Archiwum dla autora ·

Basia

·...

Kasza i pulpeciki

komentarze 3

Kiedy zrobiłam po raz pierwszy  te pulpeciki, podpatrzone u Nigelli Lawson, podałam je z makaronem. To był chyba makaron tagliatelle.  I tak już było za każdym razem, pulpeciki  z makaronem, a właściwie makaron z pulpecikami. Ale  dlaczego zawsze makaron?  Dziś postanowiłam złamać tę dotychczasową zasadę i zrobiłam kaszę z pulpecikami. Do kaszy przecież bardzo pasują sosy. Ten również pasuje.

Ugotowałam kaszę jęczmienną, taką najbardziej lubię. Nie wiem  jak Wy gotujecie kaszę, ale ja –odkąd mieszkając w Egipcie nauczyłam się gotować ryż „po egipsku”-  w podobny sposób przyrządzam  również kaszę.

W rondlu rozgrzewam nieco oleju ( około 1-2 łyżki) i kiedy jest gorący,  wrzucam jedną  porcję kaszy (na przykład filiżankę). Mieszam z olejem i pozwalam jej się nieco wyprażyć,  uważając  żeby się nie przypaliła. Następnie wlewam 2 i pół porcji wody ( czyli na 1 filiżankę kaszy- 2 i pół filiżanki wody), solę i zmniejszam nieco  płomień. Pozwalam kaszy wchłonąć  większość  wody, przykrywam rondel i zmniejszam jeszcze płomień, albo nawet całkiem wyłączam. Zostawiam, żeby dogotowała się, wchłonęła całość wody i stała się sypka (w przypadku ryżu są inne proporcje ryżu i wody, 1:2).

Ale wróćmy do pulpecików,  są z pewnością bardziej pracochłonne niż standardowy sos boloński do spaghetti, ale jednocześnie są fajną odmianą  takiego sosu. Ciekawą wersją „zwykłego” mielonego mięsa. Warto spróbować.

Pulpeciki z sosem pomidorowym

na około 4 porcje

pulpeciki:

375 g mięsa mielonego ( u mnie było chude wołowe i wieprzowe 1:1)

40-50 g utartego parmezanu

1 jajko

3 łyżki bułki tartej

spora łyżeczka suszonego oregano

sól

spora szczypta pieprzu

rozgnieciony ząbek czosnku

W  misce wymieszałam  dokładnie wszystkie składniki, formowałam małe kulki  około 2, 5 cm średnicy i układałam je na desce uważając, żeby nie dotykały do siebie. Policzyłam,  były 42 kulki.

Zabrałam się za przygotowanie sosu.

sos:

2 ząbki czosnku

cebula

łyżka oliwy nie z pierwszego tłoczenia

łyżka masła

około 500g przecieru pomidorowego ( ja dałam pół puszki pomidorów bez skórki , krojonych i około 100g koncentratu pomidorowego. Myślę że może też być po prostu dobry koncentrat  pomidorowy i odpowiednia ilość wody)

100ml wody

100ml mleka minimum 2%

spora łyżeczka oregano

sól

spora szczypta cukru i pieprzu

Rozgrzałam w rondlu z grubym dnem oliwę z masłem. Zmiksowałam w blenderze cebulę i czosnek na gładką masę i wylałam na rozgrzany tłuszcz. Przez chwilę smażyłam, dodałam pomidory i koncentrat, wodę, przyprawy i zagotowałam. Dodałam mleko i gdy zawrzało wkładałam delikatnie, po kolei kulki mięsne.

Kiedy włożyłam już do sosu wszystkie kulki, zostawiłam bez mieszania na około 10 minut. Dopóki kulki nie zmienią koloru i nie staną się zwarte, nie należy ich mieszać, żeby nie rozpadły się.

W sumie gotowały się około 20 minut.

Gotowe pulpeciki położyłam na ugotowanej kaszy i posypałam utartym serem Dziugas  (zabrakło parmezanu).  Jeśli  jeszcze nie znacie,  to koniecznie spróbujcie tego litewskiego sera!  Wspaniały. Można go znaleźć  w supermarketach na półkach obok porcjowanego Grana Padano i  Parmigiano Reggiano.

Ja bardzo często go kupuję i używam podobnie jak  używam parmezanu.  Jest bardziej miękki i nieco delikatniejszy, ale warto go spróbować. Na przykład razem z dzisiejszymi pulpecikami.

Basia

Snickersowe muffinki z masłem orzechowym

komentarzy 6

Są  czasem takie chwile, że człowiek potrzebuje poprawić sobie humor.  Różne są sposoby.

W moim przypadku doskonale się tu sprawdza Nutella. Łyżeczka Nutelli i już świat jest piękniejszy.

Podobnie działa masło orzechowe! Prawdę powiedziawszy  nieswojo się czuję, gdy nie mam go  w domu i raczej staram się nie dopuszczać do takich sytuacji.

Masło orzechowe, poza tym że można jeść je łyżeczką wprost ze słoika ( to jest chyba najlepsze jego przeznaczenie),  doskonale się nadaje do gotowania i pieczenia różnych fajnych rzeczy. Dziś opowiem o jednej z nich, o muffinkach.

Bardzo lubię piec muffinki i cieszę się, że wreszcie można kupić w Polsce te papierowe foremki na nie

(papilotki). Do niedawna wyszukiwałam ich wszędzie, będąc za granicą, i przywoziłam sporo na zapas, żeby czasem nie zabrakło, zanim znów gdzieś pojadę.

Przepisów na muffinki są tysiące i z pewnością  ja też tu o kilku jeszcze napiszę. Tym razem będą to muffinki z masłem orzechowym i Snickersami.

Muffinki z masłem orzechowym i Snickersami

na 12 sztuk

250 g mąki

około 150g masła orzechowego, najlepiej jeśli to jest wersja „crunchy”, ale jeśli macie tylko gładkie, to też może być

1 jajko

50g roztopionego masła

1 ½ łyżeczki proszku do pieczenia

85 g cukru Demerara

175 ml mleka

minimum 2, a lepiej 3 Snickersy  ( czyli 100-150g)

szczypta soli

Rozgrzałam piekarnik do 200st.

W jednej misce zmiksowałam mleko, jajko i  masło orzechowe.

W drugiej misce wymieszałam mąkę, proszek, sól i cukier.

Następnie do mąki wlałam masę z mleka i masła orzechowego i razem miksowałam. Dodałam roztopione masło i przez chwilę jeszcze miksowałam. Ta połączona masa była teraz  już bardzo gęsta.

Dodałam pokrojone na niewielkie kawałki Snickersy i dobrze wymieszałam.

W formie do muffinów ułożyłam papierowe papilotki i do każdej włożyłam porcję masy.

Zmniejszyłam temperaturę w piekarniku do około 180st i włożyłam muffiny. Piekły się około 20-25minut, aż były dość zwarte i zaczęły się złocić z wierzchu. Wbiłam patyczek do jednej muffinki , był suchy, więc wyjęłam formę z piekarnika. Po kilkunastu minutach, gdy przestygły,  wyjęłam je  z formy.

Sprawdziłam zaraz , z pewnością są warte grzechu 🙂

Basia

Zielone curry

komentarze 2
Podobno, jak się o czymś  bardzo intensywnie myśli, to można (tym myśleniem)  to wywołać. Czy  to prawda i czy można tak wywołać wiosnę, tego nie wiem. Ale bardzo już za nią tęsknię!  Więc na jej cześć,  dzisiejsza nasza kolacja utrzymana była w zielonej tonacji .
Zielone curry z filetem z indyka, zielonym groszkiem, fasolką i świeżą kolendrą,  zielona sałata z rukolą, ryż jaśminowy  i winegret do sałaty podane w zielonych naczyniach, wiosennie zielone serwetki.
Czy przekonamy tym wiosnę do przyjścia ?  Trudno powiedzieć, ale kolacja z pewnością była udana.
Spróbujcie tego curry, fajny pomysł.
Zielone curry z filetem z indyka, groszkiem, fasolką i świeżą kolendrą.
dla 4 osób
około 400g filetu z indyka
2 łyżki oliwy z oliwek
cebulka dymka ( zielona i biała część)posiekana
Green curry paste około 50g ( do kupienia w sklepach albo na stoiskach supermarketów z żywnością orientalną albo ze zdrową żywnością
groszek zielony mrożony  200g
fasolka zielona, ja użyłam mrożonej płaskostrąkowej około 250 g, ale może być po prostu fasolka szparagowa
garść mrożonych ( mogą być świeże, oczywiście) brokułów, podzielonych na  różyczki
łyżeczka cukru
odrobina maleńka chili
wywar warzywny lub z drobiu albo kostka rosołowa
około 150-200ml wody
puszka mleka kokosowego (ok. 400ml)
świeża kolendra siekana
łyżeczka octu winnnego
sól
kilka cząstek limonki
Na dużej patelni rozgrzałam oliwę i wrzuciłam na nią posiekaną dymkę, podsmażyłam. Następnie (po chwili) dodałam green curry paste i przez  chwilę jeszcze smażyłam. Następnie dodałam indyka pokrojonego w paseczki  1 cm x 3 cm i dalej dusiłam przez parę minut, po chwili dodałam mleko kokosowe. Gdy zagotowało się dodałam warzywa, chili, ocet winny, odrobinę soli ( wedle uznania), kostkę rosołową, wodę. Całość dusiła jeszcze przez parę minut, aż indyk był całkiem miękki.
Gotowe danie posypałam posiekaną kolendrą. Podałam curry  z cząstkami limonki, żeby każdy mógł doprawić sobie swoją porcję, tak jak lubi.
No i dalej czekamy na wiosnę…
Basia

Pappardelle z suszonymi pomidorami i kurczakiem

komentarze 4

Makaron, to bardzo wdzięczne danie. Można do niego dodać niemal wszystko i z pewnością będzie pasowało. I nie trzeba czekać zbyt długo na efekt. Same zalety.
Dziś właśnie ugotowałam makaron.
Ze wszystkich kształtów makaronu, najbardziej lubię pappardelle. Szerokie, długie, mięsiste wstążki. Ten makaron jest dla mnie taki konkretny!
Sam w sobie jest już niemal daniem, nawet bez dodatków. Mnie wystarczyłoby dodać do niego trochę dobrego masła i parmezanu, czyli najprostszy sos Alfredo.
Jednak wiem, że nie wszystkich to najwyżej usatysfakcjonuje w moim domu, więc zrobiłam bardziej „treściwy” sos.
Z mojego doświadczenia wynika, że jest to ogólnie bardzo lubiana potrawa, rzadko zdarza się jej przeciwnik. Nie dziwię się…

Pappardelle z suszonymi pomidorami i kurczakiem

dla 3 osób
około 400g filetu z kurczaka
ok. 60 g suszonych pomidorów wyjętych z zalewy z olejem słonecznikowym
około 2 łyżek wspomnianej zalewy z oleju słonecznikowego
2 łyżki octu balsamicznego
2 rozgniecione ząbki czosnku
sól, cukier do smaku
suszone oregano, mielony pieprz
około 220g makaronu ( waga przed ugotowaniem)
około 30 g parmezanu świeżo utartego
kilka liści bazylii
10 czarnych oliwek przekrojonych na połówki
(Jeśli z jakiegoś powodu wolicie makaron w wersji wegetariańskiej, to zamiast kurczaka można dodać na przykład podsmażone pieczarki.
Jednak nawet z samymi suszonymi pomidorami jest wyśmienity, polecam! Trzeba tylko dać ich więcej, oczywiście)

Na rozgrzanej patelni, na oleju słonecznikowym (tym z zalewy suszonych pomidorów) podsmażyłam, a potem udusiłam mięso z kurczaka, wcześniej pokrojone w kosteczkę około 2 x2 cm.
Smażyłam około 15-20 minut.
Dodałam suszone pomidory pokrojone w paseczki , ocet balsamiczny, sól, przyprawy, oliwki i podusiłam jeszcze przez chwilę.
W tym czasie ugotowałam makaron. Pamiętajcie, że garnek do gotowania makaronu musi być wystarczająco duży, na każde 100g makaronu potrzeba minimum 1 litr wody.
Gotowy makaron ( oczywiście, gdy był jeszcze al dente) odcedziłam .
Odcedzony makaron przełożyłam od razu na dużą patelnię, gdzie dusił się przyprawiony kurczak z suszonymi pomidorami. Dodałam nieco gorącej wody z gotowania makaronu. Wymieszałam.
Podałam go od razu, z parmezanem , zielonymi listkami bazylii i kieliszkiem białego wina!

Basia

Ciasteczka owsiane

Brak komentarzy

Forsycja, której  gałązki ścięłam tydzień temu w ogrodzie, zakwitła!

W domu zrobiło się prawie  wiosennie. Prawie, bo jest ciągle zimno!

Palę w kominku i myślę, co tu zrobić, żeby się jeszcze bardziej  rozgrzać?

Włączyłam piekarnik. To był pierwszy krok.

Kolejnym, szybkim  krokiem było pieczenie ciastek owsianych.

A czemu owsianych?

Bo to takie rozgrzeszenie… przecież to są bardzo zdrowe ciastka!

Same najzdrowsze, naturalne  składniki.

A do tego  owies obniża poziom cholesterolu, nie wiecie jeszcze?

I przyśpiesza perystaltykę  jelit. I ma dużo białka.

Samo zdrowie!

A poza tym, fajnie smakują te ciasteczka.

Ciasteczka owsiane

(nie wiem dokładnie  ile sztuk, bo zanim policzyłam, to zjedliśmy sporo 🙂 Było  chyba około 35 sztuk)

250 g płatków owsianych

50 g roztopionego masła

50 g cukru trzcinowego Demerara ( jeśli lubicie bardzo słodkie, to może trzeba będzie dodać trochę więcej cukru)

50 g maki pszennej

około 100-120ml świeżo zagotowanej wody

75 g orzechów laskowych posiekanych grubo

¼ łyżeczki sody oczyszczonej

spora szczypta soli

2 łyżki  syropu klonowego

naturalny ekstrakt waniliowy

Nagrzałam piekarnik do około 180stopni.

W misce wymieszałam płatki z mąką, solą, sodą,  orzechami  i cukrem. Zagotowałam i wlałam gorącą wodę , potem wlałam roztopione masło,  ekstrakt waniliowy,  całość wymieszałam dokładnie i dodałam syrop klonowy.

Na blaszce rozłożyłam papier do pieczenia. Łyżeczką nabierałam porcje i kładłam na papierze  (dość blisko  siebie) kolejne ciastka.

Wstawiłam  blachę do piekarnika na około 20 minut. Kiedy ciastka zrobiły się zwarte i mocno złote na brzegach , wyłączyłam piekarnik i zostawiłam ciastka w środku przy uchylonych drzwiczkach  piekarnika. Bardzo przyjemne ciepło wypełniło kuchnię.

Po chwili wyjęłam ciastka z piekarnika.

Zrobiłam sobie kubek gorącej kawy z mlekiem i zjadłam bardzo zdrowy i wartościowy podwieczorek.

Ale  bądźmy szczerzy…przede wszystkim bardzo smaczny!

Basia

Śmietankowy torcik z malinami

komentarze 3

W torcie zawsze najbardziej lubię masę! Dla mnie, tort może składać się wyłącznie z masy. I nawet mam taki ulubiony tort, ale opowiem o nim kiedy indziej. On jest  taki baaardzo czekoladowy,  a postanowiłyśmy z Córką popracować nad charakterem i silną wolą i w Wielkim Poście nie jemy czekolady. Więc też nie robimy czekoladowych deserów. Nie jest to łatwe, przyznam,  szczególnie jeśli jest się nałogowym zjadaczem Kitkatów karmelowych… Dlatego dziś mam inną propozycję, również dość kremową… torcik z malinami i kremem śmietankowym.

To, podobnie jak wiele moich przepisów, jest bardzo ekspresowy torcik. Właściwie najdłużej trwa jego chłodzenie w lodówce. Przygotowanie nie zabierze Wam nawet kwadransa.

Do przygotowania tego deseru użyłam mrożonych malin,  a moja Córka była przekonana że są świeże! Zupełnie nie było widać, że wyjęte są z zamrażarki. Możecie dać inne mrożone owoce,  nietrudno teraz kupić borówki (dla niektórych z Was pewnie „jagody”, ale ja jestem z Krakowa, więc dla mnie są „borówki” :-)), czy choćby truskawki. Ja najbardziej lubię z tą masą właśnie maliny. Zawsze mam je w domu, najchętniej te zerwane  latem  w  naszym ogrodzie i zamrożone.

Spód do tego torciku zrobiłam z paczki  ciastek owsianych „Wiatraczki”, które zmiksowałam z dwiema  łyżkami  kwaśnej  śmietany.

Często w przepisach wykorzystuje się takie spody, jednak zwykle zmiksowane są z masłem. Ja chciałam, żeby ten spód nie był taki bardzo tłusty. Potrzebowałam jedynie „spoiwa” dla tych rozdrobnionych herbatników.

Masą herbatnikową wyłożyłam, a właściwie wylepiłam, dół tortownicy, na którym wcześniej położyłam wycięty krążek  z papieru do pieczenia .

W wysokim naczyniu ubiłam śmietankę kremówkę, ona ma być gęsta i ubita, ale nie taka  całkiem sztywna. W osobnym naczyniu zaczęłam miksować mascarpone i dodawałam stopniowo ubitą śmietanę i 3 łyżki cukru pudru.  Dodałam  naturalny ekstrakt  wanilii i jeszcze przez chwilę ubijałam.

Spód torciku posmarowałam cienką warstwą morelowych powideł produkcji mojej Mamy (to są najlepsze na całym świecie powidła morelowe,  z całą pewnością!)

Następnie położyłam cienką warstwę masy śmietankowej, potem większą część malin, resztę masy  śmietankowej i na wierzchu pozostałe maliny.

Całość wstawiłam do lodówki.  Sprawdziłam po około 2 godzinach i wtedy torcik był już gotowy.

Nie mogłam mu się oprzeć!

Basia

Torcik śmietankowy z malinami

na tortownicę o średnicy 20cm

  • 1 opakowanie 215 g ciastek owsianych „Wiatraczki”
  • 2 łyżki kwaśnej śmietany 18%
  • 250g mascarpone
  • 250g śmietanki kremówki
  • ekstrakt naturalny z wanilii ( ostatecznie cukier waniliowy)
  • 3 łyżki cukru pudru
  • 2-3 łyżki powideł morelowych

Tarta ze szpinakiem

Brak komentarzy

Idzie wiosna, z pewnością!

Nawet, jeśli trzeba poczekać na nią jeszcze parę tygodni, to jest już bliżej niż dalej.

Jak myślę wiosna, to widzę zieleń. Trawę , rzeżuchę, sałatę i …szpinak!

Tak, tak, już niedługo będzie młody szpinak. Pojawią się pęki świeżego szpinaku na straganie u pani Celiny. I będę kupować po dwa pęki naraz, jak zwykle…

Teraz jeszcze muszę poradzić sobie inaczej i kupić mrożony.

Jakie to szczęście, że bezpowrotnie minęły czasy, kiedy jedynym mrożonym produktem ze szpinaku była okropna, niemiłosiernie rozdrobniona masa , która po rozmrożeniu okazywała się rozmemłaną ciapą.

Teraz mamy już mrożone całe liście szpinaku. Ja zawsze wybieram takie duże opakowanie Bonduelle (750g) nazwane „1000 listków”. W środku są jakby zamrożone kromeczki, uformowane z całych liści szpinaku, które po wrzuceniu na patelnię i rozmrożeniu ukazują się w całej swej okazałości. I zupełnie nic to nie przeszkadza, że były zamrożone. Po uduszeniu nie różnią się od duszonych świeżych.

Szpinak świetnie komponuje się z ricottą. Ale można do tego zestawu dodać jeszcze inne rzeczy: suszone pomidory, podsmażony boczek lub pieczarki i zapewne jeszcze wiele innych.

Takie nadzienie można wykorzystać do naleśników, makaronu albo tarty. Wszystko to jest naprawdę proste, a szpinakowe nadzienie przygotowuje się niezwykle szybko.

Najpierw włączyłam piekarnik, żeby się nagrzał do 180st zanim przygotuję tartę do pieczenia. Na patelni rozgrzałam łyżkę oliwy, położyłam na niej około 250 g szpinaku i pozwoliłam mu się rozmrozić. Wlałam odrobinę wody, żeby się nie przypalił i często mieszałam. Na osobnej patelni podsmażyłam, na odrobinie oliwy, boczek pokrojony na paseczki. Gdy szpinak się rozmroził, poddusiłam go jeszcze przez kilka minut, dodałam łyżkę octu winnego, czosnek, odrobinę soli ( trzeba uważać z solą, bo boczek jest dość słony) i szczyptę cukru. Dodałam do szpinaku ricottę i podsmażony boczek i delikatnie ale dokładnie wymieszałam.

Naczynie do pieczenia posmarowałam oliwą i wyłożyłam spód i boki ciastem francuskim. Można zamiast smarowania oliwą położyć papier do pieczenia ( ja nie chciałam mieć tego na zdjęciuJ).

Na cieście położyłam nadzienie i posypałam utartym parmezanem. Wstawiłam na około ½ godziny do piekarnika. Kiedy ciasto na brzegach i parmezan zaczęły się przypiekać i zrobiły się złote, wyjęłam tartę z piekarnika. Jako dodatek, na stole czekała już sałata z winegretem i kozim serem. Pyszny duet!

Tarta ze szpinakiem, ricottą i boczkiem

(naczynie do pieczenia około 20 cm x 30 cm)

  • 1 opakowanie ciasta francuskiego, świeżego lub mrożonego (ja użyłam opakowanie 275g świeżego ciasta)
  • 250 g szpinaku
  • 250 g ricotty
  • 120 g boczku
  • rozgnieciony ząbek czosnku
  • sól, cukier do smaku
  • 1 łyżka octu winnego
  • 50 g utartego parmezanu
  • łyżka oliwy do szpinaku plus odrobina do smażenia boczku plus odrobina do wysmarowania formy

Zupa z soczewicy

Brak komentarzy

Jak ładnie się zrobiło wokół, wiosennie! Kilka ostatnich dni było pięknych i słonecznych,  ścięłam  w ogrodzie trochę gałęzi  forsycji  i mam nadzieję,  że zakwitną  w domu niebawem.

Dziś  jednak znów się  zachmurzyło, pada, jest szaro.

Pomyślałam, że to ostatni dzwonek, żeby  ugotować zupę z soczewicy, za chwilę już nie będzie wypadało!

Zupa z soczewicy kojarzy się zimowo, zresztą w ogóle zupy przewidziane są chyba na chłodne dni, prawda?

Wielokrotnie gotowałam zupę z soczewicy i z soczewicą, jednak taką jak dziś,  zrobiłam  po raz pierwszy.

To była zupa krem z soczewicy z pikantną marmoladą z szalotki.

Soczewica  (zielona) jest,  wraz z ciecierzycą,  moim ulubionym warzywem strączkowym. Ma wyższość nad wszystkimi innymi w związku z krótkim  czasem  gotowania i brakiem  konieczności moczenia jej godzinami przed ugotowaniem. To są naprawdę istotne zalety, bo można  zachciankę na soczewicę zrealizować niemal na zawołanie.

Jedyną wadą dań z soczewicy jest ich dość bury kolor, co czyni je mało reprezentacyjnymi. Na szczęście smak rekompensuje ich mało atrakcyjny wygląd.

Do garnka wlałam litr wody, wsypałam 150g  suchej soczewicy. Zagotowałam i zmniejszyłam ogień. Dalej gotowałam. Na patelni podsmażyłam, a właściwie zeszkliłam na łyżce oliwy,  posiekaną średnią cebulę i rozgnieciony ząbek czosnku . Gdy cebula z czosnkiem były gotowe, wrzuciłam  je do garnka z soczewicą i dalej gotowałam razem. Dodałam majeranek, pieprz i dalej gotowałam. Gdy soczewica była miękka odstawiłam. Przełożyłam  wszystko do blendera, posoliłam i zmiksowałam na gładki krem.

Podczas, gdy soczewica się gotowała, moja Córka usmażyła naszą ukochaną marmoladę z cebuli. Tym razem była to marmolada z szalotki, ale równie dobra jest zarówno z czerwonej  jak i zwykłej,  białej.

Przyrządzenie jej jest dziecinnie proste,  wyczytałam ten przepis w książce na temat kuchni francuskiej.  Pokrojoną w cienkie talarki cebulę smaży się na oliwie z dodatkiem masła ( znacie trzy najważniejsze produkty, bez których nie może się obejść kuchnia francuska? 1.masło 2.masło i 3.masło!), doprawia solą , cukrem trzcinowym, creme de casis i octem winnym. Palce lizać!

Zmiksowaną zupę zagotowałam jeszcze raz i  dolałam do niej około 50-70 ml czerwonego wina . Wymieszałam dobrze. Zupa była gotowa.

Wlałam zupę na talerz, położyłam porcję marmolady cebulowej.  Pięknie pasowały do siebie, mimo braku szczególnej urody.

Jak dobrze, że jednak zdążyłam  ugotować tę zupę przed wiosną!

Basia

Zupa z soczewicy z pikantną marmoladą z szalotki

  • 150 g zielonej soczewicy
  • litr wody
  • średnia cebula
  • 30-70 ml czerwonego wina
  • oliwa nie z pierwszego tłoczenia
  • majeranek
  • pieprz
  • rozgnieciony ząbek czosnku

marmolada z szalotki:

  • 300g szalotki, albo innej cebuli pokrojonej w cienkie plasterki
  • łyżeczka oliwy
  • 15 g masła
  • 30-35 g cukru brązowego  muscovado lub ostatecznie demerara
  • 1 łyżka octu winnego albo lepiej balsamicznego
  • ½ łyżki Creme de Casis
  • ½ łyżeczki soli

Na rozgrzanym maśle z oliwą smażyć cebulę przez około 5 minut, ciągle mieszać, nie przypalić.

Dodać cukier, sól, likier, ocet , zmniejszyć płomień i dalej mieszać i smażyć aż zbrązowieje. Bardzo uważać, żeby się nie przypaliło, bo będzie gorzkie.

Wystudzoną marmoladę można przechowywać w lodówce przez 2 tygodnie. A jeść ją można z mięsami, łososiem, serami  i wszystkim innym.  Pasuje naprawdę do wszystkiego!

Piękny Jaś

Brak komentarzy


Pisałam tu kiedyś o diecie mojego Męża. To jest redukcyjna dieta  białkowa, czyli z małą ilością węglowodanów.  Dieta trwa już kilka tygodni i działa! I tak,  jak waga spada,   mnie równie skutecznie kurczą się pomysły na akceptowane w tej diecie dania.
Ciągle mięso, ryby, mięso, ryby…
Chyba zapomnę, jak się gotuje makaron! A tak bardzo lubię to robić…
Ale wracając do białka, skoro nie mam wyjścia, to  trudno, dalej będzie białko.  Ale tym razem postawiłam na roślinne.

Fasola. Piękny Jaś. Ślicznie się nazywa, prawda? Ale fasola, jak fasola…
Z nadzieją, że swą urodę w całej okazałości zaprezentuje w daniu,  wrzuciłam Jasia do garnka, zalałam zimną wodą i zaczęłam się zastanawiać nad tym, co dalej z tym fantem zrobić?
Przypomniałam sobie, że kiedyś gotowałam doskonałą ciecierzycę z przepisu Nigelli  Lawson.
I oczywiście, jak zwykle,  zrobiłam po swojemu!
To jest całkiem bezmięsne danie, wobec tego może uchodzić  za wegetariańskie. Nie jest z pewnością zbyt piękne, choć nazwa fasoli mamiła bardzo, ale naprawdę jest smaczne.
Jeśli nie macie pomysłu  na fasolę, a macie na nią ochotę, to spróbujcie. A jeśli znudziła się Wam fasolka po bretońsku, tym bardziej polecam.
Po namoczeniu odlałam wodę z fasoli i zalałam ją czystą, wrzuciłam posiekaną cebulę i majeranek i ugotowałam, zabrało to chyba około 2 godzin. Większość wody wyparowała( w międzyczasie dolałam jej trochę), zostało jej około szklanki.
W blenderze zmiksowałam  oliwę (nie z pierwszego tłoczenia), posiekaną cebulę, kawałek (około 3 cm) suszonej papryczki chili, 2 zmiażdżone ząbki czosnku, łyżkę octu winnego, świeżo zmielony pieprz. Wylałam zawartość blendera na gorącą  patelnię i podsmażyłam przez chwilę, aż zaczęło dobrze bulgotać i gorycz ze zmiksowanej cebuli wyparowała sobie. Dodałam  ugotowaną, ale nierozpadającą się fasolę ( wraz z cebulą, z którą się gotowała) do bulgoczącej mikstury cebulowo-czosnkowej, zmniejszyłam ogień  i podusiłam jeszcze przez chwilę, aż fasola zmiękła całkiem i wszystkie smaki zintegrowały się.
Powstało bardzo treściwe danie,  szczególnie przyjemna była dla mnie ta zespalająca ziarna fasoli kremowa papka, lekko pikantna  i wyraźnie czosnkowo-cebulowa. Mniam!
Pomyślałam, że choć jest bardzo smaczna, to może jednak trzeba ją czymś orzeźwić?
Pokroiłam w plasterki niedużą cukinię, podsmażyłam ją przez chwilkę na łyżeczce oliwy, dodałam octu winnego , soli pieprzu i koniecznie cukru! Lekko chrupiącą jeszcze, ale wyraźnie  słodko-kwaśną cukinię zdjęłam z ognia i połączyłam z fasolą, a dla przełamania monotonii kolorystycznej tej „bomby białkowej” dodałam kilka paseczków  czerwonego suszonego pomidora i  listki zielonej natki pietruszki.
Czy Jaś jest piękny? Można dyskutować, ale w tym wydaniu był naprawdę bardzo smaczny.
Pikantna fasola Piękny Jaś z czosnkiem cebulą i cukinią
250 g fasoli
2 cebule ( jedna do gotowania fasoli, druga do miksowania z oliwą)
około 60 ml oliwy nie z pierwszego tłoczenia
2 spore ząbki czosnku
3 cm kawałek suszonej papryczki chili
nieduża cukinia
sól
pieprz
ocet winny łyżka do mikstury z cebulą  + łyżka do cukinii
łyżeczka cukru
pomidor suszony pokrojony na paseczki
siekana natka pietruszki
Smacznego,
Basia

Sushi

Brak komentarzy
To nie była, z pewnością , miłość od pierwszego wejrzenia… Ale od drugiego -już tak!
I wtedy sushi zadomowiło się u nas na dobre.
Oczywiście, nie jemy go codziennie, bo poza wszystkim innym, byłoby przecież nudno.
Ale zawsze, gdy przygotowuję sushi kolację, jestem tak miło podekscytowana. Bo to zawsze jest wyjątkowa kolacja.
Jest w Londynie przy  Charing Cross Road taka księgarnia, Foyles, gdzie mogłabym wydać wszystkie pieniądze! Tam jest wszystko. Kiedyś mój Mąż, kiedy planował zakup pierwszego swego motocykla,  „zlecił” mi przywiezienie z Londynu poradnika „Jak się kupuje Moto Guzzi”. Bo to miał być właśnie taki motor. Pamiętam, że pytałam w wielu miejscach o tę książkę, bez rezultatu. Wtedy Stryj poradził, żebym tam zajrzała. Bingo! Była książka. Od tej pory w poszukiwaniu książek najpierw idę tam. To dobry wybór. Mogę tam stać przed półkami  pełnymi książek o wszystkich kuchniach tego świata i zupełnie nie czuć upływającego czasu. Właśnie tam kupiłam w zeszłym roku dwie fantastyczne książki na temat sushi. To nie są tylko receptury, to też informacje na temat używanych produktów, technika przygotowania, dodatki, no i savoir-vivre dotyczący podawania i jedzenia sushi.
Jeśli lubicie sushi, ale wątpicie, czy sobie poradzicie, spróbujcie! To naprawdę proste. Wyszło mi zupełnie przyzwoicie, nawet  kiedy pierwszy raz je robiłam. A za  uramaki (odwrócone, czyli te które mają algi w środku a z zewnątrz ryż i sezam) zabrałam się już za drugim razem. I tez wyszły.
Technikę najlepiej podpatrzeć w sushi barze, albo obejrzeć  filmiki na youtube i po kłopocie!
Ryż ugotować według przepisu na opakowaniu, tam zwykle jest też przepis na zaprawę octową. Zaprawę można też po prostu kupić gotową, ale chyba jest taniej zrobić ją samemu. I całkiem łatwo.
Ja najczęściej do sushi daję łososia, krewetki, paluszki krabowe.  Ogórek i awokado też obowiązkowo. Jasny prażony sezam, czarny sezam, serek kremowy typu Philadelphia, siekana cebulka dymka, sałata, czasem marchewka, czasem kawior (tych wszystkich dodatków są naprawdę bardzo małe ilości). Oczywiście nie wszystko naraz.
I wasabi obowiązkowo, oczywiście!
Musi być też marynowany imbir ( dla Męża, bo ani ja, ani Córka nie przepadamy za nim, mówiąc oględnie) i sos sojowy jasny . U nas jest też sos ostrygowy, choć jest to już nasz pomysł.
Do sushi pasuje wino śliwkowe, ale nie jestem jego przesadną entuzjastką, choć oczywiście wypiję (cóż, Cygan dał się powiesić  dla towarzystwa). Dla mnie najlepszy jest „nasz” austriacki Weisburgunder albo Savignon Blanc od Michaeli, ale o winach będzie innym razem…
A wracając do produktów do przygotowania sushi, zupełnie nie rozumiem, czemu one wszystkie są takie drogie w Polsce?  Zresztą, niezrozumiały jest też dla mnie koszt sushi w polskich barach.
O wiele taniej można to wszystko kupić w Londynie. Mam taki ulubiony sklepik w Chinatown, gdzie zaopatruję się w nori, wasabi etc. Niestety, w Londynie jestem raz czy dwa razy w roku… A ile tego można przytargać do Polski samolotem?
Ciągle obiecuję sobie wyjazd do Londynu samochodem! Eh, ile tego dobra  można by  zapakować do kombi…?
Chyba w końcu musimy to sprawdzić!!
Basia

Facebook

Likebox Slider for WordPress