Babeczki-muffinki w kolorowych papierkach

Brak komentarzy

Pobyt w Londynie oczywiście  nie mógł  być pozbawiony  wizyty w Foyles.

Pisząc o sushi, opowiadałam Wam o fantastycznej księgarni londyńskiej, gdzie mogłabym spędzić naprawdę dużo czasu! To właśnie jest Foyles.

Niestety, tym razem miałam absolutnie za mało czasu na wizytę tam.

Dlatego musiałam w ekspresowym tempie podjąć decyzję, co kupić?

Ale  jeśli ktoś z Was tam kiedyś był, to doskonale wie, że było to niezwykle trudne zadanie.

W rezultacie zdecydowałam się (między innymi 🙂 ) na uroczą książkę Lindy Collister „Cakes & bakes, from my mother’s kitchen”,  pełną przepisów na babeczki, muffinki, brownies, cookies, cakes and pies.

Dziś postanowiłam ją wypróbować.

W związku z tym, że moja Córka kupiła kilka dni temu w Ikei  prześliczne papilotki i żądała ich wykorzystania, wybór był dość prosty.

Polegał jedynie na wybraniu jednego z  dziesięciu chyba  przepisów na takie wypieki.

Tym razem padło na babeczki z orzechami włoskimi i syropem klonowym.

A właściwie,  w oryginalnym przepisie były pekany. Nie miałam ich, więc użyłam orzechów włoskich.

Poza tym były jeszcze drobne ,  kosmetyczne modyfikacje i babeczki gotowe!

Przepis jest przewidziany na standardowej wielkości papilotki do muffinów. Te z Ikei są  śliczne, ale też i większe niż zwykle. Dlatego zrobiłam ich 10 a nie 12, jak zwykle.

Są pyszne!

Babeczki z syropem klonowym i orzechami  włoskimi

na 12 standardowej wielkości muffinek

115 g miękkiego masła

50 g cukru demerara

150 ml syropu klonowego

2 jajka

115 g maki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

60 g orzechów włoskich posiekanych grubo

dekoracja

około  12 wyprażonych na suchej patelni połówek orzechów , mogą być całe albo posiekane

spora łyżka masła orzechowego

spora  łyżka  syropu klonowego

Rozgrzałam piekarnik do  180 stopni.

W misce ubiłam masło z cukrem, gdy masa była gładka,  dodałam syrop klonowy i dalej ubijałam. Dodałam po jednym jajku ciągle ubijając. Następie dodałam mąkę z proszkiem do pieczenia i dalej miksowałam . Na końcu dodałam jeszcze  orzechy i miksowałam przez chwilę.

Do formy do muffinów  włożyłam papilotki i do każdej włożyłam porcję ciasta.

Piekłam około 15-30 minut, aż babeczki miały złoty kolor, a patyczek wbity w nie był suchy.

Wyjęłam z piekarnika i zostawiłam, żeby wystygły.

W miseczce wymieszałam masło orzechowe z syropem.

Gdy babeczki wystygły, każdą  z wierzchu posmarowałam masłem z syropem i położyłam na wierzchu posiekane orzechy.

Polecam!

Basia

Szparagi po flamandzku z brytyjskim akcentem

1 komentarz

Powrotna droga z Wyspy wiodła przez Brukselę, gdzie gościliśmy u Naszej Kochanej Bożenki.

Bruksela okazała się uroczym miastem  z piękną architekturą, średnio przyjemną pogodą i zupełnie nieprzyjaznymi cenami.

Nie było wiele czasu, żeby  zobaczyć dużo więcej niż Manneken Pis ( siusiającego chłopca ) i  Jeanneke Pis (siusiającą dziewczynkę), a tym bardziej żeby poznać zwyczaje flamandzkie.

Jednak  mimo wszystko  udało nam  się napić belgijskiego piwa ( podobno warzy się tu ponad 700 jego gatunków !) i  spróbować, korzystając z tej pory roku, szparagów po flamandzku.

Ja jestem fanką wina, więc na temat walorów smakowych piwa nie będę się specjalnie wypowiadać, natomiast jeśli chodzi o szparagi, to chętnie o nich opowiem. Zamówione w typowym  brukselskim pubie szparagi po flamandzku, to były  ugotowane białe szparagi polane masłem i posypane siekanymi drobno ugotowanymi na twardo jajkami,  wymieszanymi z posiekaną natką pietruszki i gałką muszkatołową.

Okazało się , że Moja Córka właśnie kupiła szparagi! Ona jest ich miłośniczką i od dawna czekała na szparagowy sezon.

Pomyślałam, że w takim razie jest dobra okazja zrobić po mojemu  te,  poznane w Brukseli , szparagi po flamandzku.

Jako, że wydają mi się troszkę mało wyraziste w tej formie, postanowiłam dodać im brytyjskiego charakteru, czyli odrobinę cheddar cheese.

A w związku z tym, że część rodziny nie przepada za natką pietruszki, pominęłam ją i użyłam siekanej cebulki dymki

Bardzo mi  się podobały szparagi  w tej wersji. Zarówno w smaku,  jak i w aspekcie ekonomicznym 🙂 !

Szparagi po flamandzku z nutą brytyjską

500g szparagów ( ja użyłam zielonych, takie bardziej lubimy)

3 jajka ugotowane na twardo

spora szczypta gałki muszkatołowej

sól

pieprz świeżo zmielony

łyżka masła

sok z cytryny- około łyżki

około 2 łyżki utartego sera cheddar

sól  i szczypta  cukru do gotowania szparagów

cebulka dymka posiekana, około 2 łyżek

Szparagi ograłam, odcięłam zdrewniałe końce i ugotowałam w osolonej i  delikatnie  posłodzonej wodzie, aż były miękkie ale nie rozgotowane.

W tym czasie roztopiłam na delikatnym ogniu masło i dodałam do niego sok z cytryny. Ugotowałam na twardo jajka, obrałam i posiekałam je drobno.

Wymieszałam jajka w misce razem  z pieprzem i gałką muszkatołową, dodałam przestudzone masło, posiekaną dymkę i utarty cheddar.

Ugotowane szparagi ułożyłam w wystarczająco długim naczyniu i położyłam na nich przygotowaną  właśnie „pierzynkę” z jajek i przypraw.

Spróbujcie tej wersji szparagów koniecznie teraz, kiedy jest sezon i  można jeść je codziennie, a przy tym  sobie poeksperymentować .

Według mnie odrobina sera bardzo dobrze zrobiła pierwotnej recepturze

Basia

Sałatka Cezara inaczej

Brak komentarzy

Dawno  nic nie pisałam, bo byłam na wycieczce!

To była podróż do Londynu samochodem, więc trochę czasu zabrała. Pierwszy raz w życiu przebyłam tę drogę  samochodem.

Kiedyś, gdy byłam małym dzieckiem,  pojechałam  z Mamą do Londynu pociągiem,  a poza tym zawsze  tam podróżowałam samolotem.

Wyjazd samochodem ma zarówno wady,  jak i zalety.  Jest męczący – to wada,  ale sprawia, że się jest bardziej mobilnym na miejscu. Dzięki temu, że mieliśmy samochód do dyspozycji, mogliśmy łatwiej dotrzeć do niektórych atrakcji nieleżących w samym mieście.

Problem był z parkowaniem, bo w całym Londynie są tylko płatne strefy parkowania w ciągu dnia. Ale wykupione przez internet na stronie www.parkatmyhouse.com miejsce parkingowe  na prywatnym parkingu (wprawdzie oddalonym o około kilometr od mieszkania) rozwiązało kwestię parkowania.

Pewnie wielokrotnie będę tu wracać do tego  naszego ostatniego wyjazdu, bo jak wszyscy wiemy podróże kształcą i ten wyjazd też nauczył mnie różnych rzeczy.

Bardzo lubię,  będąc gdzieś za granicą,   podpatrywać to i tamto w normalnym życiu ludzi. Szczególnie fascynują mnie zwyczaje kulinarne. Co i jak  ludzie jedzą w domu, w restauracji, na śniadanie, na kolację, na imprezie  etc.

Kiedy byliśmy z Kuzynem i jego  Dziewczyną na lunchu  w jakimś barze na Chiswick spodobało mi się nowe wcielenie sałatki Cezara, które tam poznałam.

Nie pisałam tu nigdy o sałatce Cezara, ale to jest  naprawdę doskonała sałatka, którą wielokrotnie robiłam i która jest bardzo lubiana w mojej rodzinie.  To klasyk, o którym kiedyś napiszę , ale dziś powiem tylko o tym, wcześniej wspomnianym jej  wydaniu brytyjskim .

Chicken Caesar Wrap

na 3 porcje

sałata. Powinna być rzymska, ale jeśli macie inną, to też może być. Ja dałam sałatę Baby Romaine, czyli rzymską w wersji  mini. Na 1 porcję powinna być duża garść pokrojonej na paski sałaty.

300 g – 350 g  filetu z kurczaka pokrojonego w kostkę o boku około 1,5 cm- 2 cm

60g cieniutkich plastrów boczku pokrojonych na paseczki

2-3 łyżki sosu Worcestershire

100g majonezu ( Dekoracyjny Winiary)

sól, pieprz

około 50 g parmezanu  świeżo utartego

oliwa lub olej do smażenia

3 placki tortilla pszenna o średnicy około 25-27 cm

Na patelni rozgrzałam oliwę i wrzuciłam pokrojonego kurczaka. Posoliłam i posypałam pieprzem. Po chwili smażenia dodałam pokrojony boczek i smażyłam,  aż kurczak był przysmażony,  a  boczek chrupiący.

Zdjęłam z ognia i wystudziłam.

Sałatę  umyłam, wysuszyłam  i pokroiłam.

W miseczce wymieszałam dobrze majonez i sos Worcestershire.

Utarłam parmezan.

W gorącym piekarniku ( ale można też na  patelni) podgrzałam placki tortilla, żeby były bardziej elastyczne podczas nadziewania.

W misce wymieszałam sałatę, usmażonego kurczaka z boczkiem, sos i połowę parmezanu.

Na każdym placku położyłam porcję sałatki zostawiając wolne brzegi po bokach i z jednego, dalszego  końca.

Zaczynając od  strony końca wypełnionego nadzieniem złożyłam boki do wewnątrz,  a następnie zwinęłam placek i  położyłam go (zostawiając wolny brzeg pod spodem )  na chwilę w gorącym piekarniku.

Po chwili wyjęłam  go ,  przekroiłam ukośnie, położyłam na liściach rukoli i posypałam pozostałym parmezanem.

Smacznego!

Basia

Kanapki na drogę!

komentarze 2

Uwielbiam jeść dobre rzeczy, jak wszyscy pewnie.

Ale jednocześnie uważam, że należy zachować umiar w jedzeniu. Niech cieszy jakość,  a nie ilość.

Doświadczyłam w swoim życiu wielu diet. Miałam okresy fascynacji różnymi pomysłami : dieta zgodna z grupą krwi, dieta proteinowa, oczyszczająca pszeniczna, niskotłuszczowa i wiele, wiele  innych.

Ostatecznie stwierdzam, że najlepsza dieta, to taka w której je się wszystko na co się ma ochotę, ale w rozsądnych ilościach.

Nie będę wmawiać sobie, że przeźroczyste mleko z 0,5% tłuszczu jest dobre, bo nie jest!

Margaryna do smarowania pieczywa też mi nie smakuje i nie przekonam się do jej smaku.

Ciasta bez jajek i bez tłuszczu po prostu nie mogą być dobre,  wszak tłuszcz jest nośnikiem smaku.

Dlatego zjem tylko  malutki kawałeczek, ale za to najlepszego tortu truflowego czy orzechowego, wypiję jeden kubek kawy z mlekiem 2% tłuszczu a nie dwa z chudym. Zjem kawałek bułki z masłem zamiast kilku kromek z Ramą.

Nie robią na mnie żadnego wrażenia cudowne przepisy na dania light. Każde danie może być niskokaloryczne, jeśli jest go odpowiednia ilość.

Nie mówię oczywiście o sytuacji, kiedy trzeba zredukować wagę z takiego czy innego powodu, ale o codziennej dobrze zbilansowanej diecie.

Budżet energetyczny działa podobnie jak finansowy.  Więc wolę zjeść malusieńki kawałeczek najlepszej i  jednocześnie drogiej czekolady, niż całą tabliczkę byle jakiej,  za te same pieniądze.

Dlatego w moich przepisach  jest masło, śmietanka kremówka , jajka i sery.

Nie muszę dopisywać  ideologii do tych receptur, bo jedzenie wykonane według nich jest po prostu dobre.

Jedzmy mniej,  ale smacznie.

I nawet jeśli danie nie wygląda na „odchudzające”, to mały kęs czy dwa nie zrujnują naszej figury.

Rozpisałam się trochę, a miało być o czymś innym…

O diecie w podróży.

I choć uważam, że  jeść należy z umiarem, to jednocześnie  w podróży nie można być głodnym. Podobno  kobiety, które najczęściej powodują  wypadki, to kobiety głodne! Z mężczyznami jest inaczej, ale oni zwykle nie głodzą się , tak jak kobiety. Tak czy owak długa podróż wymaga dobrego samopoczucia, więc  należy przygotować dobre jedzenie.  Odradzam jedzenie na stacjach  benzynowych  i  temu podobne.

Jestem zwolenniczka przygotowania dobrych  kanapek, z ulubionego chleba czy bułki, z dobrą wędliną czy serem, warzywami , jajkami, ziołami i masłem albo  preferowanym dressingiem.

Wtedy wiemy, co jemy!

Właśnie wybieramy się w podróż, która będzie trwała blisko dobę.

Zrobiłam kanapki z pełnoziarnistej bagietki  i doskonałego chleba prądnickiego.  Kto mieszka w Krakowie, to pewnie zna ten chleb, pieczony według średniowiecznej receptury. Nawet gdy jest całkiem świeży pozwala się kroić na cienkie kromki, jak rzadko który chleb. A potem  pozostaje świeży długo, długo…

W kanapkach była sałata, dwa rodzaje dobrej  szynki, ser brie i  ser pleśniowy, awokado, pomidory, świeży ogórek, dressing majonezowy i musztardowy , świeże zioła: bazylia i tymianek.

Bardzo lubię robić takie bogate kanapki  i  często robię je mojemu Mężowi, gdy służbowo wyjeżdża. On też je lubi! I tak się nimi chwali kolegom, że czasem muszę zrobić ich więcej, dla towarzyszy podróży mojego Męża.

Na naszą długą podróż zrobiłam całą torbę kanapek, do tego  są jeszcze jabłka,  pomidorki koktajlowe,  obrany ogórek pokrojony na kawałki , jajka ugotowane na twardo i  kawa w termosie.

A teraz w drogę!

Basia

Muffinki z owocami (dla Brata :-))

komentarzy 9

Obiecałam, że napiszę o muffinkach  z owocami,  więc dotrzymuję słowa.

Mój Brat strasznie chciał przepis na muffinki z borówkami, takie jakie są w Starbucks.

Tylko jest mały problem… ja nie zaopatruję tej sieci! Niestety (chyba).

Powiem więcej, nigdy tam nie jadłam muffinek.

Ale oczywiście  piekłam wielokrotnie przeróżne muffinki , bo bardzo to lubię robić.

Być może któryś z tych moich przepisów zadowoli mojego Brata. Zobaczymy.

Będę próbować.

Dziś pierwsza receptura:

Muffinki z borówkami i malinami I

na 12 sztuk

220g mąki

80 g masła roztopionego

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

1 jajko

80g cukru

szczypta soli

100g jogurtu naturalnego

100ml mleka ( ja dałam 2%)

w sumie około 200g borówek i malin ( ja teraz  dałam oczywiście mrożone)

naturalny ekstrakt wanilii (lub otarta skórka z cytryny albo z pomarańczy, wybierzcie to, co wolicie)

ewentualnie cukier puder do posypania gotowych muffinek

Rozgrzałam piekarnik do temperatury 200stopni.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia i sodę, cukier, sól. Wbiłam jajko, wlałam mleko i jogurt, roztopione masło i ekstrakt wanilii.

Szybko wymieszałam łyżką całą tę masę. Nie należy się przejmować  ewentualnymi grudkami, zupełnie nie mają znaczenia!

Wrzuciłam do masy owoce i szybko  ale jednocześnie dość  delikatnie wymieszałam,  żeby nie rozgnieść zbytnio owoców.

Do formy na muffiny włożyłam papilotki i do każdej nałożyłam porcję ciasta.

Włożyłam do piekarnika na około 20 minut.

Kiedy muffiny wyrosły i zarumieniły się,  wbiłam patyczek, żeby sprawdzić, czy są już upieczone.

Patyczek był suchy, więc wyjęłam je i wystudziłam.

Tak było tym razem,  natomiast poprzednio robiłam z następującego przepisu:

Muffinki z borówkami i malinami II

na 12 sztuk

250 g mąki

1 jajko

100ml świeżo wyciśniętego soku z pomarańczy

100ml mleka

skórka otarta z pomarańczy

80g roztopionego masła ( albo oleju roślinnego, tak też robiłam)

80g cukru

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

w sumie około 200g malin i borówek

Sposób przygotowania taki , jak w poprzednim przepisie.

Proszę, spróbujcie i dajcie znać, co myślicie o tych  muffinkach.

Basia

Banana bread

Brak komentarzy

Dziś miałam zrobić coś zupełnie  innego. Miały być muffinki z owocami na specjalne zamówienie mojego Brata.

Okazało się jednak, że drzwi do zamrażarki były niedomknięte. Przez dobrych kilka godzin, niestety!

Wiecie, co to znaczy?

Oczywiście rozmroziło się to i owo!

Sprawdziłam szybko sytuację i okazało się, że rozmroziło się kilka rzeczy na najwyższej półce.

Czyli wszystko zgodnie z prawem fizyki 🙂

Jeśli chodzi o to, co było na górnej półce i uległo (przynajmniej częściowemu) rozmrożeniu, to sprawa ma się następująco: lody waniliowe, banany  ( pisałam o tym kiedyś, że często zamrażam obrane, dojrzałe banany, a potem z nich robię na przykład  koktajl ) i żurawiny.

I co tu można uratować?

Banany były dość miękkie i z pewnością nie nadawały się do tego, żeby z powrotem zamrozić  je.

W związku z tym zaczęłam szybko myśleć, co można z nich zrobić?

Zrobiłam  wprawdzie koktajl, ale bananów było  w sumie około pól kilograma, więc znacznie więcej niż potrzeba na koktajl…

Szybko podjęłam decyzję: banana bread!

Pierwszy raz go piekłam.

Do tej pory wielokrotnie czytałam tu i tam przepisy na takie ciasto. Nigdy jednak nie zdecydowałam się go upiec.

Tym razem jednak nie było wyboru, były banany  do zużycia i tyle.

I bardzo dobrze!

Super fajne ciasto wyszło.

Bardzo jestem zadowolona, że ktoś nie domknął zamrażarki… Może nawet ja?

Jeśli nie mieliście do tej pory doświadczeń z takim wypiekiem, to spróbujcie. Warto, z pewnością.

Poza tym, że ciasto jest naprawdę  bardzo smaczne, to na pewno może poleżeć sobie co najmniej  kilka dni i nic mu to nie zaszkodzi. Wręcz przeciwnie. Czas działa na jego korzyść!

Bracie, wybacz!

Muffinki będą jutro, słowo!

A tymczasem upiecz banana bread, przecież wiem, że lubisz banany 😉

Banana bread

na formę do keksu dł.około 25cm

175 g mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

½ łyżeczki sody oczyszczonej

szczypta soli

125 g roztopionego masła

150g cukru

2 jajka

około 300g bardzo dojrzałych bananów ( waga obranych bananów)

naturalny ekstrakt wanilii

około 80-90 g orzechów włoskich ( obranych i posiekanych grubo)

Rozgrzałam piekarnik do około 170 stopni.

W misce wymieszałam mąkę, proszek do pieczenia, sól , sodę i cukier.

W blenderze wymieszałam dobrze jajka, banany, masło, wanilię.

Zmiksowaną masę wlałam do mąki i dobrze wymieszałam. Dodałam orzechy i przełożyłam ciasto do formy wyłożonej papierem do pieczenia i włożyłam do piekarnika na około godzinę.

Gdy ciasto było rumiane, a patyczek włożony w nie – suchy, wyjęłam je i zostawiłam do wystygnięcia.

Następnie wyjęłam z formy i … musiałam spróbować.

Bardzo fajnie, że banany się niespodziewanie rozmroziły!

Basia

Szpinakowe kulki z mielonego mięsa

1 komentarz

Dziś na placu kupiłam u Pani Celiny nowy szpinak i bukiecik szafirków u Pana Józia.

To znaczy, że jest już prawdziwa wiosna!

Za oknem też już ją dobrze widać, w moim ogrodzie kwitnie forsycja, czereśnia, wiśnia japońska i pigwowiec. Niedługo zakwitną śliwy i jabłonie

Myślę, że to chyba najpiękniejsza pora  w ogrodzie, kiedy kwitną drzewa i krzewy.

Potem już nie będzie tak kolorowo.

I nie będzie tak pachniało…

Ale najważniejsze, że przed nami  przecież jeszcze dużo wiosny , a potem  całe lato!

Tymczasem  jednak wróćmy do szpinaku

A właściwie do kulek z mielonego mięsa ze świeżym szpinakiem.

To jest  naprawdę ciekawe połączenie.

Szpinak dodany do mięsa sprawia, że mięso pozostaje wilgotne i soczyste nawet po usmażeniu.

Szpinakowe kulki z mielonego mięsa

400g mielonego mięsa, u mnie znów było pół na pół chude wołowe i wieprzowe

około 250-300 g liści szpinaku (ważone już  po usunięciu łodyg)

60g parmezanu świeżo utartego

2 jajka

2 ząbki czosnku

sól

pieprz świeżo zmielony

listki świeżego tymianku

mąka do obtoczenia kulek

oliwa do smażenia

Liście szpinaku wrzuciłam na gotującą się wodę. Po paru minutach wyjęłam, położyłam na sitku i zostawiłam, żeby odciekły i wystygły. Ostudzone pokroiłam na paski  około 2 cm szerokości i jeszcze raz położyłam na sitku, przycisnęłam lekko, żeby odciekł cały sok.

W misce wymieszałam mięso,  jajka, rozgnieciony czosnek, parmezan, sól, pieprz, szpinak, listki tymianku.

Z masy mięsno-szpinakowej formowałam kulki o średnicy około 3 cm, obtoczone w mące.

Na dużej patelni rozgrzałam oliwę, kładłam  kulki i smażyłam ze wszystkich stron odwracając  je często.

Do kulek przygotowałam sos z jogurtu naturalnego (ok.300g), czosnku, posiekanych listków bazylii, tymianku, cebulki dymki z dodatkiem octu winnego, soli, szczypty cukru i łyżeczki majonezu.

Smacznego,

Basia

Baba Ghannoug

Brak komentarzy

Mam słabość do kuchni arabskiej, to wiecie już.

Rok spędzony w Egipcie, a potem wielokrotne wakacyjne pobyty tam pozwoliły mi rozkochać się w tamtejszych przysmakach .

Pisałam już o paru z nich.Dziś kolejny pomysł kuchni śródziemnomorskiej, po arabsku ﺑﺎﺑﺎ ﻏﻨﻮﺝ  (fonetycznie  bābā ġanūj), w Egipcie zwany Baba Ghannoug .

To jest pasta albo dip, jak wolicie. A w Egipcie nazywają to sałatką i podają z arabskim chlebem, który macza się w tym sosie i w ten sposób zjada. Uwielbiam to!

Podobnie jak hummus (który znów wspominam 🙂 ) i tahinę, czyli sos z pasty sezamowej.

Wszystkie wspomniane wyżej łączy owa pasta sezamowa.  Fantastyczny wynalazek.

Pastę sezamową można kupić w sklepach ze zdrową żywnością albo z orientalną. Ja najchętniej przywożę duże opakowanie z Egiptu i mam je do kolejnego wyjazdu. Ale  sprawdziłam i wiem, że gdyby było trzeba uzupełnić zapasy wcześniej , to na szczęście już można kupić pastę sezamową w naszych sklepach.

Baba Ghannoug robi się tylko  z bakłażana, pasty sezamowej i przypraw.

Bakłażana włożyłam do nagrzanego do 250 stopni piekarnika i piekłam około 1 godziny, odwracając parę razy .

Gdy był miękki wyjęłam go z piekarnika i włożyłam do zimnej wody z dodatkiem octu winnego, żeby przestygł( i nie sczerniał, dlatego dodany był ocet). Następnie bakłażana obrałam ze skóry .

Miąższ położyłam na sitku, żeby odciekł sok.

W misce dobrze rozgniotłam widelcem odciśniętego bakłażana, tworząc  prawie jednolitą masę.

W osobnej miseczce przygotowałam sos sezamowy, zmieszałam pastę sezamową z zimną wodą i dobrze wymieszałam.  Uwaga, dodanie wody do pasty sezamowej spowoduje, że pasta zgęstnieje !

Trzeba dodać  jeszcze  więcej wody, żeby sos był rzadszy.

Sos sezamowy połączyłam z rozgniecionym bakłażanem i przyprawiłam czosnkiem, sokiem z cytryny, solą i  cukrem.  Z wierzchu polałam oliwą extra vergine i posypałam siekaną natką pietruszki.

Wprawdzie nie miałam dziś arabskiego chlebka, ale świeża sztangla chłopska z piekarni Pawlaka spisała się prawie równie dobrze. Prawie…

Chyba trzeba już  pomyśleć o wakacjach!

Basia

Baba Ghannoug

1 spory bakłażan

około 80-100g pasty sezamowej

rozgnieciony ząbek czosnku

ok.2 łyżki soku z cytryny, sól, szczypta cukru

oliwa extra vergine do polania z wierzchu (1-2 łyżki)

Focaccia

Brak komentarzy

Obiecałam niedawno, że napiszę  o focaccii.

To bardzo fajny i niezwykle prosty  do wykonania pomysł na pieczywo. A przede wszystkim bardzo smaczny.

Bo kto  nie lubi świeżutkiej, wyciągniętej  właśnie z piekarnika gorącej, pysznej bułki?

Włosi wiedzą,  co dobre!

Focaccia doskonale sprawdza się jako element proszonej i raczej nieformalnej kolacji (może to być na przykład miła biesiada w przyjacielskim gronie).

Sprawdziłam to nie raz.  Naprawdę robi wrażenie!

Można ją zrobić bez żadnych dodatków,  przyprawiając jedynie solą i ziołami. Ja daję wtedy kminek i tymianek, najchętniej świeże listki.

Można jednak czasem pokusić się o inne dodatki. Często daję oliwki, zielone i czarne.

Moja rodzina lubi, kiedy w focaccii jest  cebula, zwykle czerwona.

Można też dać pokrojoną szynkę czy  suszone pomidory.

Trzeba tylko pamiętać, że dodanie ”mokrego” dodatku wydłuży czas pieczenia.

Ostatnia moja focaccia upieczona była z czerwoną cebulą, poprzednia  z oliwkami.

Trzeba zarezerwować dla niej trochę czasu, ale z pewnością warto to zrobić, bo efekt końcowy  znacznie przewyższa ten, jakiego można spodziewać się po nakładzie pracy włożonym w jej przygotowanie.

Focaccia

500g mąki pszennej( może być z pełnego przemiału )

40g drożdży świeżych (ewentualnie suszona równowartość  takich drożdży )

200ml ciepłej wody do rozrobienia drożdży

3łyżeczki cukru  (jw.)

plus około 200-300ml wody do wyrobienia ciasta

2 łyżeczki soli ( lub więcej, jeśli lubicie)

(ewentualnie jeszcze 2-3 łyżeczki cukru)

zioła według uznania,  np.: świeży tymianek, kminek, świeża bazylia, świeże oregano

2 łyżki oliwy do wyrobienia ciasta

plus oliwa do wysmarowania formy i polania focaccii  z wierzchu

oliwki  (20-30 sztuk)  przekrojone na pół lub 1 cebula pokrojona w piórka lub inny wybrany dodatek.

Drożdże wymieszałam z ciepłą wodą i cukrem, zostawiłam, żeby zaczęły rosnąć.

Do miski wsypałam mąkę, sól i  suszone zioła,  dodałam drożdże, które zaczęły już rosnąć, oliwę i wymieszałam wszystko dokładnie. Ciasto miało gęstą konsystencję, ale jednocześnie na tyle rzadką, że mieszałam je łyżką.

Wymieszane ciasto zostawiłam w ciepłym miejscu na około godzinę, żeby wyrosło.

Rozgrzałam  piekarnik do około 180 stopni.

Gdy ciasto rosło,  moja Córka pokroiła  czerwoną cebulę w piórka, a następnie dodała ją do wyrośniętego ciasta, dodała świeży tymianek  i jeszcze raz dobrze wymieszała.

Formę do pieczenia  ( około 30 X 40cm) wysmarowałam oliwą, przełożyłam do niej ciasto.

Rozłożyłam je w miarę równomiernie  na całą blachę, miało około 2 cm grubości . Z wierzchu pokropiłam ciasto oliwą i włożyłam do piekarnika.

Focaccia piekła się około godzinę, aż była złocista i chrupiąca z wierzchu , a patyczek włożony w nią pozostawał suchy.

Gdyby nie było dodatku cebuli, byłaby gotowa po około 40 minutach, z oliwkami również.

Focaccię można podawać do wszystkiego, do sałatek,  do mięs i solo też.

Pyszna jest jedzoną  z dobrą oliwą albo z masłem, można też ją podać z hummusem ( pisałam o nim w lutym) i to będzie z pewnością  bardzo dobre zestawienie!

Basia

Kolejne wcielenie bakłażana

komentarze 2

Wspominałam niedawno, że mam już trochę dość bakłażanów. To prawda. Mam do nich jednak dużą sympatię, więc nie obrażam się tak całkiem na nie jeszcze. W oczekiwaniu na wiosnę na straganach, znów kupiłam bakłażany.

Tym razem zrobiłam z nich roladki  nadziewane fetą i bryndzą.

Kompozycja fety z bryndzą była eksperymentem, którego wynik właściwie przewidziałam wcześniej.

Poprzednio takie roladki nadziałam samą fetą,  wyszły bardzo dobre.

Tym razem jednak miałam w domu bryndzę i nie miałam pomysłu na jej wykorzystanie, stąd ta historia.

Połączenie fety z bryndzą  okazało się bardzo interesujące.

Bakłażany pokroiłam wzdłuż na cieniutkie plastry. Naprawdę cienkie, około 0,5 -0,8 cm.

Usmażyłam je z obu stron na odrobinie oliwy, pozostawiłam, żeby wystygły.

W misce rozgniotłam widelcem fetę i bryndzę.  Dodałam posiekana cebulkę dymkę,  kawałeczek suszonej papryczki chili drobno pokruszony, 2 rozgniecione ząbki czosnku, łyżkę posiekanej bazylii, ½ łyżeczki cukru.

Na każdym plastrze bakłażana położyłam na końcu porcję nadzienia i zwinęłam . W naczyniu żaroodpornym ułożyłam roladki, skropiłam oliwą z pierwszego tłoczenia, octem winnym, położyłam listki świeżego tymianku, posypałam pieprzem  i wstawiłam do nagrzanego do 180 stopni piekarnika na około 40 minut.

Do  tego przygotowałam  bardzo u nas w domu lubiany sos tzatziki, ale można dać też jogurtowy sos czosnkowy, albo cokolwiek innego, co  tylko lubicie!

Do tego była też focaccia, ale o niej napiszę innym razem 🙂

Basia

Roladki z bakłażana faszerowane fetą i bryndzą

2 nieduże bakłażany

cebulka dymka posiekana wraz z zieloną częścią

kawałek papryczki chili drobno posiekany

2 ząbki czosnku

oliwa nie z pierwszego tłoczenia do smażenia bakłażanów

około 250g fety lub fety i bryndzy  ( razem)

siekana świeża bazylia

odrobina octu winnego  do spryskania roladek przed pieczeniem ( około 1 łyżki)

oliwa z pierwszego tłoczenia (jw.)

listki świeżego tymianku

świeżo zmielony pieprz

Nie użyłam soli, bo sery są wystarczająco słone żeby dosolić całe danie!

Facebook

Likebox Slider for WordPress