Archiwum dla autora ·

Basia

·...

Łosoś i whiskey

Brak komentarzy
Dziś miałam ochotę na rybę. Najbardziej lubię ryby morskie. Kiedyś w sklepie, na placu obok, mogłam kupić czarniaka, to jest ryba z rodziny dorszowatych. Bardzo smaczna! Polecam. Ale jakoś ostatnio nie widziałam jej, niestety. Więc kupiłam łososia, to też moja ulubiona ryba. Lubię takie ryby, które mają konkretne mięso, takie naprawdę  mięsiste, zwarte ale jednocześnie soczyste. To muszą być po prostu raczej duże ryby. Łosoś, którego właśnie kupiłam był cały,  tylko wypatroszony. Nie lubię zdejmować skóry z ryby i wyciągać kręgosłupa… Więc najczęściej korzystam z uprzejmości Pana, który pracuje na stoisku rybnym w pobliskim sklepie. On zawsze z uśmiechem obierze dla mnie łososia. To miłe! Ale tym razem zakupy robiłam gdzie indziej i oczywiście tego Pana tam nie było… Dlatego w domu musiałam sama walczyć z tą skórą. Udało się!  Mogłam wreszcie zabrać się za przygotowanie  dania. Zaczęłam od tego, że pokroiłam rybę na kawałki, skropiłam mocno wyciśniętym sokiem  z cytryny, posypałam bardzo obficie pieprzem  i pozwoliłam jej „odpocząć”. Ten pieprz był bardzo ważny w tym wydaniu łososia. Jego smak podkreśliła jeszcze dodana do gotowania whisky. Spróbujcie!
Łosoś z pieprzem i whisky
4 kawałki łososia bez skóry (i najlepiej bez ości)
2-3  łyżki whisky( nie musi być Single Malt, oczywiście!!  Ja dałam burbon, Jim Beam)
dużo świeżo zmielonego pieprzu, najlepiej jeśli zmielony jest dość grubo
sól
100ml śmietanki – ja dałam kremówkę 30%, ale może być 18%, wtedy po prostu będzie bardziej wodnista i tylko dłużej będzie trwało jej gęstnienie.
2-3 łyżki  siekanej cebulki dymki, może też być szczypiorek.
do smażenia łyżka oliwy nie z pierwszego tłoczenia 




Na rozgrzanej patelni z oliwą położyłam posolone i wcześniej posypane pieprzem kawałki łososia.
Dosypałam go jeszcze trochę w miejscach, do których pieprz wcześniej nie dotarł .
Smażyłam na dużym ogniu, przez parę minut z każdej strony, żeby ryba się przyrumieniła nieco.
Wlałam whisky (a właściwie whiskey, bo to przecież burbon, amerykańska whiskey!) i na takim dużym ogniu smażyłam przez chwilę,  aż prawie cały alkohol wyparował. Wtedy zmniejszyłam płomień i wlałam śmietankę. Pozwoliłam jej zgęstnieć i zaraz potem zdjęłam patelnię z ognia.
Posypałam danie posiekaną cebulką dymką i już było gotowe!
Zielona sałata z winegretem doskonale do tego pasowała, polecam!
Basia

Zielone naleśniki

komentarzy 5

Już wspominałam Wam kiedyś, że bardzo lubię pesto bazyliowe. A najbardziej, takie świeże! Poza walorami smakowymi, ono ma obłędny kolor. Taki soczysty! Robi się je błyskawicznie, miksując w blenderze liście bazylii, oliwę, czosnek, parmezan , a lepiej gdy znajdzie się też jeszcze pecorino. Oczywiście przyprawy: ocet winny sól, cukier, no i orzeszki pinii! Jednak zimą trudno robić je ze szklarniowej bazylii, pozostaje kupiony w sklepie słoik z aromatyczną, bazyliową papką w kolorze khaki. Ale nie narzekajmy, dobre i to! Jednak wtedy dorzucam sama choć parę listków świeżej bazylii, żeby zintensyfikować kolor tego kupnego pesto ze słoika.
Oczywiście nie zawsze bardzo potrzebny jest jego żywy kolor, wszystko zależy do czego go używamy. Ale do naleśników, o których chciałabym dziś Wam opowiedzieć, jest po prostu niezbędny.
Te naleśniki pojawiły się u nas w domu parę lat temu i od razu podbiły serce mojej Córki!
Są u nas daniem śniadaniowym, co nie przeszkadza wcale, żebyście przygotowali je na obiad, czy kolację. I doskonale smakują ze świeżymi pomidorami.
Najlepsze są pewnie te świeżo usmażone, ale przyznam, że często zdarza mi się je zrobić wieczorem poprzedniego dnia i rano tylko odsmażyć. Przecież wiadomo, że rano lepiej jest dłużej pospać…
I zostało sprawdzone, że nic im to nie szkodzi!
Jak widać, same korzyści : można pospać dłużej  i jeszcze do tego jest pyszne śniadanie!

Zielone naleśniki

4 sztuki o średnicy 22cm

150 ml mleka

75 g pesto

1 jajko

75 g mąki

olej do smażenia

4 plastry dobrej szynki o dużym przekroju , trochę mniejszym niż średnica naleśnika

W blenderze zmiksować na gładką masę mąkę, pesto, mleko, jajko. Ja dodałam jeszcze kilka , czy kilkanaście, listków świeżej ( szklarniowej) bazylii.

Patelnię do naleśników rozgrzać na dużym ogniu, spryskać ją lub posmarować olejem.

Można na sąsiednim palniku rozgrzać drugą patelnię do odsmażenia gotowych naleśników. Jednak, jeśli zamierzacie je zostawić na później (czy na śniadanie następnego dnia), odsmażyć je trzeba dopiero przed podaniem, oczywiście.

Na gorącą patelnię wylać porcję ciasta na naleśniki i usmażyć na jasnozłoty kolor. Odwrócić i smażyć z drugiej strony. Na patelnię wylewa się nieco grubszą warstwę niż tradycyjnego ciasta naleśnikowego, bo ono jest dość gęste.

Trzeba ostrożnie przewracać, bo te naleśniki nie są tak elastyczne, jak standardowe. Są dość kruche.

Na usmażonym naleśniku położyć plaster szynki i złożyć go lub zwinąć, tak jak lubicie.

Odsmażyć ze wszystkich stron na spryskanej olejem patelni. Można przed podaniem każdy naleśnik posmarować z wierzchu  cieniutką warstwą pesto. Można posypać świeżo utartym parmezanem.

Ale z pewnością należy je podać ze świeżymi pomidorami i cebulką.

Smacznego!

Basia

Sałata EKSPRESOWA

Brak komentarzy

Zdarza się czasem, że trzeba zrobić coś do jedzenia NATYCHMIAST!
To są różne sytuacje, czasem niezapowiedziany gość, czasem przypalony obiad, który musiał wylądować w koszu na śmieci, a czasem po prostu lenistwo.
Każdy powód jest dobry, żeby zrobić to błyskawiczne i jednocześnie całkiem efektowne, a przy tym bardzo smaczne danie.
Dodatkową jego zaletą jest to, że naprawdę ma nieograniczone możliwości dostosowania się do zawartości Waszej lodówki czy spiżarni.
W zależności od potrzeb, oczekiwań i możliwości będzie to lekka sałatka albo całkiem treściwe danie.

Pyszna sałata EKSPRESOWA

Potrzebna będzie sałata. Może być masłowa, może być lodowa albo rzymska.
Może być ich mieszanka, w dowolnej konfiguracji . Można ją urozmaicić listkami rukoli, radicchio czy roszponki. Dowolność po raz pierwszy.
Dalej proponuję pomidory, o tej porze najsmaczniejsze są z pewnością koktajlowe albo truskawkowe. Z punktu widzenia efektu wizualnego, też to jest najlepszy wybór.
Potem ogórek. Może być papryka czerwona albo żółta, ale na pewno ta, którą lubicie i która kolorystycznie bardziej Wam pasuje.
Plasterki awokado, podsmażone krótko plasterki cukinii, piórka czerwonej cebuli albo siekana dymka. Albo obie, będzie ładnie!
Kawałki pieczonego kurczaka, podsmażony boczek lub szynka, tuńczyk z puszki.
Utarty parmezan, kawałki sera pleśniowego, sera brie lub camembert, fety, solonej ricotty albo mozzarelli.
Suszone pomidory, oliwki czarne, oliwki zielone, kapary.
Ugotowane jaja kurze, albo najpiękniej – przepiórcze!
Prażone płatki migdałów, orzechy włoskie, laskowe, orzeszki pinii.
Dowolność składników powala!
Kolejną dowolność daje sos, może być tylko oliwa z oliwek i ocet winny czy balsamiczny. Ale może też być sos z dodatkiem pesto, jogurtu albo majonezu, jeśli w takim gustujecie.
Widzicie ile macie możliwości? To z pewnością nie jest wszystko, może być jeszcze wiele innych pomysłów.
Sałatę po umyciu i (obowiązkowo!) wysuszeniu należy delikatnie porozrywać na mniejsze kawałki. Grube liście (na przykład sałatę lodową) można pokroić i na sałacie układać kolejne składniki
Pomidorki koktajlowe przekroić na pół, jeśli jednak są większe, trzeba je pokroić na cząstki, ogórki w plasterki.
Doskonale spisuje się świeżo podsmażony boczek, można do niego dorzucić też pozostałe z poprzedniego obiadu kawałki kurczaka i razem podsmażyć. Najlepszy jest boczek wysmażony na chrupiąco, na bardzo gorącym oleju lub oliwie.
Ja uwielbiam w tej sałatce kawałki dobrego tuńczyka w oleju.
Koniecznie oliwki, a jeśli lubicie, to paseczki suszonych pomidorów i mięciutkiego jak masło awokado.
Sery! Najprościej utrzeć parmezan, ale ja daję zwykle kilka rodzajów, bo pleśniowy jest dla Córki i Męża, brie dla mnie a cheddar, kozi i comte dla wszystkich.
A teraz już sos. Jeśli lubicie pesto, to gorąco polecam mój ulubiony: duża łyżka pesto, 2 łyżki oliwy z oliwek, łyżka octu winnego, łyżeczka cukru i ewentualnie czosnek, jeśli lubicie. Dokładnie wymieszać i sos gotowy!
Można przygotować sos z jogurtu lub jogurtu i dodatku majonezu, albo po prostu winegret.
Jednak w tej sałacie, przynajmniej dla mnie, sos z pesto jest absolutnie bezkonkurencyjny.
A jeśli na wierzchu są wyprażone orzeszki piniowe, a do tego jeszcze chrupiąca bagietka z masłem, to nic już więcej nie trzeba do szczęścia!

Basia

Śledzie na Śledziówkę

Brak komentarzy

Karnawał minął szybko, jak z bicza trzasnął!
Pewnie większość z nas ma wrażenie, że nie wybawiła się wystarczająco.  Cóż, teraz już przed nami blisko 7 tygodni realizacji wielkopostnych  wyrzeczeń… Będzie pewnie ciężko.
Ale, zanim podejmiemy te postne postanowienia,  mamy jeszcze Śledziówkę!
Więc  nim wybije północ  i nadejdzie Środa Popielcowa, zabawmy się, zatańczmy, a przynajmniej  zjedzmy coś dobrego w ten ostatkowy wieczór!
Jeszcze do niedawna, spotykaliśmy się z grupą  naszych znajomych w ostatkowy wtorek. Każda pani przynosiła zrobione przez siebie śledzie. Więc były śledzie  w oleju, w majonezie i w śmietanie. Z jabłkami, cebulą, rodzynkami. Na słodko, na kwaśno, korzenne.  Prawdziwa śledziowa uczta!
Niestety, przyszły takie czasy, że niemożliwe jest nasze spotkanie w środku tygodnia, nie możemy wspólnie świętować w ten ostatni dzień karnawału. Ale na szczęście, nie zginęła u nas w domu tradycja przygotowania śledzi na Śledziówkę i następujący po niej Popielec.
Jedną z ulubionych śledziowych potraw  mojego Męża,  jest śledź pod buraczaną kołderką.
Podpatrzyłam go kiedyś u kogoś, dawno temu.  I choć wcale nie pamiętam, jakie tam były śledzie, spodobała mi się w tym daniu ta buraczana „przykrywka”. 
Śledzie pod buraczaną kołderką
słoik śledzi marynowanych a la Bismarck (400g)
1 spory  burak ugotowany w mundurku, obrany i utarty na grubej tarce
śmietana 18% ( ewentualnie jogurt naturalny, jeśli wolicie) około 200g
2 łyżki majonezu ( ja używam Dekoracyjnego Winiary)
szczypta kminku
około 2 łyżeczki octu balsamicznego
sól
cukier
Śledzie odsączyłam z zalewy, pokroiłam na kawałki  (około  3 cm x 2 cm)
Zmieszałam śmietanę z majonezem, doprawiłam solą i cukrem.
Sos nie może być zbyt kwaśny, bo śledzie wypuszczą do niego jeszcze trochę kwaśnej marynaty, w której leżały w słoiku.
Śledzie zalałam sosem i odstawiłam. Powinny pobyć sobie w śmietanowym sosie przez jakiś czas, może nawet przez noc. Chodzi o to, żeby „przeszły” smakiem sosu , a sos nimi. I ewentualnie, żeby  można je było jeszcze potem doprawić , gdyby była potrzeba.
Do utartego buraka dodałam kminek, ocet balsamiczny, cukier i sól. Buraki mają być dość delikatne, ale jednak przyprawione. Powinny być słodkawe i kwaskowe. Też dobrze im zrobi, jeśli przyprawimy je i pozwolimy połączyć się smakom, zanim podamy na stół.
W naczyniu ułożyłam warstwę śledzi, przykryłam je buraczaną kołderką. 
Jeszcze odrobina natki pietruszki albo posiekanej dymki i danie gotowe!
Basia
P.S. Myślę, że można tę kołderkę położyć też na śledziach w śmietanie, przygotowanych z wymoczonych matjasów.
Ja tego wprawdzie nie robiłam, ale myślę że tak przyprawione, słodko-kwaśne buraczki nie zaszkodzą im wcale.

nie gratin, nie musaka

Brak komentarzy

Na pewno nie jestem zagorzałą fanką kapusty i selera, szczególnie gotowanych.
Natomiast, zupełnie nie wyobrażam sobie życia bez bakłażana, pomidorów, cebuli, czosnku, cukinii, ogórka…

Mogłabym jeszcze sporo takich warzyw wymienić, które często goszczą w mojej kuchni.
Bakłażan ma w niej szczególną pozycję. On jest taki majestatyczny! Może przez swój kształt i rozmiar, a może przez głęboki, elegancki kolor i piękny połysk? Z pewnością, przez swoją wyjątkowość!
Zawsze czekam na tę porę, kiedy pojawią się nowe, dojrzałe bakłażany.
Teraz, wprawdzie, można je znaleźć w supermarketach prawie o każdej porze roku, ale te z sezonu są szczególne.
Cóż, trzeba będzie na nie poczekać jeszcze dobrych kilka miesięcy.
Oczywiście w tak zwanym „międzyczasie”( a cóż to właściwie jest, ten „międzyczas”?) pragnienie bakłażanowe trzeba zaspokoić potrawą z bakłażana „ pozasezonowego”.
Jest kilka wersji bakłażana, które często gotuję. Wśród nich jest gratin, czyli coś w rodzaju zapiekanki, tutaj  z bakłażana (często z dodatkiem innych warzyw), z chrupiącą parmezanową skorupką na wierzchu. Jest bakłażan duszony z kurczakiem lub indykiem, z pomidorami i czosnkiem. Jest też moja wersja musaki, czyli bakłażan zapiekany z mielonym mięsem i sosem pomidorowym, czasem też z dodatkiem fety.
Moja dzisiejsza propozycja, to nie gratin i nie musaka. Coś, co łączy w sobie pewne cechy obu tych dań. Przez dodatek mięsa, może stanowić danie obiadowe, a nie tylko jego część. Chociaż pewnie dla wielu osób ( tak jak dla mnie), nawet bez mięsa, byłby to wystarczający posiłek.

 

Bakłażan z pomidorami i mielonym mięsem,  zapiekany pod skorupką z parmezanu.

Jeśli chcecie spróbować, to podaję przepis:
na 4 porcje:
1 duży lub 2 małe bakłażany pokrojony na plastry o grubości około 8mm
1 cebula pokrojona w piórka
4 dojrzałe pomidory , sparzone, obrane ze skóry i pokrojone w plastry około 5-7 mm
300g mielonego mięsa, ja użyłam chudej wołowiny i chudej wieprzowiny w stosunku 2:1
50g utartego parmezanu
50 g bułki tartej
siekana natka pietruszki lub świeża bazylia( opcjonalnie)
2-3 ząbki czosnku rozgniecione.
ocet balsamiczny
suszone oregano
świeżo zmielony pieprz
sól, cukier
oliwa nie z pierwszego tłoczenia
Najpierw włączyłam piekarnik , żeby się rozgrzał do temperatury około 180stopni.
Gdy się rozgrzewał, na niewielkiej ilości oliwy rozgrzanej na dużej patelni, podpiekłam plastry bakłażana.
Użyłam dużej patelni, żeby szybko poradzić sobie ze wszystkimi plastrami 
Na drugiej patelni usmażyłam rozdrobnione widelcem mięso. Nie dodawałam tu tłuszczu, posoliłam, dodałam czosnek, pieprz i lekko zrumieniłam mięso. Odstawiłam.
Naczynie do zapiekania ( ja użyłam naczynia o głębokości około 6 cm) posmarowałam oliwą i na dnie położyłam cebulę pokrojona w piórka, na cebuli położyłam połowę plastrów pomidora.
W następnej kolejności, na pomidorach, położyłam połowę plastrów bakłażana. Całość skropiłam octem balsamicznym, posoliłam , posypałam pieprzem, odrobina cukru, i oregano. Dodałam połowę rozgniecionego czosnku. Na warstwie bakłażanów położyłam mięso, na nim kolejną warstwę bakłażanów i na nich pozostałe pomidory. Znów całość skropiłam octem balsamicznym, posoliłam, posypałam pieprzem, oregano i położyłam resztę czosnku.
Wymieszałam utarty parmezan z bułką tartą, dodałam około 2-3 łyżki oliwy i jeszcze raz wymieszałam. Możecie dodać do tej mikstury posiekaną natkę pietruszki , jeśli lubicie, albo posiekane liście bazylii.
Parmezanową mieszankę położyłam równą warstwą na pomidorach.
Naczynie włożyłam do piekarnika i piekłam, aż bułka z parmezanem nabrała złotego koloru i była chrupiąca. Trzeba kontrolować podczas pieczenia, czy nie rumieni się zbyt szybko. Całość powinna spędzić w piekarniku około 45 minut. Jeśli naczynie jest głębsze i warstwy są grubsze, może wymagać nawet dłuższego czasu, więc wtedy należy zmniejszyć temperaturę do około 150stopni i po prostu dłużej piec.
To jest naprawdę bardzo smaczne jedzenie!
A ta skorupka z parmezanem….mmmm….
Jeśli zostanie trochę na następny dzień, to doskonale smakuje odgrzane.
A jeśli chcecie zmodyfikować je, to zawsze można dodać jeszcze cukinię, usmażoną podobnie jak przygotowuje się tu bakłażana. Można dodać pieczarki, trochę suszonych pomidorów albo oliwek. Albo jeszcze coś innego, wszystko zależy od Was.
Smacznego!

Basia

Kozi ser

Brak komentarzy

Nie wiem, kiedy ta miłość się zaczęła… I nie wiem właściwie , co w nim takiego jest?
Ale z pewnością mnie zniewala….kozi ser! A najbardziej ten twarogowy.
Koleżanka mojej Mamy ma kozy, hoduje je w leśniczówce gdzieś na Kielecczyźnie.
Czasem mam przyjemność  (ogromną !)  jeść ser z mleka tych kóz, kiedy Mama dostanie go od niej.
Fantastyczny!
Mama zamraża ten ser,  i nic mu to nie szkodzi. A ja dzięki temu mam czasem okazję rozkoszować się nim. Doskonały jest ten kozi ser z pomidorami i cebulką dymką na śniadanie, a najlepiej jeśli to jest letnie śniadanie w ogrodzie… Czasem myślę, że to fajnie mieć kozy. I trawnik skoszą i jeszcze dadzą taki  obłędny ser!
Tym razem jednak kupiłam kozi ser w Auchan i zrobiłam  z niego dość niecodzienny użytek.
Usmażyłam  kulki z mielonego mięsa z dodatkiem suszonych pomidorów, świeżej bazylii, czosnku, ziół  i koziego sera. Zastanawiałam się, jakie będzie to połączenie mięsa z kozim serem i muszę przyznać, że bardzo ciekawe!
Mięso okazało się puszyste i bardzo smaczne. Podałam je ( tak trochę po grecku)  z sosem Tzatziki i opieczoną pitą.
Warto spróbować!
Kulki z mięsa i koziego sera
350g mięsa mielonego.  Ja użyłam mieszanki chudej wołowiny  i  chudej wieprzowiny w stosunku 2:1
70g koziego sera twarogowego, drobno rozkruszonego
70g suszonych pomidorów w zalewie z oleju słonecznikowego i 1 łyżka tej zalewy
½ łyżeczki suszonego oregano
kilka posiekanych liści bazylii
szczypta soli
pieprz świeżo zmielony
2 rozgniecione ząbki czosnku
Mięso wymieszałam dobrze z dodatkiem posiekanych pomidorów suszonych i  łyżki oleju słonecznikowego,  rozdrobnionego mocno  sera koziego, siekanej bazylii, suszonego oregano, pieprzu, soli , czosnku.
Rozgrzałam dużą suchą, teflonową patelnię i położyłam na niej kulki z mięsa. Nie dodawałam tłuszczu. Smażyłam je , często odwracając.
W piekarniku , rozgrzanym do 220 stopni , opiekłam pitę. W tym samym czasie  przygotowałam Tzatziiki.
To było naprawdę udane połączenie.
Miłość do sera koziego trwa!
Basia

Tłusty Czwartek!

Brak komentarzy

Kiedy byłam dzieckiem, moja Mama zawsze smażyła chrust na Tłusty Czwartek.

Pamiętam, że kiedyś zdarzyły się też pączki, ale to raczej wyjątkowo. Tradycją był chrust.

I tak jest u mnie w domu. Też smażę chrust na Tłusty Czwartek, smażę go tylko raz w roku.

Chrust, choć jest niezwykle prosty w przygotowaniu, wymaga uwagi, czasu i spełnienia paru istotnych warunków, żeby był taki jak powinien, czyli kruchy i delikatny .

Moja Mama mówi, że chrust powinien być tak kruchy, że niemal niemożliwy do przeniesienia z talerza do ust, bez rozkruszenia po drodze. A skoro tak, to ciasto powinno być rozwałkowane możliwie jak najcieniej . Na grubość 1 mm, albo nawet mniej.

Wcześniej, podczas wyrabiania ciasta , należy mocno wytłuc je. Po prostu trzymając ciasto w jednej ręce, bić je wałkiem, trzymanym w drugiej ręce. To powinno trwać około 10 minut.

Dzięki temu zostanie wtłoczone powietrze, które potem podczas smażenia pojawi się na chruście w formie pęcherzy z powietrzem , zapewniając tym pożądaną kruchość .

Tłuszcz do smażenia powinien być na tyle gorący, żeby chrust smażył się szybko i nie zdążył wchłonąć go zbyt wiele. Po położeniu w tłuszczu ostatniego z partii ( około 8-10 sztuk), pierwszy już powinien kwalifikować się do odwrócenia na drugą stronę.

Należy chrust wyjmować z tłuszczu patyczkiem, nie dziurawić go. Zostawić na ręczniku papierowym, żeby pozbawić go nadmiaru tłuszczu. Po chwili przełożyć na talerz i obficie posypać cukrem pudrem.

Ja lubię chrust następnego dnia po smażeniu, kiedy dobrze wystygnie, nabierze chrupkości i dobrze połączy się z cukrem. Niestety, czasem nie udaje mi się to…bo następnego dnia już nic nie ma!

Ale się nie martwię tym zupełnie, przecież po to robię ten chrust, żeby moi domownicy mieli przyjemność!

Chrust

na około 2 spore talerze chrustu

350g mąki

3 żóltka

1 jajko

100g kwaśnej śmietany

50g miękkiego masła

1 łyżka spirytusu lub ew. 2 łyżki octu spirytusowego

3 kostki Planty lub smalcu. Ja użyłam smalcu, moja Mama wierna jest Plancie, odkąd nie ma Ceresu.

Zagnieść ciasto z wymienionych składników (poza tłuszczem do smażenia, oczywiście!) i dobrze wyrobić. Ma być dość miękkie, żeby dało się rozwałkować bardzo cienko. Gdyby było za twarde, dodać śmietany.

Po wyrobieniu ciasto trzymać w jednej ręce, a drugą uderzać w ciasto przy pomocy wałka ( ok. 10 minut).

Następnie rozwałkować ciasto na grubość 1mm albo mniej, jeśli dacie radę

Radełkiem wycinać paski o szerokości około 2 cm i przecinać na ukos co 10-12 cm. Każdy kawałek naciąć wzdłuż na środku, na długości około 4 cm.

Przewlekać chrust, za każdym razem rozciągając nieco na długość. W ten sposób będzie jeszcze cieńszy.

Smażyć na złoto, na patelni na gorącym tłuszczu po kilka ( 8-10)sztuk .

Po usmażeniu, wyjąć i położyć na ręczniku papierowym, pozwolić odcieknąć tłuszczowi.

Przełożyć na talerz, posypać cukrem pudrem.

Bez wyrzutów sumienia zjeść tyle, na ile macie ochotę. W końcu to Tłusty Czwartek!

Smacznego!

Hummus bi tahini

Brak komentarzy

Niedawno (pisząc o ciecierzycy) obiecałam Wam, że powiem więcej ma temat hummusu. To mój kolejny, ukochany, arabski przysmak. Jest niezwykle popularny w krajach Bliskiego Wschodu i Afryki Północnej.
Hummus, to dla mnie coś z gatunku „mała rzecz, a cieszy!” Receptura jest w sumie dziecinnie prosta, bo hummus to nic innego, jak ciecierzyca ugotowana i zmiksowana na gładką masę z dodatkiem pasty sezamowej i odpowiednich przypraw.
Ale jak zwykle, tajemnica tkwi właśnie w proporcjach i przyprawieniu.
Ja nauczyłam się robić hummus od Egipcjan i pozostaję wierna temu sposobowi przygotowania.
Tam podaje się go w charakterze „sałatki”, jak mówią, i zwykle je się go wraz z typowym arabskim płaskim chlebem ( podobnym do pity), co ma tylko dwie skórki, a pomiędzy nimi pustą przestrzeń.
Ja podaję w formie dipu, z kawałkami świeżo opieczonej pity albo własnoręcznie upieczonymi arabskimi chlebkami albo, ostatecznie, z kromeczkami świeżutkiej, chrupiącej bagietki.
Teraz, kiedy wszędzie wokół mamy dziesiątki miejsc serwujących dania kuchni orientalnych, można spotkać i takie, które podają hummus. Jeśli nie chce się Wam robić tego w domu, to może warto tam spróbować? Czasem można też kupić hummus w puszce w sklepach ze zdrową żywnością albo z importowanymi produktami orientalnymi, ale tego nie polecam raczej.
Jeśli jednak macie ochotę spróbować prawdziwego hummusu domowej roboty, to wypróbujcie mój przepis.
To nie może nie wyjść!

Hummus bi tahini ( hummus z tahiną)

200g ugotowanej i odsączonej ciecierzycy. Może być też z puszki.
Jeśli jednak gotujecie sami, ciecierzycę należy namoczyć dzień wcześniej. Zachowajcie trochę wody z gotowania żeby rozrzedzić hummus , jeśli będzie trzeba. Ja dodałam około 50g wody z gotowania.
70g pasty sezamowej jasnej Tahini , do kupienia w sklepach ze zdrową żywnością albo produktami orientalnymi
parę łyżek zimnej wody
2 ząbki czosnku
2 – 3 łyżki soku z limonki, cytryny albo ostatecznie octu winnego
cukier, sól do smaku
oliwa extra vergine do polania gotowego dipu.
kawałki pity albo bagietki do „maczania”, czyli nabierania hummusu
Ugotowaną ciecierzycę włożyłam do blendera. Dobrze miksowałam przez dłuższą chwilę, dodałam wodę z gotowania ciecierzycy, sok z limonki, rozgniecione ząbki czosnku.
Osobno wymieszałam w misce tahinę z 3 łyżkami zimnej wody. Kiedy wlejecie wodę do tahiny, najpierw będzie rzadka papka, która podczas dalszego mieszani a będzie gęstnieć. Trzeba mieszać, aż masa będzie całkiem gładka. Może trzeba będzie dolać nieco więcej wody?
Gładką tahinę z wodą dodałam do miksowanej masy z ciecierzycy, dodałam sól i cukier. Jeśli chodzi o ilości, to tu musicie sami zdecydować o proporcjach. Może ½ łyżeczki soli i 1 łyżeczka cukru? Zależy od Waszych upodobań do solenia.
Ja gotowy hummus przykryłam szczelnie folią do żywności i wstawiłam do lodówki. Nie musicie tak robić, można go podawać od razu po zrobieniu. Jednak jeśli trochę „odpocznie” przed podaniem, będzie miał szansę dobrze zaabsorbować czosnek i jego smak się wyostrzy.
Jeśli macie pitę czy choćby bagietkę, rozgrzejcie piekarnik do 220 stopni i włóżcie je tam na chwilę, na około 5-8minut. Staną się chrupiące, jakby właśnie upieczone i doskonale będą smakowały zanurzone w ciecierzycowo- czosnkowo-sezamowej paście! Mniammmmm…

Basia

Najlepsze lody dla łasucha

Brak komentarzy

 

 

Czy niskie temperatury za oknem zniechęcają Was do jedzenia lodów? Mnie nigdy!
Zawsze mam w zamrażarce przynajmniej jedno pudełko  (najchętniej litrowe) dobrych lodów.
Zwykle jednak jest więcej pudełek, bo mamy w domu różne preferencje,  jeśli chodzi o smak.
Dla mnie są śmietankowe od Grycana, albo Cafe Latte. Córka lubi też bardzo Orzech Laskowy  i chałwowe, Mąż jest amatorem czekoladowych.  Wobec tego najlepiej, jeśli w zamrażarce jest kilka pudełek z lodami…
Ale są chwile, kiedy „zwykłe” lody nie wystarczają i łasuchy potrzebują silniejszych wrażeń.
Wtedy na pomoc idzie prosta receptura, ale  trzeba mieć (poza ulubionymi  lodami) jeszcze parę produktów.
U nas to są: Kitkat (najlepiej karmelowy!), Twix, Maltesers,  jakieś  ulubione herbatniki – dobrze sprawdzają się Petit Beurre, dobre też są takie czekoladowe, nadziewane czekoladą  ciastka marki Carrefour. Mogą też być inne, ale  naprawdę dobrze maślane.
Poza tym dobrze  komponują się z lodami  orzeszki  Felix w miodzie, ulubiona czekolada i co tam jeszcze Wam przyjdzie do głowy. Nie polecam „mokrych” składników, takich jak owoce na przykład. Nawet suszone, jak rodzynki , zamarzając tworzą takie lodowe igiełki  i wcale nie są smaczne.
Te batoniki, czekoladę , herbatniki trzeba pokroić , albo pokruszyć na mniejsze kawałeczki. Orzeszków nie kroimy.
No więc kiedy już macie przygotowane dodatki , które lubicie i zabieracie się do robienia swojego deseru ,  trzeba lody  wyjąć na chwilę z zamrażarki. Muszą  trochę zmięknąć, tylko trochę! Nie mogą się roztopić, absolutnie nie!  Muszą być jedynie na tyle miękkie, żeby można było je dobrze  wymieszać z dodatkami, które macie przygotowane .   Można pomieszać kilka smaków lodów, jeśli nie możecie się zdecydować na jeden. Ja tak często robię.
W misce mieszam miękką masę lodową z kawałkami ciastek i batonów i zaraz przekładam do pudełka po lodach i z powrotem wkładam do zamrażarki.
Do 1 litra kupionych lodów zwykle dodaję:
2 posiekane Kitkaty, i  1 Twixa, opakowanie pokruszonych herbatników- około 150g, garść orzeszków w miodzie, garść Maltesers, pół czekolady posiekanej na małe kawałki.
Nie martwcie się, to wszystko zmieści się w litrowym pudełku, bo rozmiękczone lody podczas mieszania z dodatkami zmniejszą  swą objętość.
Jeśli  macie ochotę zintensyfikować swą przyjemność, to proponuje jeszcze sos do lodów.
Ja dziś użyłam dwóch. Jeden z nich, to bardzo dobrze  znany sos toffi z gotowanego w puszce,  słodzonego mleka skondensowanego . Drugi zrobiony z czekolady mlecznej rozpuszczonej ze śmietanką kremówką. Na 40g czekolady ( ja użyłam mlecznej Lindt) około 70 g śmietanki. Włożyłam czekoladę do miseczki , wlałam śmietankę i w kuchence mikrofalowej podgrzałam przez około minutę, a potem dobrze wymieszałam całość na gładki sos.  I zostawiłam , żeby sos wystygł w czasie, gdy lody czekały w zamrażarce, aż będą gotowe.
Te lody  „ze śmieciami” muszą po wymieszaniu poleżeć w zamrażarce przez około 2-3 godziny, żeby znów nadawały się do nabierania gałkownicą. Ale jeśli macie ochotę jeść je od razu po zrobieniu, z pewnością  też będziecie mieć niemałą przyjemność, szczególnie wtedy jeśli jesteście takimi „zamrażarkowymi wyjadaczami lodów” jak ja…
Uwierzcie, najlepiej smakują jedzone wprost z litrowego pudełka, w otwartych drzwiach zamrażarki…
Smacznego!

Indyk z charakterem

Brak komentarzy

Nie lubię gotować takich „zwykłych ”rzeczy. I chociaż sama uwielbiam jeść świeżutki chleb z samym masłem tylko,  a jajecznicę bez dodatków i tylko z odrobiną soli, to lubię kiedy gotowana przeze mnie potrawa ma charakter.
Niech będzie całkiem prosta, ale niech ma w sobie to „coś”.
To „coś” zwykle zapewniają przyprawy,  jeśli są dobrze dobrane. Różne i  chętnie  pomieszane, czasem może nawet zaskakująco.
To może też być ciekawa marynata,  wydobywająca smak z pieczonego mięsa.
Dieta białkowa mojego Męża ( ciągle aktualna!), o której już wspominałam,  kręci się wokół  ryb i chudego mięsa, głównie drobiu.
Jak zrobić, żeby pieczona pierś z indyka nie była taka „zwykła i nudna”?
Zupełnie prosto, spróbujcie:

Pierś z indyka w marynacie musztardowej , pieczona ze śliwkami i czerwoną cebulą
1,3 kg piersi z indyka (spokojnie może być trochę mniej lub więcej. Trzeba tylko pamiętać, żeby zmodyfikować czas pieczenia)
duża cebula czerwona (lub 2 małe), pokrojona w cienkie krążki
200g suszonych śliwek bez pestek
oliwa nie z pierwszego tłoczenia, około 2 łyżek
około 1-2 łyżek octu winnego
100ml białego wina
3-5 ząbków czosnku pokrojonych na plasterki
2-3 łyżki musztardy francuskiej – ja użyłam musztardy francuskiej Kamis –takiej z całymi ziarenkami gorczycy
szczypta chili
mielona kolendra około 1 łyżeczki
curry około 1 łyżeczki
pieprz świeżo mielony
sól
Najpierw zamarynowałam mięso. Posypałam połową curry i kolendry, pieprzem , posmarowałam musztardą. Skropiłam oliwą  i położyłam na mięsie plasterki czosnku, skropiłam octem winnym.
Tak sobie trochę poleżało. Może sobie leżeć krócej, albo dłużej. Lepiej , jeśli poleży chociaż dłużej niż godzinę, nawet może poleżeć sobie przez dobę albo więcej.
Rozgrzałam piekarnik do 200 stopni.
Naczynie do pieczenia posmarowałam oliwą i  włożyłam do niego indyka razem z marynatą, w której leżał.
Położyłam koło niego pokrojoną cebulę, śliwki, wlałam wino, posypałam całość szczyptą (tylko!)chili i solą, a śliwki i cebulę  jeszcze pieprzem i pozostałą częścią curry i kolendry.
Przykryłam folią aluminiową, bo naczynie nie miało pokrywki i włożyłam do piekarnika.
Najpierw piekłam przez pierwsze pół godziny w temperaturze 200st, potem zmniejszyłam temperaturę do 170 stopni i piekłam w sumie 2 godziny.
Zwykle czas pieczenia obliczam tak: na każde 0,5 kg 30 minut plus 30 minut.
Tym razem piekło się parę minut dłużej niż wynikało to z tego wzoru. Ale nie zaszkodziło to indykowi .
W trakcie pieczenia parokrotnie wyjmowałam naczynie z piekarnika, żeby polać mięso sosem, który wyciekał z indyka i dodatków. Raz musiałam dolać trochę wody, bo wyparowało sporo. Tu musi zostać płyn, żeby mogła się zrobić taka pikantna konfitura z cebuli i śliwek. Gdy będzie za sucho, wyschnie i może nawet się przypali! I nie będzie tego, o co w tym daniu chodziło, charakteru!
.

Facebook

Likebox Slider for WordPress