarty około 60-70 g

oliwa  około 30 g

oregano suszone i świeże

ewentualni bazylia

Rozgrzałam piekarnik do 180 stopni.

Na patelni usmażyłam na oliwie z obu stron plastry patisona. Właściwie podsmażyłam je tylko.

W naczyniu do zapiekania ułożyłam plastry patisona, polałam je sosem pesto, do którego dodałam rozgnieciony czosnek i  nieco octu winnego( około ½ łyżeczki). Położyłam cebulę i pokrojone na plastry obrane pomidory. Całość posypałam suszonym oregano i  dobrze wymieszaną bułką z parmezanem i oliwą. Wstawiłam do nagrzanego piekarnika na około ½ godziny.

Gdy na wierzchu pojawiła się złocista chrupiąca skorupka wyjęłam z piekarnika. Przed podaniem dodałam listki świeżego oregano i bazylii.

Basia

Bałkańskie klimaty

Brak komentarzy

Pora na chłodniki ciągle trwa, i oby jak najdłużej.

Oby jak najdłużej trwało lato!

Późno się  zaczęło, więc  niech i późno skończy 🙂

Zrobiłam zatem tarator, to taki chłodnik o bułgarskich  korzeniach. Mój  Mąż należy do amatorów chłodników,  dlatego często je robię.

Klasyczny tarator, to chodnik z kwaśnego mleka bułgarskiego (takiego sztywnego, że niemal można kroić nożem), ogórków, czosnku, oliwy i kopru.

Czasem  Bułgarzy dodają do niego  wody albo siekanych orzechów włoskich.

Pamiętam jak przed laty podczas wakacji  z Rodzicami w Bułgarii znajomy Bułgar przyrządzał dla nas ten chłodnik. Pamiętam,  jak wielki nieobrany ogórek nacinał szybkimi  ruchami noża,  a potem siekał w przeciwną stronę, cały czas trzymając w ręce.  Robił to z ogromną wprawą!

Czosnek też siekał, energicznie i bardzo drobno, tym razem już na desce do krojenia.

Jeszcze koper, oliwa, sól i wszystko zostało szybko wymieszane w garnku.

Jedliśmy tarator z białym, pszennym bułgarskim chlebem i bardzo wszystkim  on smakował.

Wielokrotnie robiłam go w domu, ale chyba nigdy już nie smakował tak samo, jak tam na wakacjach w Bułgarii…

Tym razem zrobiłam go trochę inaczej. Nie kroiłam ogórka, tylko wrzuciłam do blendera i zmiksowałam z jogurtem i resztą składników. W ten sposób otrzymałam chłodnik, który można pić. A do tego ma piękny zielony kolor dzięki ogórkom i zmiksowanemu koprowi.

Myślę, że warto wypróbować obie wersje.

Tarator

na 2-3 porcje

400 g opakowanie zimnego jogurtu  (ja dałam gęsty grecki jogurt, ale może być też  zwykły jogurt czy kefir)

ząbek czosnku rozgnieciony

1-2 łyżki oliwy z pierwszego tłoczenia

kilka ogórków w sumie około 200g, najlepiej zimnych, wprost z lodówki

kilka łyżek siekanego koperku ( zostawić trochę do dekoracji)

sól

ewentualnie odrobina octu winnego, jeśli mleko zsiadłe czy jogurt jest mało kwaśny

szczypta cukru

Można wszystko zmiksować, albo zrobić według wspomnianego  klasycznego przepisu.

Jeśli chłodnik przygotowany jest dużo wcześniej przed podaniem, należy go wstawić do lodówki i wyjąć tuż przed serwowaniem. Najlepszy jest zdecydowanie chłodny!

A pozostając w klimacie bałkańskim, proponuję Wam jeszcze coś do taratoru.

Omlet z fetą, ziemniakami i cebulą.

Myślę, że można potraktować ten zestaw jako cały obiad.

My  jedliśmy ten omlet na śniadanie, ale równie dobrze można go zrobić na lunch czy obiad.

Prawdziwa grecka feta ( przywieziona właśnie przez Córkę z wakacji) doskonale skomponowała się z masą jajeczną omletu. Polecam!

Omlet z fetą, ziemniakami i cebulą

5 jajek dobrze ubitych

1 duży lub 2 mniejsze ziemniaki posiekane dość drobno ( kilkumilimetrowej grubości plasterki przekrojone na mniejsze kawałki)

olej lub oliwa do smażenia

nieduża cebula drobno posiekana

około 100g fety pokruszonej niezbyt drobno

pieprz

Na rozgrzanym tłuszczu podsmażyłam posiekane ziemniaki, gdy były już dość miękkie dodałam cebulę i smażyłam razem, aż cebula zeszkliła się. Trzeba uważać, żeby się nie przypaliła (można też smażyć ziemniaki i cebulę osobno i połączyć  dopiero wtedy,  gdy są gotowe).

Do  miękkich ziemniaków i cebuli dodałam fetę, rozłożyłam równomiernie na całej powierzchni a następnie wylałam na to masę jajeczną. Popieprzyłam całość,  ale  nie posoliłam, mając na uwadze słoną dosyć fetę.

Podczas smażenia podważałam omlet od dołu, żeby masa jajeczna spływała na dół. Kiedy z wierzchu nie było już zbyt wiele takiej płynnej,  przełożyłam omlet na drugą stronę używając dużego talerza ( można też uzyć dużej pokrywki, o średnicy podobnej do średnicy patelni). Po chwili smażenia  z drugiej strony przełożyłam  omlet z patelni na talerz. Trzeba uważać , żeby go nie przypalić z żadnej strony. Najszybciej zawsze przypala się cebula i niestety  wtedy staje się gorzka.

Omlet z fetą jest doskonały.

Robiłam go po raz pierwszy, ale jestem pewna, że będzie częstym gościem na naszym stole!

Basia

Pierwsza cukinia i zupa rybna

komentarze 2

No i jest! Pierwsza cukinia!

W sumie, to nie jestem pewna, czy to jest cukinia?  Jest jasna jak kabaczek.

No i niepostrzeżenie sporo urosła. Dosłownie 2 dni temu sprawdzałam i była  zdecydowanie zbyt mała, żeby ją zebrać. Dziś patrzę, a tu taki egzemplarz!

Przyjmijmy, że to jednak jest cukinia, no  bo takie były przecież nasiona.

Zajrzałam też do reszty naszych upraw ogrodowych i zauważyłam, że już zaraz będzie też  pora na zebranie patisona . Potem przyjdzie czas na dynię, ale tej z pewnością pozwolę urosnąć do sporych rozmiarów.

Jeśli chodzi o cukinie, to najbardziej lubię takie małe, z cienką skórką, której się nie obiera i można wręcz jeść na surowo.

Ta nasza pierwsza cukinia mimo, że nie jest najmniejsza, skórkę ma cieniutką a gniazda nasienne jeszcze niewykształcone, więc można ją kroić i jeść  w całości. Czyli wszystko zgodnie z planem.

A teraz pytanie, co ugotować z niej?

W związku z tym,  że Córka wyjechała na wakacje, mogę przyrządzić przysmak wyłącznie dla Męża.

Ostatnio mówił  znów coś o zupie rybnej.  Pomyślałam, że to właśnie będzie dobry pomysł:  zupa rybna w letniej wersji z cukinią i świeżymi ziołami.

Zupa rybna z cukinią i ziołami

składniki na 3 porcje

nieduża cukinia ( ja dałam połowę tej na zdjęciu) pokrojona w kosteczkę

nieduża cebula posiekana

2 nieduże pomidory sparzone , obrane i pokrojone dość grubo

kawałek selera, obrany i pokrojony drobno

marchewka obrana i pokrojona na talarki i jeszcze na pół

kawałek pora pokrojony dość drobno

kawałek posiekanej papryczki chili, według uznania

1 rozgnieciony ząbek czosnku

3 kawałki świeżego łososia bez skóry

około 1 płaskiej łyżeczki soli morskiej

sporo pieprzu świeżo zmielonego

około 50ml białego wina

2-3 łyżki sosu rybnego

siekana świeża natka pietruszki

świeży tymianek ( lub inne zioła, które lubicie)

oliwa do smażenia ( około 2-3 łyżek)

oliwa extra vergine do podania

Na patelni rozgrzałam oliwę do smażenia, na niej poddusiłam cebulę, pora, selera i marchewkę. Na końcu dodałam rozgnieciony czosnek,  pokrojoną cukinię i  pokrojone obrane pomidory. Wlałam wino. Dusiłam przez około 10 minut, uważając żeby się nie przypaliło.

W garnku zagotowałam wodę, dodałam do niej posiekaną papryczkę  chili i liść laurowy.

Gdy warzywa były już podduszone,  przełożyłam  je do garnka z gotującą się wodą.

Dodałam sól, cukier, wino, pieprz, sos rybny.

Do zupy włożyłam kawałki łososia i gotowałam jeszcze przez około 10 minut, aż ryba  była miękka, a warzywa jeszcze nierozgotowane.  Po ugotowaniu doprawiłam jeszcze około 1 łyżeczką octu winnego.

Gotową zupę  (już na talerzu)  posypałam siekaną natką pietruszki i świeżym tymiankiem, dodałam też  do każdej porcji nieco oliwy z pierwszego tłoczenia.

Smacznego,

Basia

Zwykłe ciasto z owocami

Brak komentarzy

Zachciało mi się ZWYKŁEGO  ciasta z owocami.

Takiego niewycudowanego,  prostego, dobrego do kubka kawy z mlekiem czy herbaty.

Kupiłam na placu morele, wiśnie i śliwki. I właśnie z tymi owocami miało być to ciasto.

Zaczęłam od przejrzenia mojej kulinarnej biblioteki, ale zupełnie nie miałam nastroju do dokładnego śledzenia  jej zawartości. Chciałam mieć szybko przepis i tyle.

W związku z tym, że na nic godnego uwagi nie natknęłam się podczas tych szybkich poszukiwań,  postanowiłam zdać się na własne doświadczenie i zrobić coś po prostu „z głowy”.

Na maśle, jajkach, cukrze demerara można zawsze polegać, więc  jest tylko pytanie: ile czego i  sprawa załatwiona.

No i wiadomo również, że żeby było smacznie,  nie można oszczędzać na maśle 🙂

Włączyłam piekarnik i zabrałam się do przygotowania ciasta.

Umyłam, wypestkowałam i pokroiłam śliwki i morele, wiśnie wydrylowałam .

W misce przy pomocy miksera dobrze ubiłam jajka z cukrem demerara i ekstraktem z wanilii, aż masa zrobiła się puszysta.

Rozpuściłam masło.

Mąkę wymieszaną z proszkiem do pieczenia  i połączyłam z ubitymi jajkami, na koniec wlałam rozpuszczone masło i  całość jeszcze miksowałam chwilę, aż stanowiło jednolitą masę.

Tortownicę  wyłożyłam krążkiem papieru do pieczenia, a następnie przełożyłam do niej ciasto.

Na wierzchu ułożyłam owoce, można je lekko wcisnąć, żeby nie zostały całkiem na wierzchu i żeby trochę „wtopiły” się w ciasto (no chyba że  tak chcecie, żeby były całkiem na wierzchu).

Wstawiłam do piekarnika nagrzanego do 180 stopni i piekłam około 40 minut.

Jeśli zauważycie, że owoce zaczynają się zbytnio rumienić, a patyczek włożony do ciasta jest całkiem mokry,  można całość przykryć folią aluminiową,  żeby ciasto nie przypiekało się zbytnio z wierzchu. Przed końcem należy jednak zdjąć folię i pozwolić mu nieco się zrumienić .

Gdy patyczek wbity w ciasto wyjdzie z niego suchy, ciasto jest gotowe.

Jeszcze tylko dobrze popudrować  cukrem pudrem  z wierzchu  i można jeść!

Zwykłe ciasto z owocami

300g mąki

200 g cukru demerara

195 g masła

naturalny ekstrakt waniliowy

3 jajka

1 1/2 łyżeczki proszku do pieczenia

około 500g wypestkowanych owoców

cukier puder do posypania

P.S. Bardzo smaczne wyszło to zwykłe ciasto 🙂

Basia

Kurki z cukinią

Brak komentarzy

Nie doczekałam się jeszcze naszej ogrodowej cukinii, pogoda się zepsuła tak skutecznie, że o dojrzewaniu owoców i warzyw można zapomnieć na razie.  Trudno jednak pohamować apetyt na cukinię i  jeśli już taki jest, po prostu trzeba ratować się  kupioną na straganie.

Bardzo to przyjemny czas, gdy  widzi się cenę 2,50 zł za kilogram cukinii. A może i niższą nawet…

Tak więc oczywiście kupiłam cukinię, a gdy wróciłam do domu zastałam w kuchni sprezentowane przez Kolegę mojego Męża pudełko kurek. Świetnie! Połączenie cukinii i kurek, to para niemal doskonała! I choć nie było wątpliwości, co w związku z tym ugotuję,  przypomniałam sobie taki lipiec  wiele lat temu, kiedy razem z moim Mężem uczestniczyliśmy w obozie młodzieżowym, który odbywał się gdzieś w jakimś fińskim lesie. Urodzaj grzybów był tam nieprawdopodobny, ale zbieraliśmy je chyba tylko my.  Było zatrzęsienie  kurek i kozaków.  Zasada zbierania była taka: zbieramy tylko to, co rośnie nie dalej, niż metr od ścieżki.

A poważnie mówiąc nie bylibyśmy po prostu w stanie zebrać wszystkich grzybów, które widzieliśmy.  Kozaki  suszyliśmy na kaloryferach, korzystając z zimnej pogody i włączonego ogrzewania.  W rezultacie w charakterze pamiątek przywieźliśmy  do Polski sznury suszonych grzybów.

A kurki smażyliśmy na maśle i zjadaliśmy od razu! To była prawdziwa poezja!  Może trochę też za zasługą fińskiego masła Lurpak? 🙂

Tyle wspomnień. Wracam do moich kurek zapiekanych z cukinią!

To jest bardzo proste i  zarazem niezwykle wdzięczne danie, szczególnie dla miłośników kurek.

Pojawiło się u nas w domu, bo moja Córka  gdzieś w jakiejś restauracji  zjadła kiedyś  kurki z cukinią i zażyczyła sobie takich w domu. Oczywiście nie było przepisu, tylko zapamiętany przez nią smak i jedynie podejrzenie, co tam mogło jeszcze być. W ten sposób powstało to danie, które  od pierwszego razu weszło do naszej kuchni na stałe. Zimą kupuję drogie mrożone kurki i drogą cukinię, żeby je przygotować. Ale teraz mamy przecież sezon na kurki i tanią jak barszcz cukinię, więc śpieszmy korzystać z tych darów!

Kurki zapiekane z cukinią i parmezanem

średnia cukinia pokrojona w kosteczkę

około 350 g kurek( doskonale umytych i ewentualnie pokrojonych, jeśli są duże)

cebula drobno posiekana

szczypta chili, sporo pieprzu świeżo zmielonego

rozgnieciony ząbek czosnku

250ml śmietanki kremówki

sól i szczypta cukru do smaku

ocet winny ( około 1 łyżeczki)

30 g utartego  parmezanu

oliwa do smażenia

Rozgrzałam piekarnik do około 180 stopni.

W naczyniu do zapiekania położyłam na dnie posiekaną cebulę a na niej cukinię.

Na patelni rozgrzałam około 2 łyżek oliwy i wrzuciłam na nią kurki, podsmażyłam je przez około 10 minut. Doprawiłam solą, pieprzem, chili, czosnkiem i dodałam śmietankę, na koniec dodałam ocet winny i wymieszałam dobrze. Chwilkę całość pogotowałam, żeby śmietanka trochę zgęstniała.

Przełożyłam kurki do naczynia z cukinią, posypałam parmezanem i wstawiłam do piekarnika.

Piekłam około ½ godziny. W tym czasie parmezan stworzył złocistą skorupkę, cukinia była jeszcze ciągle jędrna ale już gotowa do jedzenia. Wyjęłam  danie z piekarnika, posypałam świeżą bazylią i podałam.

Pycha!

I bardzo chętnie z białym winem!

Basia

Owsiane muffinki

Brak komentarzy

Właściwie, to całkiem jestem zadowolona, że pogoda się zmieniła i ochłodziło się.

Wprawdzie uwielbiam lato i wysokie temperatury, ale  też bardzo już stęskniłam się za pieczeniem.

Spadek temperatury na zewnątrz o kilkanaście stopni dał mi wreszcie możliwość włączenia piekarnika.

Zaczęłam zastanawiać się nad tym, co upiec? Na co mam ochotę?

Pomyślałam, że przy tej pogodzie chętnie zjadłabym coś niekoniecznie  bardzo letniego i jednocześnie  niezbyt słodkiego.

Poszukałam w moich książkach kucharskich jakiegoś odpowiedniego przepisu i znalazłam  u Lindy Collister w „Cakes and bakes” recepturę,  która wydała mi się na dziś interesująca, owsiane muffinki z brzoskwinią

To może być doskonałe śniadanie dla tych, którzy lubią je jadać na słodko, albo może stanowić  niezłą alternatywę porannego posiłku dla jedzących muesli  lub inne płatki .

Można je również zjeść jako dodatek do herbaty czy kawy, na przekąskę czy podwieczorek.

Bardzo dobrze smakują z dodatkiem dżemu malinowego albo jeżynowego.

Myślę, że również można te muffinki posmarować masłem orzechowym albo nutellą.

Najlepiej jeść je kiedy są jeszcze ciepłe, a jeśli zostaną do następnego dnia, to  można przed podaniem włożyć je do nagrzanego piekarnika na chwilę.

I tak pewnie jutro zrobię 🙂

Owsiane muffinki z brzoskwiniami

na 12 sztuk

100 g płatków owsianych

300ml kefiru ( w oryginalnym przepisie była maślanka, ale ja miałam w domu tylko kefir)

50 g cukru demerara

50 g ciemnego cukru muscovado

( w oryginale był jasny muscovado, ale nie miałam takiego, więc dałam pól na pół ciemny i demerarę)

1 jajko

200 g mąki

90 g roztopionego masła ( można dać zamiast masła olej roślinny)

1 łyżeczka  proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

½ łyżeczki gałki muszkatołowej mielonej

½ łyżeczki cynamonu

2 dość dojrzałe brzoskwinie, wypestkowane i  pokrojone w kostkę

Włączyłam piekarnik, żeby się nagrzał do około 200 stopni

Do miski wsypałam płatki i zalałam je kefirem na około 15 minut. Dodałam  cukier, jajko, proszek do pieczenia, przyprawy i roztopione masło i wymieszałam dobrze.  Na koniec dodałam pokrojone brzoskwinie i szybko jeszcze raz wymieszałam.

Masę przełożyłam do formy na muffinki  wyłożonej papilotkami,  wstawiłam do piekarnika.

Po około 20 minutach sprawdziłam patyczkiem czy już się upiekły, a następnie  wyjęłam je z piekarnika i zostawiłam żeby przestygły nieco. Przełożyłam muffinki na talerz i zgodnie z zaleceniem spróbowałam ich z domowym dżemem od Ewy , zanim  jeszcze zdążyły wystygnąć.

Basia

Kalafior zamiast cukinii

Brak komentarzy

Nie mogę się doczekać  naszej cukinii!

W zeszłym roku moja Koleżanka Ewa sprezentowała mi sadzonki  dyni.

To było dosyć późno  latem i dynie nie zdążyły dobrze dojrzeć. Były takie małe,  że nie zorientowałam się nawet,  że to są dynie. Byłam przekonana, że to są żółte cukinie.  Było ich całe mnóstwo z jednej sadzonki. Zebrałam  parę razy takie niewielkie owoce i ugotowałam z nich bardzo pyszne dania. Była zapiekanka z kurek i (jak mi się wydawało) z cukinii, było gratin z dodatkiem cukinii i coś tam jeszcze.

Wszystko było naprawdę bardzo smaczne.

Mając to w pamięci moja Córka postanowiła zrobić własne sadzonki  cukinii w tym roku.

Posiała, wykiełkowały, rozsadziła je i w końcu posadziła w ogrodzie.

Rosną jak na drożdżach!

Nie mogę się doczekać, kiedy dorosną na tyle, żeby je zebrać.

Sprawdziłam dziś, poniżej kwiatów są wyraźne owoce, ale niestety jeszcze muszę trochę  poczekać …

Tymczasem kupiłam kalafiora i śliwki, pierwsze śliwki, to  jeszcze nie są węgierki.

Zrobiłam bardzo ulubioną przez mojego Męża  sałatkę.

Pewnie to jest  dla niektórych dziwne połączenie, ale  uwierzcie mi, że bardzo interesujące!

Kalafior, śliwki, cebula, orzechy i majonez. No i trochę przypraw, oczywiście.

Zdecydowanie najlepsze do tego są  śliwki węgierki, ale jeśli nie ma tego,  co się lubi… trzeba użyć tego, co jest.

Dlatego  dzisiejsza sałatka z kalafiorem ma w sobie letnie śliwki.

Sałatka z kalafiorem i śliwkami

niewielki świeży kalafior

około 250 g wypestkowanych śliwek, najlepiej węgierek

2 spore łyżki  majonezu ( ja jestem wierna Dekoracyjnemu z Winiar)

cebula

około 80 g orzechów włoskich

około ½  łyżeczki czarnuszki ( do kupienia w sklepach zielarskich)

sól, cukier, pieprz

ewentualnie ocet winny

Kalafiora pokroiłam na małe różyczki, posiekałam drobno cebulę, śliwki pokroiłam w paseczki, orzechy posiekałam grubo.

Wszystko wymieszałam z majonezem, dodałam przyprawy, wymieszałam jeszcze raz i wstawiłam do lodówki.

Jeśli przygotujecie sałatkę znacznie wcześniej( kilka godzin) to po wyjęciu z lodówki trzeba ją koniecznie jeszcze raz doprawić. Szczególnie, jeśli użyliście takich letnich śliwek, jak ja. One są znacznie bardziej soczyste niż węgierki i  puszczają więcej soku, doprawienie wtedy będzie niezbędne.

Basia

Maliny i porzeczki

Brak komentarzy

Nie mogę się oprzeć malinom. Kiedy je widzę na straganie, muszę  kupić!

Część zjadam od razu, ale zawsze myślę, że coś powinnam z nich jednak zrobić.

Maliny najlepsze są świeże. Bezwzględnie.

Ale oczywiście zimą mogą być tylko zamrożone, więc zajmę się niedługo mrożeniem malin na zimę. Teraz jednak, kiedy jest dopiero początek ich pysznego sezonu, chcę korzystać z nich do woli! I nie widzę możliwości, żeby mi się przejadły

Więc zanudzam domowników deserami z malinami.

Tym razem deser w pucharkach z wyłącznie letnich owoców:  malin, czerwonych i czarnych porzeczek.

Poza owocami jest tam tylko śmietana, cukier i wanilia.

Może spróbujecie?

Deser malinowo- porzeczkowy

niezbyt duże porcje dla 3 osób

na krem:

85 g śmietanki kremówki (dałam taką 36%)

85 g  kwaśnej śmietany 18%

2 kopiate łyżki cukru pudru

naturalna esencja waniliowa

na sos:

około 200 g czarnych porzeczek

3 łyżki cukru ( ja dałam tyle, ale jeśli macie inne preferencje dotyczące słodkości, to może trzeba zmodyfikować te ilość)

1 łyżka śmietany  kwaśnej 18%

owoce:

pełna  dowolność , ja dałam tyle:

ok. 300g malin

ok. 50 g porzeczek czerwonych

garstka  czarnych porzeczek, takich największych i najsłodszych

W naczyniu ubiłam śmietankę kremówkę, dodałam cukier i esencje waniliową. Następnie dodałam kwaśną śmietanę.

Do  3 pucharków  włożyłam porcję kremu, na kremie położyłam owoce.

W malakserze utarłam czarne porzeczki z cukrem, przetarłam je przez sito, żeby pozbawić  je skór i pestek, następnie dodałam łyżkę śmietany i dobrze wymieszałam (można nie dawać śmietany, wersja sosu wyłącznie owocowa  jest równie pyszna).

Porzeczkowym  sosem polałam ułożone w pucharkach owoce.

Ozdobiłam listkami świeżej melisy i pojedynczymi  gronami porzeczek wraz z szypułkami.

Basia

Buraczany chłodnik z jogurtem i ogórkami

Brak komentarzy

Ciągle ciepło. Gorąco! Lato trzyma.

Ja nie narzekam, lubię lato.

Jest  ciepły wieczór, siedzę przed domem  na tarasie, na stole palą się świece, słyszę grające  świerszcze. Czego można więcej chcieć?

No chyba tylko tego, żeby nie gryzły komary!

A trzeba przyznać, że ich aktywność w tym roku jest dotkliwa.

Już pisałam o tym, że przy takiej pogodzie, jaka obecnie panuje, moja działalność kulinarna  jest z konieczności znacznie ograniczona.

Pozostaję w większości przy sałatkach, chłodnikach, ewentualnie przy daniach grillowanych  wieczorem w ogrodzie, jeśli jest taka sposobność.

Nie piekę, nie gotuję długo i nie smażę prawie nic.

Ani to przyjemność stać w taką pogodę przy kuchni, ani apetyty domowników nie są nastawione na takie jedzenie.

Dla mnie sałata z pomidorami, cebulką, ogórkiem, świeżymi ziołami  i jakimś fajnym serem doskonale spisuje się w roli konkretnego posiłku.

Moja rodzina potrzebuje wprawdzie czegoś więcej, ale przy takiej pogodzie nie kręci nosem na chłodnik. Wręcz przeciwnie.

Ten, który przygotowałam dziś,  jest chyba najbardziej ulubionym.

To jest jakby „ kompilacja” chłodnika litewskiego,  bułgarskiego taratoru i innych dodatków.

Można tu trochę pofantazjować.

Potrzebny jest kefir albo jogurt, świeże ogórki, czosnek i  oliwa. Do tego troszkę barszczu czerwonego ( kwasu  albo koncentratu buraczanego) i koperku. Wszystko zmiksowane dobrze.

A poza tym dodatki według uznania, może być jajko na twardo, posiekana w paseczki szynka, kawałki pokruszonego sera pleśniowego, albo utartego parmezanu, drobna fasolka ugotowana albo grzanki z bułki czy bagietki. Chyba ze coś innego Wam przyjdzie jeszcze do głowy.

Dodatki wkłada się do miseczki, wlewa zmiksowany i schłodzony  chłodnik, jeszcze coś na wierzch: grzanki, utraty ser, czy zioła i jedzenie gotowe.

Buraczany chłodnik z jogurtem, ogórkami  i czosnkiem

na 2 spore porcje

ok. 400g opakowanie zimnego jogurtu lub kefiru ( ja dałam gęsty jogurt bałkański, pycha!)

około 200g ogórków świeżych

2 łyżki oliwy extra vergine

duży zgnieciony ząbek czosnku

sporo posiekanego świeżego koperku  (część zostawić  do posypania wierzchu)

2 łyżki koncentratu buraczanego albo kwasu buraczanego

sól, łyżeczka cukru

dodatki na 2 porcje ( które ja dałam)

około 70 g posiekanej szynki

2 jajka

20-30 g sera gorgonzola pokruszonego

Wszystkie składniki chłodnika zmiksowałam dobrze i wstawiłam do lodówki.

Ugotowane na twardo i pokrojone jajka oraz posiekaną szynkę  włożyłam do miseczek.

Wlałam zimny chłodnik.

Położyłam na wierzchu pokruszony ser, posypałam   pozostałym posiekanym koperkiem i podałam.

Można naprawdę wymyślać przeróżne inne dodatki :  pomidorki koktajlowe, albo pokrojone na mniejsze kawałki pomidory, fasolka biała z puszki albo ugotowana wcześniej, dowolne ulubione zioła, grzanki  z bułki z oliwą czosnkową,  podsmażony i chrupiący boczek, ser kozi , utarty parmezan albo pecorino albo jeszcze inny.

Albo najprościej – kawałek  dobrego świeżego chleba lub bagietki.

Smacznego,

Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress